„Idy marcowe”, reż. George Clooney

„Idy marcowe”, reż. George Clooney

Jakub Socha

Clooney mógł się wysilić, albo chociaż coś trochę pozmieniać. Wybrał sprawdzone wzorce, bo w obrębie nich łatwiej sprzedaje się banały – choćby takie, że polityka brudzi każdego, a politycy tak naprawdę niczym się od siebie nie różnią i szarego człowieka mają głęboko gdzieś

Jeszcze 1 minuta czytania

Ubiegający się o nominację na kandydata demokratów w wyborach prezydenckich, gubernator Mike Morris stara się brać przykład z Baracka Obamy. Kopiuje jego patenty z kampanii sprzed kilku lat: w ten sam sposób stylizuje plakaty wyborcze, konstruuje podobne w tonie przemówienia, przekonuje, że zmiana jest możliwa, wojna niekonieczna, a powrót do lat świetności całkiem realny. Mówi o nowym świecie – idealista u bram. Ludzie mu wierzą, bo po prostu jest dobry, nawet lepszy od Obamy – ma w końcu twarz George’a Clooney’a, którego kochają nawet ci, których nie interesuje polityka.

„Idy marcowe” są zwiastunem nowych czasów dla Clooney’a. Jeszcze nie tak dawno aktor czynnie popierał Obamę, teraz – po kilku latach rządów nowego prezydenta, które udowodniły, że nie jest on, niestety, cudotwórcą – gwiazdor budzi się z bajki i jest rozczarowany. Co postanawia? Zbudować nową bajkę, tym razem solidną, bo zamkniętą na świat, za to bardzo otwartą na tradycję filmową. Znajdziemy w niej wszystko, czego dusza zapragnie: stażystki biegające z kawą i wskakujące w międzyczasie do nie swoich łóżek; dziennikarki, obowiązkowo w rogowych okularach; dwóch szefów kampanii, przebranych za intelektualistów; szczupłego polityka, który nie boi się powiedzieć publicznie, że nie wierzy w boga; jego szefa od marketingu politycznego, który ma twarz Ryana Goslinga.
W tle też jest nieźle: amerykańskie flagi, rozciągające się na cały ekran  – flagi, przed którymi przemawiają politycy, za którymi w tym samym czasie naradzają się ich doradcy; nocne bary, w których przygrywają jazzowi pianiści; ławeczki nad wodą, na których można przeprowadzić szybkie negocjacje; prywatne odrzutowce; zagracone biura pełne proporczyków; wielkie limuzyny.

Głównym bohaterem „Id marcowych” (i kołem zamachowym, które napędza akcję) jest bohater grany przez Goslinga – niejaki Stephen Meyers, specjalista od wizerunku. Facet działa na wielu polach, a w jego życiu sporo się dzieje: romansuje ze stażystką, traci pracę, szantażuje swojego szefa. Ciągle jednak utrzymuje się na powierzchni, jest samą powierzchnią – ładnie uczesanym i ładnie ubranym kawalerem w okolicach trzydziestki, który potrafi posługiwać się słowami, ale w nie nie bardzo wierzy. Według reżysera, ma on zapewne symbolizować człowieka naszych czasów – starego, dobrego człowieka bez właściwości.

„Idy marcowe”, reż. George Clooney.
USA 2011, w kinach od 3 lutego 2012
Clooney mógł się wysilić, albo chociaż trochę pozmieniać. Wybrał sprawdzone wzorce, bo w obrębie nich łatwiej sprzedaje się banały – choćby takie, że polityka brudzi każdego, a politycy tak naprawdę niczym nie różnią się od siebie i generalnie szarego człowieka mają głęboko gdzieś.

Tego typu rozpoznanie automatycznie rozjaśnia niedostępną na co dzień, nieprzejrzystą sferę polityki. W takim układzie nie ma odstępstw od normy: każdy idealista rezygnuje z idealizmu na rzecz władzy, każdy kompromis jest zgniłym kompromisem, a każdy spin doctor – zblazowanym cynikiem. I nie ma żadnego znaczenia, które to „idy marcowe”, gdzie i dlaczego. Nie ma znaczenia, kto jest Brutusem, a kto Cezarem – skoro wszyscy jednakowo i zawsze są ubrudzeni. No, może poza stażystkami...