Sztuka w Polsce?  Przecież ona nie istnieje!

Sztuka w Polsce?
Przecież ona nie istnieje!

Rozmowa z Osmanem Djajadisastra

W Niemczech pod koniec szkoły cała klasa jedzie z nauczycielem na wycieczkę do jakiegoś kraju. Mój nauczyciel wybrał Polskę. Na początku przypadek odegrał dużą rolę, ale później pojawiła się fascynacja polską kulturą, której pozwoliłem się rozwijać

Jeszcze 2 minuty czytania

KATARZYNA TÓRZ: Kiedy po raz pierwszy odwiedziłeś Polskę?
OSMAN DJADJADISASTRA:
Jesienią 1981 roku ze szkolną wycieczką. Wszędzie na ulicach widziałem słowo „Solidarność”, to wszystko działo się właśnie wtedy. W grudniu 1981 wprowadzono stan wojenny. Kolejny raz przyjechałem w 1984, tylko po to żeby poznać kraj, nie interesowało mnie wtedy jeszcze kupowanie sztuki. Na poważnie zacząłem kolekcjonować kilka lat później. Pierwszymi rzeczami, które kupiłem, były plakaty z galerii Krzysztofa Dydo z Krakowa. Zrobiły na mnie wielkie wrażenie i zakupiłem ich sporo, zwłaszcza z lat 50. i 60. – np. plakaty Tomaszewskiego i innych reprezentantów Polskiej Szkoły Plakatu. Od tego się zaczęło, szukałem więc dalej.

Osman Djadjadisastra
fot. archiwum prywatne
Wybrałeś sztukę. Jakie były Twoje motywacje? Czy tylko osobiste?
To ciekawe pytanie. Obrazy mają na mnie wielki wpływ. Sztuka plakatu, grafika i sztuka w ogóle. Mniej mnie interesuje sztuka konceptualna, ale i ona czasami silnie działa. Uwielbiam też muzykę, zwłaszcza jazz, ale to przecież nie obraz. Czytam obecnie dużo komiksów, przede wszystkim ze względu na ich stronę wizualną, w drugiej kolejności ze względu na historię. Obrazy silnie na mnie działają, ale też łatwo można się w nich zatracić. Niektórzy wobec obrazu przyjmują strategię intelektualną – czasami to lepsze podejście – ja jednak wolę dać się poruszyć. Właśnie dlatego zajmuję się sztuką. Na niektóre z moich obrazów lubię patrzeć codziennie – to wzbogaca życie i wprowadza w nie dobre emocje.

Twoja kolekcja jest międzynarodowa?
Właściwie składa się w 99% z polskiej sztuki, którą niezwykle cenię. Jestem zaangażowany w jej historię. Im więcej wiem, im więcej artystów poznaję, tym bliższe mam relacje z samym podmiotem sztuki.

Dr Osman Djajadisastra

Urodził się w 1963 roku w Darmstadt. Jest absolwentem medycyny, prowadzi praktykę lekarską w Selfkant. W wolnych chwilach jest trenerem lokalnej drużyny piłkarskiej. Polskę odwiedził po raz pierwszy w 1981 roku, od tamtej pory przyjeżdżał wiele razy. Jest kolekcjonerem sztuki, przede wszystkim polskiej. Jego kolekcja liczy kilkaset obiektów. Ostatnio wydał album „Sportowcy//Dwurnik” z obrazami Edwarda Dwurnika.

Czy to był tylko przypadek, że wybrałeś Polskę? Dlaczego Niemiec wkłada tak wiele wysiłku w promowanie polskiej kultury?
W Niemczech pod koniec szkoły cała klasa jedzie z nauczycielem na wycieczkę do jakiegoś kraju. Mój nauczyciel wybrał Polskę. Akurat na mnie ta podróż wywarła spory wpływ. Wówczas nie chodziło jeszcze o samą sztukę, lecz o to, co wtedy działo się w Polsce. Kiedy masz 17 lat, wszystko wokół Ciebie – jeśli jest nowe i interesujące – robi wielkie wrażenie. Kilka lat później, także przez przypadek, kolega ze studiów spytał, czy chcę mu towarzyszyć podczas rodzinnej wizyty do Polski. Zgodziłem się. W ten sposób coraz bardziej angażowałem się w sprawy Polski, czytałem wiele książek o polskiej historii, systemie społecznym, polityce. Na początku przypadek odegrał dużą rolę, później pojawiła się fascynacja, której pozwoliłem się rozwijać.

Czy realizując swoją pasję masz świadomość, że działasz wbrew obustronnym stereotypom polsko-niemiecko-polskim?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, wzrastałem w postawie wolnej od uprzedzeń i stereotypów w stosunku do innych ludzi i krajów. Moi rodzice nauczyli mnie otwartości wobec świata. Staram się tę zasadę stosować także w codziennym życiu.

Teresa Murak, z cyklu: „Objects I-III”,
praca z  kolekcji Osmana Djadjadisastra
Jak na Twoje zainteresowanie polską sztuką reaguje najbliższe otoczenie?
Żywą ciekawością. Im więcej im opowiadam, tym szerzej otwierają się ich oczy, i tym większy mają dla tego szacunek. Jeśli czegoś nie znasz, nie możesz tego szanować ani doceniać. Jeśli jednak powiesz ludziom, co stoi za danym dziełem, kto je stworzył, spojrzą na nie inaczej. Pierwszą reakcją bywa pytanie: „Sztuka w Polsce? Przecież w Polsce nie ma sztuki, nigdy nie istniała!”. Większość artystów znanych w Polsce nie jest znanych w Niemczech ze względu na czasy zimnej wojny. Jednak zaczęło się to zmieniać. Na przykład obecnie w Brukseli trwa wielka wystawa Aliny Szapocznikow

Będąc kolekcjonerem, pracujesz z wieloma przesądami i niewiedzą, uprawiasz więc swoistą dyplomację kulturalną...

