Jeszcze 2 minuty czytania

Alek Tarkowski

KULTURA 2.0:
Jak zostać administratorem kulturowej bazy danych

Alek Tarkowski

Alek Tarkowski

Dziesięć lat temu Lev Manovich stwierdził, że w dobie komputerów baza danych staje się kluczową formą ekspresji kulturowej. Znaczenie takiej bazy zaczyna być porównywalne do roli narracji, która w nowoczesnej kulturze – opartej na powieści, a potem filmie fabularnym – odgrywała dotychczas dominującą rolę. Baza danych nie opowiada historii – jest kolekcją przedmiotów, bez końca i początku, i bez klucza wyznaczającego doświadczenie użytkownika.

Na przełomie wieków stwierdzenie Manovicha brzmiało dość abstrakcyjnie, a czytelnicy jego tekstu przykładów na dowód tezy szukali głównie w modnym wówczas net.arcie. Baza danych rezonowała też zapewne z hipertekstem – „cyfrowym” gatunkiem twórczości równie modnym na poziomie teoretycznych analiz, co marginalnym w codziennym doświadczeniu kulturowym.

Dziesięć lat później bazodanowy tryb działania i rozumienia świata staje się coraz powszechniejszy. Bowiem bazy danych są wszędzie dookoła nas: lista kontaktów w telefonie, listy utworów w odtwarzaczach muzyki, listy znajomych w serwisach społecznościowych. Oczywiście, listy i katalogi istniały już dużo wcześniej: kołonotatniki z adresami, katalogi wydawnicze, lista przebojów Programu Trzeciego. Ale jeszcze nigdy bazy nie były tak rozległe i tak precyzyjnie opisujące nasz świat, jak dzisiaj. Nie dało się też wykonywać na nich operacji, raz ustalone pozwalały tylko na bierny odbiór. Dziś każdy porządny bloger muzyczny komponuje na koniec roku własną listę najważniejszych płyt, a z listą kontaktów pracuje – dodając je, odejmując i grupując, każdy użytkownik Facebooka czy Diaspory. Staliśmy się wszyscy administratorami baz danych.

A jeśli cała kultura jest wielką bazą danych? Kolekcją treści bez porządkującej narracji? Dla wielu osób to zapewne myśl heretycka, ale czym tak naprawdę jest dziedzictwo kulturowe, jeśli nie luźną kolekcją treści? Jak inaczej je sobie wyobrazić? W XX wieku widzielibyśmy może dziedzictwo „jako tekst kultury” – ale to nie księga, nie pieśń i nie przedstawienie. Oczywiście, nie każdy zbiór obiektów jest bazą danych. Ale jeszcze w czasach przed-cyfrowych kultura oraz jej kanon zaczęły być porządkowane i inwentaryzowane w katalogach bibliotecznych, archiwach czy listach lektur. Z pomocą takich list to, co dotychczas było jedynie odczuwane lub rozumiane domyślnie jako wspólne i ważne („jak to, w domu nie uczyli Ciebie Słowackiego na pamięć?”), zaczęło być naocznie doświadczane. I poprzez rankingi popularności – takie jak listy „top” utworów, lub odgórne decyzje, jak na przykład oficjalne listy lektur – definiowane jako ważne.

Dziś zaczynają się tworzyć bazy o charakterze totalnym – dążące do zawarcia całości kultury. Do świata kultury stosuje się idea świata „dużych danych”, w którym dane są kluczowym zasobem, a ich bazy sposobem porządkowania. I w którym coraz więcej działań rynkowych, ale też procesów społecznych i kulturowych bazuje na obróbce danych. Najlepszym przykładem redefiniowania naszej kultury jako bazy danych jest projekt Europeana. Potocznie nazywana „europejską biblioteką cyfrową”, sama siebie definiuje jako zbiór kolekcji kulturowych (a stąd już tylko krok do Manovicha definicji bazy danych). Powstanie takiego katalogu to nieunikniony skutek digitalizacji treści kultury – które w postaci cyfrowej dopraszają się, aby je nie tylko archiwizować i odgórnie katalogować, ale też umożliwić swobodne przeszukiwanie i wolny dostęp do treści.

