„Artysta”, reż. Michel Hazanavicius

„Artysta”, reż. Michel Hazanavicius

Michał Oleszczyk

„Artysta” oferuje nam wszystkim kojącą wizję świata, w którym technologiczne rewolucje nie muszą oznaczać wykluczenia, a jedynie nowe możliwości rozwoju i rozkoszy

Jeszcze 2 minuty czytania

„Artysta” jest mistrzowsko oszlifowaną fałszywką filmu niemego: szczerą w emocjach i wykalkulowaną w formie; zaprogramowaną tak, by zabrać pokolenie iPoda na przejażdżkę po parku tematycznym poświęconym historii medium, które właśnie przestaje być celuloidowe, a zarazem wybrzusza się w trzeci wymiar i obiecuje coraz to kolejne innowacje i dreszcze. Podobnie jak niektóre filmy Petera Bogdanovicha – w szczególności „At Long Last Love” czy „No i co, doktorku?” – „Artystę” zamierzono jako film z przeszłości, tyle że nakręcony dzisiaj.

Zalążek anegdoty jest bezczelnie ukradziony z „Deszczowej piosenki”: oto gwiazdor niemego kina, George Valentin (Jean Dujardin), zostaje strącony z hollywoodzkiego piedestału przez widmo dźwięku synchronicznego, podczas gdy aspirująca aktoreczka imieniem Peppy Miller (Bérenice Béjo) wyrasta na gwiazdę pierwszej wielkości. Depresja Valentina doprowadza go na skraj alkoholowego zatracenia, ale Peppy bynajmniej nie zrezygnuje z prób uratowania go przed nim samym, więc…

„Artysta”, reż. Michel Hazanavicius.
Francja, Belgia 2011, w kinach od 10 lutego 2012
Formalna struktura „Artysty” jest jak muzealna gablota, zbudowana z wielką pieczołowitością (i to w staroświeckim formacie ekranowym 1.33:1), ale oscylująca na granicy konceptualnej martwoty, od której ratuje ją talent pary głównych wykonawców. O ile Bejo (prywatnie żona reżysera) jest „tylko” idealna w swym promiennym rozentuzjazmowaniu, o tyle Dujardin stworzył prawdziwie natchnioną kreację, subtelnie nawiązującą do arsenału środków niemego kina i całkowicie wartą Canneńskiej nagrody, jaką za nią otrzymał. Postawny, z garniturem lśniąco białych zębów, obdarzony poczuciem humoru zmieszanym z niezbędną u prawdziwego gwiazdora kroplą narcyzmu, okazuje się autentykiem pośrodku falsyfikatu, jakim jest „Artysta” – i rozświetla całość od wewnątrz. Nawet jeśli grany przezeń Valentin jest co najwyżej amalgamatem (Rudolfa Valentino, Douglasa Fairbanksa, Johna Gilberta, Gene’a Kelly’ego…), to Dujardin pozostaje metalem szlachetnym bez śladu domieszek.

Reżyser filmu – Michel Hazanavicius – dowiódł że jest mistrzem pastiszu już w quasi-Bondowskich (i jawnie postkolonialnych) komediach szpiegowskich z cyklu „OSS-117”, w których brylował właśnie Dujardin jako agent francuskiego wywiadu, co krok popisujący się własną imperialną ignorancją. W zakresie formalnej stylizacji „Artysta” idzie jednak o wiele dalej od obydwu odcinków „OSS-117”. Odwrotnie niż „Nieme kino” Mela Brooksa (dziko farsowe, nakręcone w kolorze i rozgrywające się w czasie teraźniejszym), „Artysta” pozostaje wobec przywoływanego okresu historycznego czuły, jeśli nie wręcz erotycznie weń zapatrzony (pomimo, że Hazanavicius – śladem Brooksa – łamie zasadę całkowitej niemoty w arcyzabawny sposób, którego nie wypada tu zdradzić). Znamienne, że ekipa reżysera miała mawiać na planie, że „tylko Europejczyk mógł ustawiać kamerę w tak amerykański sposób”, a on sam stwierdził, że „prawdziwą gwiazdą tej historii jest Hollywood” – gotowy film stanowi brawurowy akt karmionej autentyczną miłością estetycznej mimikry.

