Koniec roku to czas, kiedy kończą się regularne emisje naszych ulubionych seriali. Skończył się kolejny sezon i trzeba czekać na kolejny, ewentualnie rozpoczęła się długa przerwa w środku sezonu. Troszkę z tego powodu cierpimy.
Renesans seriali w epoce internetu ma wiele przyczyn, ale jedną z nich jest chyba to, że wielu widzom w serialowej grupie docelowej łatwiej jest tak zorganizować sobie dzień – obejrzeć wieczorem coś, co trwa poniżej godziny, krócej niż dwu-, trzykrotnie dłuższy film. I choć długość całego sezonu wielokrotnie przekracza czas oglądania filmu, to kluczem jest poszatkowanie tego czasu na małe, możliwe do szybkiego połknięcia kawałki. Inna sprawa, że czas, który trzeba poświęcić na całą serię sprawia, że trudno nam teraz zdecydować się na coś nowego. Nowa produkcja to wielka niewiadoma, a przy tym – zobowiązanie na kilkanaście godzin. Kto je dziś ma?
Koniec roku to także czas podsumowań i postanowień. Niestety także czas zamykania projektów, rozliczania się z zadań. W efekcie: czas, w którym czasu jest jeszcze mniej niż zwykle. A nieodległa wizja Świąt, które zawsze mają być tym mitycznym okresem odpoczynku i z roku na rok coraz mniej nim są, każe spojrzeć prawdzie w oczy. Znów nie przeczytamy tych wszystkich czasopism i książek, które kupowaliśmy w ostatnich miesiącach z myślą o czasie, kiedy uda się je przeczytać i które układają się w ponure stosy na biurkach, półkach i parapetach. I choć brak czasu, żeby to sprawdzić, to mamy wrażenie, że z roku na rok te stosy stają się coraz wyższe.
Kupowanie, które staje się nową formą lektury czy oglądania, to kamyczek do ogródka miłośników ekonomii uwagi. To uwaga jest dziś najbardziej deficytowym dobrem (to już czwarty akapit tego tekstu – czy zrobiliście sobie przerwę, żeby sprawdzić coś innego?). I jest to deficyt potencjalnie bardzo demokratyczny. Niektórzy z nas mają więcej, inni mniej pieniędzy. Ale jeśli chodzi o uwagę – wszyscy mamy ograniczone zasoby.
Rola, którą w ekonomii uwagi pełnią nowe technologie, jest dwuznaczna. Pomagają, ale z drugiej strony wyciskają czas jak cytrynę. Sprawiają, że każda chwila naszego dnia (i niestety nie tylko dnia), staje się zasobem, który należy maksymalnie wykorzystać – zmieniając życie w coś na kształt intelektualnej linii produkcyjnej. Powodów, dla których – zanurzeni w technologiach – mamy narastające kłopoty z uwagą, jest kilka.
Pierwszy problem wiąże się z ich wszechobecnością. Mając w kieszeni telefon lub w torbie czytnik e-booków albo laptopa, można mieć pewność, że zawsze będzie coś do przeczytania lub obejrzenia (albo i napisania). Po drugie, to kwestia kontaktów zapewnianych przez Sieć. Winna nie jest sama technologia, lecz zapewniony przez nią kontakt z niezliczoną ilością treści, osób, artykułów, blogów, bratnich dusz, i rzeczy, których po prostu nie wypada nie przeczytać. Wszechobecność zawsze podłączonej technologii nie byłaby kłopotem, gdyby dawała dostęp do jednego tytułu prasowego, jednego kanału telewizji i garści książek lub płyt. Po trzecie, obiekty kultury z wyraźnymi granicami zmieniły się w strumienie treści. W przypadku serwisów społecznościowych, ale też elektronicznych wydań gazet czy własnej skrzynki emailowej, niemożliwe jest satysfakcjonujące uczucie dobrnięcia do ostatniej strony – które czeka nas na końcu nawet najgrubszej książki i najnudniejszego artystycznego filmu. A strumienie te płyną niezmiernie szybko, podpięte w Sieć instytucje i osoby pojawiają w tempie, które chce dorównać procesorom w ich komputerach.
Wydawałoby się, że rozwiązanie jest proste: potrzeba nam informacyjnej diety. A tę zapewniają kuratorzy, przewodnicy, krytycy i recenzenci. Jednak pozornie przydatne filtry mogą dziś być także źródłem cierpienia. Wystarczy spojrzeć na coroczne podsumowania – 50 najlepszych płyt roku. 20 najlepszych filmów. 10 książek, których nie wypada nie znać. Zorientowanie się, których pozycji nie przeczytałaś, i w jakiej kolejności nadrabiać zaległości zajmie godzinę. Problem w tym, że podsumowań jest tylu, co krytyków, a i ich w coraz bardziej amatorskiej kulturze jest bez liku. Wybierz więc kilku ulubionych i zaufanych w kwadrans, a potem porównaj ich opinie w następne kilka godzin. Na koniec przygotuj własną listę. A może lepiej nie?
