PRZYJEMNOŚĆ DRUKU:  Wydało się (w Polsce)
H. Zamojski, Bookie, 1011, Piktogram

PRZYJEMNOŚĆ DRUKU:
Wydało się (w Polsce)

Jakub Bąk

Concept books polskich artystów należą do dóbr rzadkich, wydaje się ich niewiele, a jeszcze trudniej do nich dotrzeć, ale coraz więcej twórców sięga po książkę jako formę wypowiedzi

Jeszcze 3 minuty czytania

Nie będzie to ani ranking, ani podsumowanie roku, a jedynie subiektywny przegląd ostatnio wydanych publikacji. Ciekawie zrealizowanych, z solidnym konceptualnym wkładem, które amatorom zadrukowanych tekstem i obrazem stron, mogą dostarczyć sporo przyjemności, warte są poszukiwań i niewygórowanych kwot, jakie trzeba za nie zapłacić.

Morava Books

Potentatem lokalnego rynku artist's booków jest od prawie dwóch lat Honza Zamojski i jego jednoosobowe wydawnictwo Morava. W ciągu ostatniego roku poznański artysta opublikował aż 10 rarytasów. Z szerokiego katalogu Moravy zwracają uwagę dwie pozycje. Pierwsza to „The Climbing of Buildings, Fences and other Opportunities” – książkowe opracowanie działań Jeroena Jongeleena. Zamojski i Jongeleen swoje artystyczne biografie mają zakorzenione w graffiti, plastyczno-anarchistycznych interakcjach z miejskim krajobrazem. Obaj wyrośli już z tych miejskich zabaw i zajęli się poważniejszą aktywnością, nie tracąc jednak nic ze swej witalności i wolności jaką daje łamanie reguł. Stali się kimś w rodzaju dojrzałych postkonceptualistów i wiecznych urwisów jednocześnie.

„The Climbing of Buildings, Fences and other
Opportunities”
, Morava 2011

„Climbing...” to dokumentacja performansów – miejskich wspinaczek. Otoczenie architektoniczne staje się barierą, którą można przeskoczyć, tak więc Jongeleen wdrapuje się na płoty, kraty, poręcze, drzewa, fasady budynków, reklamy. Jedynym świadkiem jego radosnych aktów transgresji jest aparat. Zawarty w książce zbiór tekstów umieszcza te nielegalne i niebezpieczne zabawy obok akcji takich artystów jak Bas Jan Ader, Gordon Matta-Clark i wybryków studentów z początku ubiegłego wieku, które znamy z książki „The Night Climbers of Cambridge”. Medium działań artystycznych Jongeleena stanowi książka nienagannie wydana przez Moravę. Nakład 100 egzemplarzy wprawdzie już się wyczerpał, ale pojedyncze okazy da się jeszcze zdobyć.

Robert Maciejuk „Wazony”, Morava 2011

Kolejną z moravskich produkcji, która zasługuje na miejsce na półce każdego kolekcjonera, są wydane pod koniec listopada „Wazony” Roberta Maciejuka, w nakładzie zaledwie 200 egzemplarzy. Całość jest przedziwnym hołdem złożonym twórcy.  Jednak zamiast doskonałego malarstwa Maciejuka znajdziemy w publikacji jego portret wykonany przez ulicznego rysownika, 5 różnych tekstów o ceramice w 5 różnych językach oraz doskonałe reprodukcje wazonów ulepionych przez samego Maciejuka. Fotografie wydrukowane z pięknym rastrem zostały jak w starych albumach ręcznie wklejone i tylko jedna krawędź łączy je z kartką książki. Wszystko wygląda na żart i jest nim w istocie, ale nie tylko. Dyscyplina aranżacji kilku wazonów ustawionych na białym parapecie na tle żółtej ściany (z charakterystyczną czarną szczeliną pomiędzy), kontrolowana niedoskonałość ich faktur oraz aluzyjne formy są fascynujące. Format i jakość tej publikacji robi wrażenie, a merytoryczny wkład funduje podróż przez stulecia historii sztuki, w poszukiwaniu niezliczonych odniesień do kilku walorów, jakie pokazano w książce.

Robert Maciejuk „Wazony”, Morava 2011

„Wazony” to przygoda dla wielbicieli Maciejuka i intrygująca zagadka dla tych, którzy kojarzą go jedynie z obrazami przedstawiającymi Misia Uszatka i innych bohaterów bajek dla dzieci. Po kompromisowych i gadżeciarskich „My Gradma's Recipes” wydanych również w tym roku, Morava zaatakowała potężnym ciosem. „Wazony” to bezprecedensowy obiekt wydawniczy; piękny, odważny i perwersyjny intelektualnie. Niejednoznaczny i perfekcyjny, dzieło samo w sobie i celna metonimia postawy twórczej bohatera/autora, Roberta Maciejuka.

