Dobry wieczór, witamy bardzo serdecznie w teleturnieju „Miliarderzy”! Przed nami już tylko ostatnie, finałowe pytanie: czy sztuka współczesna ma realny wpływ na życie społeczne? Wystarczy wybrać jedną z dwóch odpowiedzi – „tak” lub „nie” – żeby wygrać miliard! A więc, jak brzmi poprawna odpowiedź: tak czy nie? Prawda czy fałsz? Zostało jeszcze 120 sekund!
Zacznijmy może asekuracyjnie od odpowiedzi negatywnej. Kiedyś, w czasach tzw. nowoczesności, uważano, że misją artysty jest formowanie kształtów przyszłości. Niestety, od tego czasu konkurencja poszła do przodu i sztuka została jakby nieco w tyle, aczkolwiek – pewnie z przyzwyczajenia – ludzi odpowiedzialnych za prawdziwie innowacyjne rozwiązania, takich np. jak Steve Jobs, nazywa się często artystami. W drugą stronę nie działa to już tak dobrze.
Polska artystka Zuzanna Janin na swojej wystawie w warszawskim zuju w 1999 roku zaprezentowała analogowy prototyp fejsbuka w postaci przezroczystej tablicy (pierwszy wall?) z wypisanymi imionami i nazwiskami wszystkich swoich znajomych (już wówczas była to budząca szacunek liczba ponad 700 osób). Choć projekt miał bardzo ograniczone możliwości interaktywne, jego autorka z dużą intuicją implementowała weń opcję komercyjną – każdy ze znajomych mógł za stosowną opłatą nabyć autorską kopię tabliczki ze swoim nazwiskiem. Ostatecznie jednak, jak wiemy, to nie nasza rodaczka procesowała się z Markiem Zuckerbergiem o odszkodowanie za kradzież pomysłu, a jej wizjonerską instalację sprzed kilkunastu laty nawet ludzie od sztuki zdaje się słabo już pamiętają.
Spróbujmy jednak uderzyć w bardziej optymistyczny ton i dowieść, że jednak owszem, tak, jak najbardziej, coś ze sztuki wynika, na coś sztuka wpływa. Ba, to zjawisko ma już nawet swoją nazwę: „efekt Sasnala”. Termin ten funkcjonuje co prawda na razie tylko w polskiej literaturze, bo też fenomen, o którym mowa, właśnie w Polsce daje się obserwować w największym natężeniu.
Otóż, przykładowo, na „efekt Sasnala” powołują się twórcy nowego domu aukcyjnego inwestującego w sztukę najnowszą. O co chodzi? O pieniądze oczywiście. Na czym to wszystko miałoby polegać? Obrazy młodego, początkującego artysty są tanie, a potem, za jakiś czas, kiedyś tam, z jakiegoś powodu – bardzo drogie. Taką mniej więcej, może nie oryginalną, ale jakże inspirującą myśl usiłują zaszczepić potencjalnym inwestorom przedstawiciele rzeczonej firmy.
Sztuka współczesna cały czas otoczona jest w Polsce swoistą aurą tajemnicy, co z jednej strony dobrze wpływa na jej atrakcyjność, z drugiej zaś wiedzie wielu entuzjastów na tory euforycznego szaleństwa. Recepcja twórczości Wilhelma Sasnala sprowadza się więc w dużej mierze do szczerego podziwu nie tyle dla obrazów, co dla wzrostu ich cen w ciągu ostatniej dekady. To zaś stanowi silną inspirację do działania.
Ponieważ sam zajmuję się sprzedawaniem sztuki, z dużym zaciekawieniem przyglądam się projektom biznesowym, których cała strategia opiera się na prostej aplikacji „efektu Sasnala” (jak to świetnie brzmi!) i próbie jego powielenia. W wypadku firmy, o której mowa – a której nazwy złośliwie nie wymienię, by nie robić darmowej reklamy – intryguje mnie efektowne połączenie agresywnego PR-u z przeciętnym, bądź złym malarstwem. Ciekawe, czy można na tym zbudować majątek, czy tylko piramidę finansową? I ile razy należy nadużyć nazwiska ważnego międzynarodowego artysty, żeby uwiarygodnić swoje wątpliwe kompetencje? Czepiam się – proszę zapytać eksperta, on chętnie odpowie: na tym polega tajemnica sztuki, że każdy może stać się Sasnalem, tak czy nie?
Na szczęście, ktoś trzeźwo zauważy – „efekt Sasnala” to nie tylko pieniądze. No właśnie, niestety, jest jeszcze płaszcz. Płaszcz, czyli zawiść – obie rzeczy są dla ludzi. Kiedy parę lat temu w międzynarodowych magazanych ukazała się reklama znanej międzynarodowej firmy odzieżowej ze zdjęciem Wilhelma w markowym płaszczu, pojawił się nowy temat zastępczy. Jaka ulga – nie trzeba dyskutować ani o sztuce, ani o obrazach, dłużej głowić się, o czym to i dlaczego, można pogadać o płaszczu.
