PRZYJEMNOŚĆ DRUKU:  Saprofagi, czyli książki żerujące
Radek Szlaga, Droga, Galeria Miejska Arsenał

PRZYJEMNOŚĆ DRUKU:
Saprofagi, czyli książki żerujące

Jakub Bąk

Manipulowanie materiałem wydanych wcześniej książek przypomina strategię saprofagów – organizmów żywiących się martwymi lub obumierającymi szczątkami

Jeszcze 2 minuty czytania

Książka to proste medium. Sekwencja kartek ograniczonych okładkami – nic więcej nie potrzeba. Artists’ books skoncentrowane tylko na manifestacji swoich fizycznych właściwości: wszelkie rozcięcia, pudełka, deseczki, dziwne formaty itp., zwane przez niektórych liberaturą, nie obchodzą mnie zupełnie. Tak mają się do samych książek, jak parzenie herbaty do pisania tekstu. Interesują mnie tylko proste publikacje artystyczne obdarzone potencjałem krytycznym, bo nie ma dziś sztuki innej niż krytyczna. Albo jest się artystą konceptualnym i krytycznym, albo artystą naiwnym, a przy obecnym dostępie do informacji naiwność jest niczym innym jak tylko ignorancją. Mniejsza z ignorancją; studiujmy, kupujmy i kolekcjonujmy jedynie książki świadome, erudycyjne, kompetentne, krótko mówiąc książki zaangażowane.

Artyści dość często sięgają po prosty i dający ciekawe efekty zabieg polegający na przetwarzaniu istniejących już dzieł. Re-edycja, translacja, parafraza, imitacja, re-organizowanie i manipulowanie materiałem wydanych wcześniej publikacji przypomina strategię saprofagów – organizmów żywiących się martwymi lub obumierającymi szczątkami. Saprofagia książkowa, a więc tworzenie jednej książki z materiału drugiej, ma kilka swoich kluczowych aspektów. Problem prawny, technologiczny, formalny oraz ten dla nas zasadniczy, polegający na wytwarzaniu dodatkowej wartości artystycznej.

„Artforumx”, Parasitic Venture Press

Podczas ostatnich targów MissRead w Berlinie stanowisko wystawiennicze The Piracy Project zostało w całości poświęcone szerokiemu spektrum praktyk wydawniczych, polegających na przetwarzaniu znalezionych lub skradzionych treści. Wśród mniej lub bardziej wiernych pirackich kopii zdecydowanie wyróżniały się produkcje kanadyjskiego Parasitic Venture Press. Autorzy tego wydawnictwa nie podpisują się pod swoimi dziełami. Materialna strona ich publikacji zdaje się być drugorzędna; rządzi konceptualny wsad, liczy się krytyczna idea. Twórcom spod znaku PVP nie brak pewności siebie, na warsztat biorą pozycje klasyczne, najcięższe gatunkowo, najbardziej nobliwe i fundamentalne dla współczesnej sztuki. Ich przeformatowania i transformacje za każdym razem starają się uchwycić zasadniczą cechę oryginału.

Trzy krytyki Kanta w nowej wersji zostały uporządkowane alfabetycznie. Policzono i zebrano w grupy wszystkie występujące w tekście litery: w ten sposób wszystkie litery „a” zostały wycięte ze słów i umieszczone jedna po drugiej w rozdziale „A”, analogicznie potraktowano kolejne znaki. Monumentalne dzieło Immanuela Kanta, systematyzujące całość wiedzy filozoficznej, dostało formę absurdalnego kompendium – zniknęła treść, został sam porządek, alfabet i ilości liter.

„Artforumx”, Parasitic Venture Press

„Artforumx” to kolejny systematyzujący projekt Parasitic Venture Press. Polega na reedycji wpływowego amerykańskiego magazynu artystycznego „Artforum”. Numer po numerze, kanadyjscy artyści próbują uchwycić sekretną formułę rządzącą związkami świata sztuki z rynkiem, która rzekomo kryje się na stronach „Artforum”. Reedycja jest w tym wypadku narzędziem badawczym i polega na zastąpieniu wszystkich reklam czarną aplą oraz aplą czerwoną wszystkich pozostałych treści: esejów, wywiadów, recenzji itd. „Artforumx” zawiera jedynie kolorowe kwadraty i na pierwszy rzut oka wygląda jak książka konstruktywistyczna. Projekt w istocie analizuje zawartość magazynu, bada proporcje reklam do właściwych artykułów i jest minimalistyczną w środkach wyrazu krytyką instytucji.

Pionier minimalizmu Ed Rusha i jego „26 Gasoline Stations” – chyba najbardziej wpływowy i fundamentalny amerykański artist’s book – również został poddany saprofagicznej krytyce Parasitic Venture Press. Pasożytnicza wersja (35$) tym różni się od klasycznej (początkowo 3,5$; dziś ok. 1000$), że została złożona z reprodukcji oryginału znalezionych w internecie: brudnych, spikselowanych i często nieczytelnych.

Twentysix Gasoline Stations, ver 2.0, design and editing
by Michael Maranda / Parasitic Ventures Press

Reedycja, by utrzymać krytyczny kurs, nie zawsze musi być aż tak mocno inwazyjna. Mimo że od pierwszego wydania „Un voyage en Mer du Nord” Marcela Broodthaersa minęło prawie 40 lat, wciąż jest solidną inspiracją do rozwijania teorii obrazu i źródłem przyjemności estetycznej. Książka towarzyszyła krótkiemu strukturalistycznemu filmowi nakręconemu na taśmie 16mm.