Sam się publikuj

Aby wydać artist's booka, nie trzeba od razu jak Honza Zamojski zakładać wydawnictwa. Można zrobic to samodzielnie albo z gotowym projektem czekać na kogoś, kto sfinansuje całe przedsięwzięcie. O przykłady jedno lub dwu egzemplarzowych nakładów nietrudno. Choćby „Hybrydarium” Darii Malickiej, w którym młoda projektantka stworzyła swój autorski bestiariusz.

Daria Malicka „Hybrydarium”, Rehybrydarium 2011

Tę doskonale zaprojektowaną książkę, a raczej jej pełnowymiarową, ręcznie wykonaną makietę można zobaczyć na pokonkursowej wystawie „Projekt Roku”, zorganizowanej przez Stowarzyszenie Twórców Grafiki Użytkowej (STGU) w siedzibie Fundacji Sztucznej w Warszawie. Być może „Hybrydarium” doczeka się także normalnego wydania i będę mógł z czystym sumieniem polecić je kolekcjonerom.

Innym sposobem na brak rodzimego rynku wydawniczego jest współpraca z oficynami spoza Polski. W mijającym roku nakładem londyńskiej My Dance The Skull ukazała się kolejna książka Aleksandry Waliszewskiej – „Fantastic Animals”. Jest to już czwarta publikacja artystki, tym razem jej mrocznym grafikom towarzyszą wiersze Matthew Wascovicha. Tak jak w przypadku poprzednich jej książek mamy do czynienia z niewielką formą: 20 stron, mały format i zaledwie 100 egzemplarzy nakładu.

Aleksandra Waliszewska „Fantastic Animals”,
My Dance The Skull 2011

„Fantastic Animals” to niezwykle mocna i uwodząca książeczka. Aurę demonicznych dziewcząt i zezwierzęconych hybryd, oddających się krwawym szaleństwom pośród pejzaży rodem z alchemicznych rycin lub schizofrenicznych wizji, potęguje poezja pochodzącą z tej samej mrocznej otchłani. Idealne współgranie tekstu i obrazu to raczej choreografia niż tylko dobre zestawienie. Waliszewska hipnotyzuje, dręczy i nie daje spokoju jeszcze długo po odłożeniu na półkę.

Kombinacja obrazu z poezją to naturalny sojusz, ale rzadko kiedy udany. O ile polskie wydawnictwa poetyckie mają w zwyczaju karać czytelników potworną i sztampową oprawą graficzną, o tyle ciekawe realizacje możemy znaleźć właśnie na polu self-publishingu. Weźmy „Rozkład jazdy” Rafała Czajki. Reinterpretacja klasyka poezji lingwistycznej w formie zina została wydana przez raczkujące Transmissionbooks. Kolejne frazy wiersza Tymoteusza Karpowicza stają się nierozerwalną częścią gęstych, wielokrotnie transformowanych grafik młodego artysty. Ta niewielka książeczka uwalnia obrazy poetyckie zaklęte w języku. Nakład 100 egzemplarzy, mimo symbolicznej ceny, jeszcze się nie rozszedł.

Rafał Czajka „Rozkład jazdy”, Transmissionbooks 2011

Foto-booki

W epoce nadprodukcji obrazów i wizerunków coraz trudniej przychylnie patrzeć na fotografie. Foto-zinów wydaje się naprawdę sporo i ciężko jest wyłowić wśród nich coś ciekawego, odróżniającego się od masy podobnych serii zdjęć dokumenujących przypadkową codzienność młodych fotografów i fotografek. Wśród początkujących autorów drukowanych wersji fotoblogów, niełatwo znaleźć następców Mikołaja Długosza i Maurycego Gomulickiego. Szczególnie trudno o publikacje, które od pierwszej do ostatniej strony tworzyłyby zamkniętą i przemyślaną całość.

Miłym zaskoczeniem okazują się więc dwie produkcje wrocławskiej inicjatywy wydawniczej Brud Books: „Niewierzący praktykujący” Macieja Drobiny i „Pokrywa” Szymona Krawczyka. Wyróżnia je ksero – najtańsza, ale jakże szlachetna technika reprodukcji. Oba foto-ziny mają po dwadzieścia kilka stron, są czarno-białe, wydane w nakładzie ok. 40 egzemplarzy i co najważniejsze mają bardzo ostro zarysowane i konsekwentnie rozpracowane tematy. Pierwsza tropi malownicze katolickie rytuały w świecie religijnie odczarowanym. Druga eksploruje rzeźbiarski fenomen śniegowych czap na zaparkowanych samochodach. Obie publikacje, jedna etnograficzna, druga formalistyczna, są zaskakująco celne i wyraziste. Czarno-białe ksero u Macieja Drobiny przyjemnie chłodzi orgiastyczność katolickich praktyk, zaś u Szymona Krawczyka znakomicie oddaje surową paletę barw polskiej zimy.