Rzeczywiście jestem trochę mediatorem, mogę nim być, ponieważ kocham  sztukę. Czuję, że jest to właściwe, więc muszę to robić. Nie ma innej drogi.

Jaka jest struktura Twojej kolekcji?
Moją podstawową ideą jest pozyskiwanie mocnych obrazów, niekoniecznie bardzo realistycznych. Mam sporą kolekcję polskich plakatów z okresu powojennego, dużą grupę obrazów z okresu po stanie wojennym: Leona Tarasewicza, Ryszarda Grzyba, Marka Sobczyka. Z lat 80. także prace Magdaleny Abakanowicz, Teresy Murak, Ewy Partum z początku lat 70., Natalii Lach-Lachowicz, Edwarda Krasińskiego oraz wiele prac grupy Twożywo, Gruppy i Luxusu. Kolekcja składa się z dzieł silnych wizualnie, stworzonych przez artystów, którzy wywarli na mnie duży wpływ. Liczy kilkaset obiektów.

Marcin Maciejowski, „Gosia”, praca z 
kolekcji Osmana Djadjadisastra
Myślałeś kiedyś o jej pokazaniu na wystawie?
Niekoniecznie. Jestem bardzo niechętny pokazywaniu kolekcji. Rozmawiałem o tym z przyjacielem, który także kolekcjonuje sztukę i ma do tego zupelnie inne podejście. Powiedział mi: „musisz to pokazać, dać to innym ludziom”. Spytałem go, dlaczego. Nie widzę w tym celu. Niektórzy ludzie chcą pokazać: „zobaczcie co kupiłem”, albo wystawiać kolekcję po to, żeby uczyć innych. Nie jestem od uczenia, każdy musi znaleźć swoją własną drogę do sztuki.

Czy osobiste spotkania z artystami są dla Ciebie ważne? Czy zależy Ci na tym, żeby poznać osobę, która stoi za danym dziełem?

Na początku nie było to ważne, ponieważ nie byłem pewny, czy takie spotkania są w ogóle możliwe. Ale pod koniec lat 90. odkryłem, że mogę poznać wybitnych artystów, takich jak Edward Krasiński, Ewa Partum, Tadeusz Dominik, Teresa Murak, Marek Sobczyk. Nie zawsze lubię daną osobę, nie sądzę też, że muszę lubić danego artystę, żeby jego praca na mnie wpływała. Cenię możliwość spotkania oko w oko, ale dzieło musi mnie przekonać samo. A spotkanie z artystą poszerza moją wiedzę o ludziach.

Ewa Cieplewska, „Dama z gronostajem”,
praca z kolekcji Osmana Djadjadisastra
Jak, jako osoba z zewnątrz, postrzegasz polską kulturę?
Prawdopodobnie gdybym powiedział, że w polskiej kulturze funkcjonuje mała grupa osób, która podejmuje decyzje – grupa, która w ostatnich latach (poprzez instytucje albo swoją aktualną pozycję) dostała władzę – zostałoby to z wywiadu usunięte. Może się mylę, ale lata praktyki pokazały mi, że polska scena artystyczna jest bardzo ograniczona. Wydaje mi się, że wspomniana grupa decyduje o tym, kto będzie sławny, a kto nie. W Polsce jest w zasadzie jedno centum władzy, w Warszawie. Na pewno w innych miastach funkcjonują środowiska i instytucje artystyczne (które, miejmy nadzieję, w przyszłości staną się bardziej znaczące), ale pozostają na drugim planie. W Niemczech mamy Düsseldorf, Kolonię, Berlin, Monachium, Hamburg, Kassel. We wszystkich tych miastach funkcjonują autonomiczne grupy ludzi, niezależnych od centrali. Uważam, że także w Polsce pole działania powinno się poszerzyć. Taka sytuacja utrudnia młodym artystom uzyskanie zainteresowania. 

Zatem dokąd zmierza polska kultura?

Moim zdaniem Polska zmierza w tym samym kierunku, co reszta Europy, nie ma tu wielkiej różnicy. Zmierzch komunizmu i otwarcie Unii Europejskiej przyniosły ludziom wiele korzyści. Z drugiej strony wytraca się wiele specyficznych aspektów kultury, która staje się coraz bardziej międzynarodowa. Sukces wiąże się zwykle z wyjazdem gdzieś zagranicę. Często ktoś mówi, że miał wystawę w jakimś mieście albo kraju – i ma to oznaczać, że jego sztuka jest czymś wyjątkowym. Ale nie sądzę, żeby sztuka stawała się lepsza, gdy jedzie do Londynu albo Nowego Jorku.

Czy jako lekarz myślisz, że sztuka może coś uleczyć? A może wręcz przeciwnie –
jest trucizną dla duszy? Co mówi Ci własne doświadczenie?
Sztuka może leczyć, nawet ta, która denerwuje i przygnębia. Jestem o tym przekonany. Myślę, że wszystko – dobre dzieło sztuki, muzyka, film czy komiks – może uzdrowić. Może także niepokoić. Ale niepokój też jest jakąś reakcją. Myślę, że najgorszą rzeczą, jaka może się przydarzyć człowiekowi, jest bierność, niski poziom emocjonalny. Niepokój czy radość płynące z dzieła sztuki mają działanie pozytywne, ponieważ powodują ruch, wyzwalają reakcje. A to dowód na to, że jest się nadal żywą istotą.