„Efekt Sasnala” odurza bowiem nie tylko specjalistów od inwestycji alternatywnych i obrotu dobrami luksusowymi, ale dosięga również... artystów. Ktoś nawet zrobił sobie zdjęcie, przebrany za Sasnala z reklamy, ale to drobiazg w porównaniu z kampanią, jaką rozpętała anonimowa grupa artystów (?), która swą nazwę (jej również z premedytacją nie przytoczę) i cały swój program zbudowała na, mówiąc łagodnie, przedrzeźnianiu i drwinach z Wilhelma Sasnala.
Skala sukcesu artysty dopiero tu uwidacznia się w pełni, skoro zawistni epigoni zyskali nie tylko lokalną sławę, ale zaczęli nawet zarabiać na sprzedawaniu wyrabianych samodzielnie karykatur obrazów Sasnala. „Efekt Sasnala”: nic tak nie cieszy krytycznego umysłu Polaka jak opluwanie i podważanie sukcesu krajana. „Sasnal-krasnal!” – o jak miło dudni rechot! W końcu: czy ktoś obiecywał, że sztuka ma mieć pozytywny wpływ na ludzi? A jeśli pobudza niższe instynkty, subtelną zawiść, wdzięczną chciwość – uwaga, drugi miliard do wygrania! – dobrze to czy źle?
Jako historyk sztuki z wykształcenia nie mam, niestety, szans w tym teleturnieju, bo na studiach uczyli, żeby sądów moralnych pochopnie nie wydawać. Dlatego, przed reklamami, chciałbym tylko w obronie prawdy historycznej upomnieć się o „efekt Sasnala” taki, jakim ja go zapamiętałem. Owszem, działo się to dawno, dziewczyny nie nosiły jeszcze korkociągów w torebkach, redaktorki dwutygodnik.com dobiegały dopiero pełnoletności, a w pracowniach młodych krakowskich malarzy się nie przelewało. Ani wino, ani pieniądze. Ale kiedy już przy jakiejś okazji pojawiała się butelka, trzeba było jej strzec przed, no właśnie... „efektem Sasnala”.
Przybierał on różne formy, zawsze z jednakowym skutkiem – raz był to gruby konar, który zdaniem Wilhelma idealnie nadawał się do wepchnięcia korka do wnętrza butelki, kiedy indziej jego niepewny chwyt na nierównym bruku krakowskiego rynku. Nikt też o sztuce wtedy za dużo nie myślał, pal ją licho – i nagle trach! – butelka wina poszła w drobny mak!
Władze Warszawy postanowiły ogłosić strajk generalny wobec projektu budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Szwajcarski architekt został pozwany do sądu – jak protestować, to na całego!
Oto nadchodzi kres całej dyscypliny, koniec krytyki artystycznej! Proszę zapamiętać tę datę: dwa tysiące dwunasty. Koniec zawodów, koniec rozczarowań?
Dobry wieczór, cóż to był za dzień!
Komentarze (5)
Ciekawe dlaczego historyk sztuki uznaje za sztuke wypociny Sasnala a nie daje tego prawa wypocinom The Krasnals, przynajmniej warsztatowo duzo lepszym?
Artykuł bardzo ciekawy, ale nie krytykowałbym do końca idei domów aukcyjnych. Domyślam się jaki dom ma na myśli autor artykułu. Ów jak się domyślam dom (też nazwy nie będę wymieniał) podkreśla w swojej ofercie swoje cele i strategię, nie próbuje nikogo omamić, ani zwodzić. Nie widzę również nic złego w inwestycji w sztukę oraz łączenie jej z biznesem. Bycie przedsiębiorczym wcale nie wyklucza zamiłowania do piękna. Metody stosowane przez "dom" są popularne na całym świecie i a techniki, które wykorzystuje, cóż to chyba już domena naszych czasów te różne PR, marketingi etc. Sansal biorący udział w akcjach reklamowych też specjalnie mnie jakoś nie obrusza. Dużo osób pewnie z zazdrości powie "sprzedał się" i to tak jak napisane jest w artykule zupełnie odwraca uwagę od tego co w Sansalu najważniejsze czyli sztuce - a myślę, że artystę tylko za to powinniśmy oceniać.
Zgadzam się, chociaż wydaje mi się, że Wilhelm Sasnal wypłynął na fali międzynarodowego zainteresowania sztuką środkowo-europejską. Nie wydaje mi się, żeby rozgłos mu jakoś specjalnie przeszkadzał, no ale artyści też muszą z czegoś żyć, a piwniczne mroki i głód dawno przestał być już ich losem.
Nie skumałam z tą butelką... ;(
dobrze napisane...jak się ktoś nie zna to może i da się złapać na jakąś aukcję...jelenia, albo innego łosia...