Oba dzieła mają ten sam tytuł i oba są stworzone jedynie z dwóch obrazów. Fotografia XX-wiecznego jachtu turystycznego na spokojnym morzu oraz reprodukcja XIX-wiecznego obrazu z żaglowcem płynącym przez delikatnie piętrzące się fale, w różnych aranżacjach, wielokrotnie powtarzają się na kolejnych stronach i w kolejnych ujęciach. Kadrowanie, zbliżenie na detal oraz sekwencja powtórzeń tworzą te dwa subtelne, strukturalistyczne dzieła.

Interpretację komplikuje współzależność użytych mediów. We wprowadzeniu sam Broodthaers pisze: „Przed rozcięciem tej książki czytelnik powinien strzec się noża, którego zmierza użyć w tym celu. Zanim to uczyni pragnąłbym, by wstrzymał swą broń, sztylet, sprzęt biurowy, który z prędkością błyskawicy może przenicować bezkresne niebo. Od uważnego czytelnika zależy, czy odkryje diaboliczny zamysł, który zainspirował publikację tej książki. W tym celu, jeśli to konieczne, może skorzystać z interpretacji przekazu z bardziej popularnego dziś źródła. Tak czy inaczej ta książka nie powinna zostać rozcięta”.

Autor, mistrz mylenia tropów i piętrzenia sprzeczności, tą niejasną wskazówką kieruje naszą uwagę ku innym źródłom tego samego przekazu, innej nieksiążkowej logice. Ostatecznie nie wiadomo, jaki diaboliczny zamysł kierował Broodthaersem. Stworzył dzieło niezwykle otwarte interpretacyjnie, każdy z badaczy (m.in. Rosalind Krauss czy Thomas McEvilley) próbujących wyjaśnić „Un voyage en Mer du Nord”, podejmuje zupełnie inne wątki. Jedną z ciekawszych konsekwencji pracy Broodthaers jest wskazanie na intermedialność książki, jej zdolność do żerowania, przejmowania języka i poetyki filmu.

Wydawnictwo Lubok z Lipska
, obok rarytasów drukowanych techniką linorytniczą, ma na swoim koncie quasi-pornograficzną broszurę „Stellungen” Jespera Fabriciusa. Podstawą, na której artysta stworzył swoją publikację, jest stare pornograficzne pisemko; jeden z niemieckich świerszczyków, które masowo powstawały na planach filmów pornograficznych kręconych w latach 70. i 80 ubiegłego wieku. Autor nie poprzestał na reedycji vintage porn. Na oryginalne zdjęcia nałożył detale wyjęte z pełnych kadrów. Zbliżenia przypadkowych fragmentów tła, mebli, kończyn aktorów, przysłaniają erotyczne sytuacje.

„Stellungen” Jesper FabriciusW porównaniu ze starymi filmami dzisiejsze porno jest skodyfikowane i sformalizowane niczym sonet lub fuga. Współczesna narracja lekceważy anegdotę, preferuje ustaloną sekwencje kolejnych pozycji seksualnych. Nie lubi pełnego planu, woli nieco abstrakcyjne, odhumanizowane i monotonne zbliżenia organów płciowych. Jesper Fabricius pokazuje wynaturzenia współczesnego kadru pornograficznego – jego książka unaocznia diaboliczne środki, jakimi dziś posługuje się ten peryferyjny gatunek filmowy.

Intermedialność książki nie musi się ograniczać do wykorzystywania tylko jednego, obcego medium – może być bardziej wielopiętrowa. „Baldessari sings LeWitt”, kilkunasto stronicowy zeszyt Tooma Tragela, wydany przez Rollo Press z Zurychu w 2010 roku, na pozór jest prostym śpiewnikiem. Zawiera 35 tez Sol LeWitta o sztuce konceptualnej ogłoszonych w 1969 roku wraz z nutowym zapisem melodyjek, na jakie zostały wyśpiewane przez Johna Baldessariego w filmie z 1972 roku.

Baldessari połączył dyskurs teoretyczny z muzyką pop, tworząc dowcipne dzieło meta-konceptualne. Książka Tragela dodaje kolejny meta poziom, zapisuje całą sytuację na jeszcze jeden sposób, jest kpiną z kpiny. Jednocześnie przywraca należytą powagę frazom LeWitta (wydanie jest nienagannie eleganckie) i piętrzy poziomy absurdu zainicjowanego przez Baldessariego. Na gruncie poczucia humoru do głosu dochodzi ambiwalencja między utopią konceptualizmu a elementem cynicznym.

Wśród krajowych produkcji również pojawiają się książki saprofagi. Zdarzają się nawet saprofagi totalne, skupione tylko i wyłącznie na przeżuwaniu szczątek. „Droga” Radka Szlagi jest takim tworem; niepohamowanym w swoim głodzie, barokowo rozpasanym w konsumpcji odpadów pochodzących z marginesów zbiorowego archiwum wyobraźni.

Tworząc swoją książkę Szlaga zebrał i namalował wizerunki m.in. górali, kur, fiatów 126p, amorków, kryminalistów, troglodytów, świń. Następnie obrazy wielokrotnie przetworzył za pomocą technik kopiowania generujących przeróżne błędy i wypaczenia. Stworzył album opowiadający historię wędrówki obrazów przez kolejne procesy transformacji: odbicia, odtworzenia, skanowania, przedrukowania itd. Ten mały modlitewnik, mimo że ocieka złotem i czaruje pełną blichtru formą, w rzeczy samej traktuje o metabolizmie obrazów, przetrawianiu odpadów, śmieci i brudów majaczących na rubieżach kultury wizualnej.