„Żelazna dama”, reż. Phyllida Lloyd

„Żelazna dama”, reż. Phyllida Lloyd

Jakub Majmurek

Oglądając „Żelazną damę” nie mogłem pozbyć się skojarzeń z „Leninem w październiku” Dimitrija Wasiljewa i Michaiła Romma – klasykiem kina stalinowskiego z 1937 roku

Jeszcze 2 minuty czytania

W najnowszej historii Wielkiej Brytanii trudno o premiera, którego polityka budziłaby większe kontrowersje niż Margaret Thatcher. Ponad jedenaście lat jej władzy (1979-1990) nie tylko przeprowadziło Wielką Brytanię przez gwałtowne zmiany (zniszczenie siły związków zawodowych i skupionej wokół nich zorganizowanej klasy robotniczej, znaczne ograniczenie produkcji przemysłowej, prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych i wycofanie się państwa ze sfery gospodarki i usług publicznych, ograniczenie mechanizmów redystrybucji bogactwa), ale także wyznaczyło ramy prowadzenia polityki na Wyspach praktycznie do dziś. Mimo kilkunastu lat rządów Laburzystów (Blaire’a i Browna) podstawowe wartości Thatcherowskiej rewolucji nie zostały ani naruszone w praktyce, ani zakwestionowane w teorii. Jedynym politykiem mogącym równać się pod tym względem z byłą panią premier był laburzysta Clement Atlee. Jego rząd w latach 1945-1951 po znacjonalizowaniu Banku Anglii i przemysłu ciężkiego, wprowadzeniu bezpłatnej służby zdrowia i szerokiego pakietu usług publicznych wyznaczył ramy, w jakich toczyła się brytyjska polityka (nawet gdy rządzili Torysi) aż do końca lat 70. Jednak Atlee, o którym jego główny polityczny rywal Winston Churchill mawiał złośliwie, że jest to „bardzo skromny człowiek, mający wiele powodów do skromności”, średnio nadaje się na bohatera hollywoodzkiego biopicu.

„Żelazna dama”, reż. Phyllida Lloyd.
Wielka Brytania 2011, w kinach od 10 lutego 2012 
Thatcher, pierwsza kobieta premier, „córka kupca” (jak pogardliwie nazywali ją polityczni przeciwnicy i konkurenci z własnej partii), walcząca o swoje miejsce w męskim świecie dziedziczonej władzy, arystokratycznego i patriarchalnego przywileju, jest dla tego gatunku bohaterką idealną. Przy okazji takiego filmu można rozwinąć epicką narrację na temat najnowszej historii Anglii, spytać o sens zainicjowanej przez panią premier na Wyspach neoliberalnej rewolucji, której koszty ponosimy dziś wszyscy w postaci rosnącego rozwarstwienia między biednymi a bogatymi, czy będącego efektem deregulacji ostatniego kryzysu. Niestety „Żelazna dama” Phyllidy Lloyd ponosi tu porażkę, choć trzeba przyznać, że pod względem rzemiosła film zrobiony jest dobrze, ma też ciekawie wymyśloną strukturę narracyjną.

Wielkie nadzieje rozbudza pierwsze ujęcie: półka z mlekiem, ręka starszej kobiety sięga po butelkę, odjazd kamery, okazuje się, że to Thatcher. Dla znających biografię byłej premier jest to zabawny żart. Thatcher zasłynęła jako ministerka edukacji (pełniła tę funkcję w rządzie Edwarda Heatha w latach 1970-1974) tym, że wycofała darmowe mleko ze szkół. Dzieci krzyczały wtedy na szkolnych boiskach od Kentu do Hybrydów: „Thatcher, Thatcher, Milk Snatcher” („Thatcherka, Thatcherka, mleka kindaperka”). W następnej scenie była, jak się okazuje, premier wraca z mlekiem do domu. Nie ma już władzy, jest starszą kobietą walczącą z Alzheimerem, umysł ją zawodzi, nie pamięta dnia, miesiąca, roku, czasem ciągle wydaje się jej, że rządzi krajem. Nie umie pogodzić się ze śmiercią ukochanego męża Denisa (Jim Broadbent), ciągle widzi go w halucynacjach. Dawne chwile jej politycznych walk i triumfów przywoływane są w umiejętnie wprowadzanych retrospekcjach.

Problem jednak tkwi w tym, że film nie jest w stanie postawić pytań o sens zmian forsowanych przez byłą premier, ukazać dynamiki politycznego konfliktu. Zamiast tego mamy narrację o prostej, szlachetnej, może trochę oschłej i nadmiernie ambitnej dziewczynie w świecie mężczyzn, która walczy o swoje w nim miejsce – nie dla sławy, ale „by coś zmienić". I zmiany jakie wprowadza, choć bolesne, są w filmie przedstawione jako „konieczna kuracja" dla Wielkiej Brytanii. Społeczeństwo, które się im przeciwstawia (zwłaszcza związki zawodowe i obsługujący je politycznie liderzy Partii Pracy, ukazani przez Lloyd jako antypatyczni demagodzy) przypomina rozkapryszone dziecko opierające się wrzaskami i płaczem przyjęciu gorzkiego, lecz niezbędnego jego organizmowi lekarstwa.
Zamiast dramatu politycznego mamy więc hagiografię. Choć Thatcher jawi się tu czasami jako osoba śmieszna, małostkowa itp., to jednocześnie najbardziej kompromitujące momenty jej prywatnej biografii zostają przemilczane, opuszczone. Nie ma w filmie żadnej wzmianki o pierwszym małżeństwie Denisa, o istnieniu którego dzieci – jego i Margaret – dowiedziały się z mediów. Nie ma nic o wiecznych kłopotach syna polityczki – Marka, ciągle angażującego się w podejrzane interesy, przed konsekwencjami których matka ratowała go używając wszystkich swoich politycznych wpływów (ostatnio w 2004 roku, gdy sir Mark razem ze wspólnikami opłacił grupę najemników, by zorganizowała zamach stanu w Gwinei Równikowej i zainstalowała tam przychylnego mu, nowego dyktatora, skłonnego udzielić firmom, w których miał udziały korzystnych koncesji na wydobycie ropy).

Oglądając „Żelazną damę” nie mogłem pozbyć się skojarzeń z „Leninem w październiku” Dimitrija Wasiljewa i Michaiła Romma, klasykiem kina stalinowskiego z 1937 roku, czy inną tego typu socrealistyczną produkcją. I choć oczywiście wielką przewagą Anglii Camerona nad Związkiem Radzieckim Stalina jest to, że każdy, kto ma do tego środki, może nakręcić film dowolnie krytyczny wobec byłej przywódczyni, jak i obecnego przywódcy Torysów, to tym nie mniej uczciwiej wobec widza byłoby, gdyby ten pomnik byłej pani premier zatytułować jakoś w stylu „Tak hartowała się stal”.