W kulturze bazy danych bardzo trudno o utrzymanie kanonu – jest bowiem zbyt wiele okazji do jego przedefiniowania, do innego lub prywatnego ułożenia elementów. Dziedzictwo zawsze wydawało się zasobem przepastnym, ale przeciętny człowiek, poproszony o nazwanie elementów dziedzictwa, nazywał jedynie te najważniejsze – reszta pozostawała niezidentyfikowanym, nieznanym często zasobem o dumnej etykiecie. Dziś dziedzictwo staje się dostępne w najdrobniejszym detalu. Europeana „zna” jednodniówkę 19 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej im. L. Narbutta, wydaną w dwudziestą rocznicę istnienia w styczniu 1936 roku. W takiej sytuacji jeden dominujący kanon jest już nie do utrzymania – jest za dużo opcji, detali, wątpliwości, kombinacji.

Pytanie, co w takim razie robić? Osoby, które wierzą w „kulturę wysoką”, zapewne załamią ręce, lub zajmą się chwaleniem złotego wieku kultury analogowej. Dużo bardziej produktywne będzie jednak zakasanie rękawów i ubrudzenie sobie rąk danymi. Nawet jeśli pozornie jest to zajęcie dla statystyka lub informatyka, a nie twórcy lub miłośnika muz.

Warunkiem do tego jest jednak uczynienie samych danych o kulturze dziedzictwem, dobrem wspólnym. To jedyne, co może osłodzić utratę tak ważnego „kleju kulturowego”, jakim jest wspólny kanon. Bowiem wtedy każdy będzie miał wybór między przyjęciem cudzego zestawienia kolekcji rzeczy ważnych i nieważnych, a stworzeniem własnego wyboru obiektów. Dlatego tak ważny jest wykonany w tym tygodniu przez Europeanę, pozornie czysto techniczny krok, polegający na przyjęciu modelu licencyjnego zapewniającego swobodny dostęp do pełnej bazy danych tego katalogu. Nie oznacza to, że katalogowane przez Europeanę zasoby stają się wolnodostępne – uwolniona zostaje jednak informacja o nich.

Kultura sprowadzona do postaci danych, cyfrowych fiszek zgodnych ze standardem opisu obiektów, to dla wielu zapewne zdehumanizowany, pozbawiony emocji, aury wyjątkowości i mistyki koszmar. Ale jak stwierdził Alfred Korzybski, mapa to nie terytorium. Za to kulturowa baza danych, o ile jest otwarta i wspólna, może generować zaangażowanie. W zeszłym tygodniu współorganizowałem cyfrowy czyn społeczny, którego celem było uzupełnienie oficjalnego rejestru zabytków o przydatne informacje – takie jak ich lokalizacje. Pozornie nudne zajęcie okazało się szansą na kontakt z dziedzictwem – nawet jeśli brzmi to banalnie. I to w ekscytującej, najdrobniejszej rozdzielczości (atrakcyjność pracy z danymi można sprawdzić samemu – narzędzie o nazwie Szop-dano-pracz jest dostępne zdalnie). Co potwierdza opinię Stevena Berlina Johnsona, który jeszcze w latach 90. XX wieku zauważył, że także praca ze strukturami danych może być formą twórczości.

Ostatecznie jednak historia bazy danych jako formy kulturowej jest historią o zwycięstwie opowieści nad nieustrukturyzowanym zbiorem. Baza danych, tak jak hipertekst, potrzebuje użytkownika, który z nielinearnej struktury treści lub ze zbioru nieułożonych danych tworzy własną ścieżkę, linearną historię, znaczący zbiór. To dlatego Europeana szuka nowej strategii zaangażowania – buszowanie po największym nawet zbiorze danych o kulturze nie daje wiele przyjemności. Dlatego też w cenie są dzisiaj wszelkiego rodzaju przewodnicy, kuratorzy, pośrednicy, a rolę krytyka i recenzenta kulturowego przejmuje często, z chęcią, koleżanka z Facebooka. Dlatego wreszcie tak ważna jest otwartość danych, pozwalająca tworzyć własne mapy kulturowego terytorium. Jednak żeby naprawdę móc opowiadać historie w oparciu o wspólne dziedzictwo, trzeba mieć nie tylko jego mapę, ale też swobodę korzystania z samych treści, tak, by móc tworzyć remiksy, mash-upy, covery, przetwory. Następnym krokiem po uwspólnieniu bazy danych o kulturze musi więc być otwarcie samej kultury. Do tego czasu pozostaje nam tylko tworzyć na bazie kulturowych danych plany i szkice przyszłych opowieści, z rosnącym apetytem czekając na możliwość wypełnienia ich treścią.