Jedną z najbardziej nieoczywistych cech „Artysty” pozostaje fakt, iż Hazanavicius nie prezentuje swego filmu jako rzekomego artefaktu, „odnalezionego” w filmotece i upozowanego na hollywoodzkich produkt A.D. 1927. W przeciwieństwie do takich ćwiczeń w umyślnej nostalgii, jak choćby dylogia „Grindhouse”, w której Rodriguez i Tarantino dodawali chroboty „niedoskonałej” ścieżki dźwiękowej, sugerowali „brakujące” rolki, a nawet ozdabiali filmy główne „odnalezionymi” trailerami do nieistniejących (przynajmniej w 2005 roku) filmów w rodzaju „Maczety”, „Artysta” jest opowiedziany przy minimalnym wykorzystaniu zabiegów, po jakie rutynowo sięgano w czasach kina niemego. Plansze z napisami są prawie wyłącznie dialogowe – nie dostajemy ani nadmiaru deskryptywnych uwag w rodzaju „pięć lat później”, ani obligatoryjnego od czasu Griffitha moralizowania (w typie: „Sięgnąwszy dna, bohater wspomina swą najdroższą”). Diafragma irysowa zostaje użyta przez Hazanaviciusa kilka zaledwie razy, ale nie do selektywnego wskazywania, gdzie winna w danym momencie skupić się uwaga widza (co było zabiegiem powszechnym, a pierwszy raz użytym bodaj w „Szkle powiększającym babuni”). Wreszcie, co być może najważniejsze, „Artysta” jest nakręcony w czerni i bieli o rozdzielczości najlepszej w świecie cyfry (w istocie, rzecz została najpierw sfotografowana w kolorze, następnie odjętym za sprawą komputera). Obraz nie został przybrudzony, rozmyty, ani spryskany Photoshopową patyną, dzięki czemu osiąga szczegółowość i głębię ostrości w latach 20. po prostu niemożliwą.

Cały film jest jak garść brokatu rzucona z gracją w powietrze i opadająca przez sto minut na czarny aksamit. Trudno oprzeć się jego galanterii i dowcipowi (pierwsze „wypowiedziane” na planszy słowa brzmią: „Nic nie powiem!”). W przeciwieństwie do innego współczesnego twórcy sięgającego po konwencje kina niemego, czyli Guya Maddina, Hazanavicius nie jest zainteresowany chałupniczością i chaosem (choć, podobnie jak Maddin, nie waha się mieszać okresów, po które sięga – stąd np. długie fragmenty muzyki Bernanda Hermanna z „Zawrotu głowy” ilustrujące „Artystę”). Zamiast brnąć w Maddinową autobiografię pisaną wiekowym atramentem na wciąż nowe sposoby, Hazanavicius dał nam doskonale oszlifowane filmowe cacko, które – podobnie jak „Drive” Refna, „Super 8” Abramsa i „Hugo i jego wynalazek” Scorsesego – wskrzesza wyobrażenie o kinie pewnego okresu, a następnie podaje je jako nostalgiczną przygodę w wersji all-inclusive.

Całość kończy się, rzecz jasna, happy endem, który w tym przypadku wiąże się ze szczęśliwą asymilacją bohaterów w rodzący się świat kina dźwiękowego. Hollywood właśnie zaczyna tańczyć i śpiewać, a Hazanavicius zamyka film wspaniałym numerem musicalowym, którego nie powstydziliby się Astaire i Rogers. Kiedy Dujardin i Béjo kończą swój duet, nakręcony w długim ujęciu bez „Chicago”-wskiej sieczki montażowej, są autentycznie zziajani – i fakt, że nagle dane jest nam usłyszeć ich ciężkie oddechy, nie ma w sobie nic z inwazji i szoku; wydaje się organiczny i naturalny. Ci ludzie zasłużyli na oddech, a kolejny dubel odegrają, jak powiada z cudownie nieskrywanym francuskim akcentem Dujardin, „z przyjemnością”.

„Artysta” nie tylko pozwala widzowi w tej przyjemności współuczestniczyć, ale na dodatek oferuje nam wszystkim kojącą wizję świata, w którym technologiczne rewolucje nie muszą oznaczać wykluczenia, a jedynie nowe możliwości rozwoju i rozkoszy.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.