W rozmowie, którą możecie przeczytać w „Medialab. Instrukcja obsługi”, Joi Ito, szef MIT MediaLab mówi, że problemem twórców dzisiaj jest to, że zbyt często przejmują się ryzykiem, złożonością i zmieniającymi się realiami, a w efekcie – zamiast coś po prostu zrobić, wciąż planują. To planowanie zabiera więcej energii niż samo tworzenie. Ale zastanawiamy się, czy przyczyną nie jest coś innego – strach przed zmieniającą się przyszłością. Może po prostu ilość rzeczy do zrobienia tak nas przytłacza, że często nie jesteśmy w stanie wyjść poza układanie kolejnych list priorytetów i tworzenie notatek, jak coś zrobić, gdy wreszcie zaczniemy to robić?
J.C.R Licklider, jeden z wczesnych twórców technologii cyfrowych, tworzył komputery i ich sieci z myślą o usprawnieniu ludzkiej pracy. Prace poprzedził badaniem, z którego wynikło, że 80% czasu sam poświęca na planowanie pracy i inne czynności dodatkowe. I liczył, że żyjący w symbiozie z komputerami ludzie będą pracować i żyć bardziej wydajnie. Jednak w przeciwieństwie do komputera, internet nie wspiera efektywności – jest technologią kontaktu na skalę, która dla efektywności jest zabójcza.
Jedno, czego technologie cyfrowe nie potrafią nam zapewnić, to braku kontaktu z nimi samymi. Chcąc podjąć odważny krok – nie sprawdzać przez kilka dni poczty; skasować konto na Facebooku; usunąć wszystkie nieprzeczytane maile – jesteśmy zdani na siebie samych. Tym razem sympatyzujemy więc z przeciwnikami nowych technologii, ostrzegającymi przed wprowadzaniem komputerów do szkół. Ramię w ramię z cyfryzacją musi iść uczenie asertywności wobec cyfrowych technologii i świata online oraz przekonywanie o znaczeniu środowisk analogowych. Jako prostszych, mniej wymagających od naszej uwagi.
W biografii Steve'a Jobsa, której oczywiście wciąż nie zdążyliśmy przeczytać, podobno znajduje się wypowiedź, że jedyną niepokojącą w nowych technologiach rzeczą jest fakt, że te wszystkie gadżety nie dają nam szansy, aby się nudzić. A przecież żeby wymyślić coś naprawdę ciekawego, trzeba się ponudzić. Dlatego, kończąc, życzymy wam, żebyście mieli nudne Święta.
Alek Tarkowski, ur. 1977, socjolog, dyrektor Centrum Cyfrowego „Projekt: Polska”, koordynator projektu Creative Commons Polska, współpracownik Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania na Uniwersytecie Warszawskim. Interesuje się kulturowymi i społecznymi aspektami mediów cyfrowych.
Przeglądanie WWW można traktować jako synonim internetowej nudy. Często ma w sobie coś z gapienia się w obraz kontrolny
Uwaga! To nie jest wpis na temat ACTA. Inspiracją dla niego są wyniki badania zaprezentowane w raporcie, który nie jest raportem o piractwie.
Na początku tego miesiąca pojawiła się zaskakująca propozycja reformy prawa autorskiego
Komentarze (3)
Jeżeli chodzi o "higienę medialną" nie dawno w antologii "Kulturowe kody technologii cyfrowych" (zob. fragmenty http://www.wspa.pl/img/wydawnictwo/kulturowe-kody-technologii-cyfrowych-fragment.pdf) ukazał się tekst Peter Lunenfeld, który postuluje infotriaż ( triaż nazwa pochodzi od selekcji rannych na polu walki).Zalew informacyjny Lunefeld porównuje do cukrzycy. Osoba chora na cukrzyce nie może wyprodukować wystarczającej ilości insuliny, która mogłaby strawić cukier (konsumpcja przerasta produkcję), tak samo odbiorca współczesnych mediów zalewany jest znaczeniami, których nie jest w stanie przerobić, przyswoić czy zrozumieć.
Zastanawiam się czy media nie wprowadzają nowego rodzaju nudy: nudy browsowania, przeglądania nowości itd. W tym sensie nie ma "nudy" w starym sensie, bo jest "zawsze coś nowego" - nuda wynika z paradoksu - "jednostajności różnicowania treści". Nawet jeśli teraz nie ma nic nowego, to zawsze można się przełączyć do czegoś innego (portalu, medium itd.) zapewniając sobie dopływ nowości. Trudno powiedzieć np., że użytkownicy Facebooka są cały czas podekscytowani i w stanie wytężonej uwagi, często pewnie "lajkują z nudy", podobnie też często wklejają różne rzeczy z nudy. Teraz też chyba się nudzimy, tylko, że co raz częściej wspólnie, czyli społecznościowo.
Bardzo trafny przykład z tworzeniem list priorytetów. Planowanie jest nudne, bo najczęściej remiksuje się istniejące listy, łączy zadania odwlekając pracę, co samo w sobie jest nudne (w początkowej fazie jeszcze można z jakimś entuzjazmem coś planować, ale planować 10 razy to samo lub coś bardzo zbliżonego już zaczyna raczej nudzić).
"życzymy wam, żebyście mieli nudne Święta."
Nawzajem ;-)