Piotr Łakomy „Boyz n the Hood” , Bunk Edition 2011

Podobnie jak „Pokrywa”, w regionach pogranicza jezdni i chodnika, powstał jeden z najciekawszych krajowych concept booków – „Boyz n the Hood” Piotra Łakomego. Książkę w nakładzie 150 egzemplarzy wydało francuskie Bunk Edition. Poświęcona jest niezamierzonym sytuacjom rzeźbiarskim towarzyszącym blokowaniu miejsc parkingowych za pomocą konstrukcji z mebli, desek, skrzynek itp. Łakomy na codzień jest malarzem i twórcą obiektów, tym razem jednak tropi i dokumentuje kunszt sąsiadów, wcielających się w twórców spontanicznego minimal artu. Możemy więc z bliska zobaczyć bardzo oszczędne konstrukcje, docenić subtelne walory materiałów oraz stosunki przestrzenne, jakie te instalacje ustanawiają (np. skrzynka i opona władają miejscem, na którym zaparkuje mała ciężarówka). Fotografiom towarzyszą trafione cytaty literackie. Książka jest doskonale przemyślana, zaprojektowana i wydana, i tym samym zajmuje ważne miejsce obok twórczości malarskiej i rzeźbiarskiej młodego autora.

Galeryjne oficyny wydawnicze

Poza nurtem self-publishingu kilka ciekawych pozycji ukazało się ostatnio nakładem poważnych galerii. „Business Reply...” Dominika Podsiadłego został wydany w 300 egzemplarzach przez wrocławską BWA. Książka jest nieco zepsuta niepotrzebnym posłowiem, ale to, co pomiędzy okładkami robi sam autor, wynagradza wszelkie niedociągnięcia wydawcy. Podsiadły mimo dojrzałego wieku stworzył nieprawdopodobny notes writera, w którym projekty fantastycznych graffiti sąsiadują z pornograficznymi rysunkami, naśladującymi słabej jakości grafikę komputerową. Książka jest fenomenalna, a wyobraźnia autora nieprawdopodobna. Nie znam innych prac tego artysty, ale to co zrobił w „Business Reply...” zachwyca.

Zbigniew Rogalski „Studium węgla”,
Raster/Arsenał 2010

Kolejnym rarytasem z artystycznych antypodów Podsiadłego okazuje się „Studium węgla” słynnego malarza Zbigniewa Rogalskiego. Serigraficzna okładka „w starym stylu”, a w środku precyzyjne fotografie pomalowanych na biało brył węgla. Dowcipne i bardzo dobrze zrealizowane wydawnictwo jest efektem współpracy warszawskiego Rastra i białostockiego Arsenału.

Ostatnia już pozycja na liście, wydany przez 40 000 Malarzy rocznik galerii Kolonie rodzi ten problem, że nie jest projektem artystycznym, a sama galeria nie jest konceptualnym przedsięwzięciem jak historyczny warszawski Foksal czy wrocławska Galeria Pod Moną Lizą, ale zwykłą komercyjną inicjatywą. Po grafomańskim „Sailorze” Normana Leto i chybionym „Surogacie” Filipa Sadowskiego wydanych przez 40 000 Malarzy (oficynę prowadzoną przez właściciela Kolonii Jakuba Banasiaka), wreszcie dostajemy coś naprawdę interesującego. Rocznik jest czymś równoległym do wydarzeń, które miały miejsce w galerii, alternatywną przestrzenią artystów i alternatywną formułą kontaktu z ich sztuką. Zgoła inną niż seria wernisaży.

Rocznik Galerii Kolonie, 40 000 Malarzy 2011

Książkę doskonale zaprojektowali Dagny Nowak i Daniel Szwed, została elegancko wydrukowana w nakładzie zaledwie 350 egzemplarzy. Ilustracje, głównie czarno-białe, nie grają głównej roli, najważniejszy jest czarny tekst wlany bezszeryfową czcionką w pistacjowe strony. Są to dialogi Banasiaka, współpracujących z nim artystów i zaprzyjaźnionych galerzystów – żywe rozmowy, w których formułuje się i krystalizuje wizja galerii. W książce Banasiaka sztuka jawi się inaczej niż na wystawach, więc z czystym sumieniem nazywam ten z pozoru nudny rocznik concept bookiem.