Polski seks nad Sekwaną

Polski seks nad Sekwaną

Michał Oleszczyk

Sceny erotyczne w „Sponsoringu” powinny się doczekać analizy socjopsychologa: oto jak zbuntowana, mimowolnie katolicka dusza nadwiślańska wyobraża sobie perwersję. Szumowska jest prowokacyjna tylko naskórkowo

Jeszcze 2 minuty czytania

Zaczyna się od serii ujęć kobiecych głów podskakujących rytmicznie przy kolejnych męskich podbrzuszach. Obrazy są ledwie oświetlone (fellatiochiaroscuro…?), jęki rozkoszy przytłumione, ale odautorska obietnica zostaje złożona: będzie ostro, grzesznie i transgresyjnie. Nowe „Galerianki” w wersji Euro De Luxe – bo tym w istocie jest „Sponsoring” Małgorzaty Szumowskiej – skupiają się na postaci paryskiej reporterki miesięcznika „Elle”, niejakiej Anne (Juliette Binoche), pracującej nad artykułem o młodych dziewczynach zarabiających jako call girls. W miarę, jak Anne przeprowadza wywiady z dwiema bohaterkami – Francuzką Charlotte (Anaïs Demoustier) i polską imigrantką Alicją (Joanna Kulig) – zaczyna odczuwać coraz większy erotyczny i moralny niepokój. Pojawia się sugestia, że dziewczyny czerpią przyjemność z kontaktów z klientami; że ci ostatni to reprezentanci całego rodzaju męskiego; że seks ze swej natury uwikłany jest w genderowe relacje władzy i atawistycznej pogardy.
Mechanizm fabularny „Sponsoringu” przypomina konstrukcję (wyklętego swego czasu przez środowiska gejowskie) filmu Williama Friedkina pt. „Zadanie specjalne” (1980), gdzie policjant Al Pacino nurkował w homoseksualny półświatek Nowego Jorku w celu odszukania grasującego tam mordercy. Stopniowo bohater Pacino – uczęszczający incognito do ekstremalnych klubów sado-maso w East Village – zatracał poczucie własnej tożsamości i lądował na znienawidzonej ziemi niczyjej biseksualizmu i coraz to silniejszych sadystycznych impulsów.

„Sponsoring”, reż. Małgorzata Szumowska.
Francja, Polska, Niemcy 2011, w kinach od 17 lutego 2012
Film Szumowskiej prezentuje sam siebie nie tyle jako przypis do „Piękności dnia” (1967) Buñuela, co do „Pianistki” (2001) Hanekego: oto dopieszczony wizualnie, „mocny” dramat psychologiczny, w którym wielka gwiazda europejskiego kina przechodzi na ciemną stronę erotycznej Mocy – i to w rytm (uparcie przywoływanej przez Szumowską na ścieżce dźwiękowej) muzyki klasycznej. Tematem całości jest – przynajmniej w zamierzeniu – niemożliwość dojścia do ładu z własną seksualnością; całkowita odporność ciała na judeochrześcijański projekt monogamii i rodziny.
Wątki te łączą „Sponsoring” także z „Nieodwracalnym” (2002) Gaspara Noégo, z którego zresztą Szumowska bezwstydnie zapożycza finałowe użycie Allegretta z VII Symfonii Beethovena*. Sam Noé pojawia się jeszcze mimochodem jako autor krótkometrażówki „We Fuck Alone” ze składankowego „Destricted”, która służy tu jako oglądane przez bohaterkę internetowe porno i jednocześnie jako metaforyczna zapowiedź długiej sceny masturbacyjnej, w której Binoche wije się niemiłosiernie na kafelkowej podłodze swej łazienki (przezornie wyłożonej frotowym ręcznikiem).

Sceny erotyczne w „Sponsoringu” powinny się doczekać analizy socjopsychologa: oto, jak zbuntowana, mimowolnie katolicka dusza nadwiślańska wyobraża sobie perwersję. Szumowska jest prowokacyjna tylko naskórkowo: dostajemy pissing, analną penetrację butelką (stanowiącą najniższy bodaj punkt w aktorskiej karierze Andrzeja Chyry, powtarzającego: „Salope, salope, salope”), wielokrotny seks oralny i plucie na dłoń w celu lubrykacji. Twórcy zdają się być tak dumni z tych pięknie oświetlonych, perfekcyjnie sfotografowanych i pozbawionych wszelkiej spontaniczności scen, że brakuje tylko dźwiękowej ścieżki pomocniczej, jaką słyszymy w sitkomach: tyle że tym razem wypełnionej okrzykami wzburzonych mieszczan.

Jeśli efekt jest żenujący – a moim zdaniem jest – to przede wszystkim dlatego, że perwersja w tym filmie zdaje się odłączona od sfery pragnień. Żaden z fotografowanych przez Szumowską mężczyzn nie wydaje się czerpać przyjemności ze spotkań z dziewczynami; żaden nie wydaje się spragniony ich ciał (scena wypłakiwania się klienta w pachwinę partnerki jest prawie nobliwa w swym ukrytym sentymentalizmie).
Co więcej – i tu tkwi sedno nieświadomej hipokryzji Szumowskiej – w całym filmie nie ma ani jednego mężczyzny nieatrakcyjnego. Częścią zawodu call girl (być może, że psychologicznie najtrudniejszą?) jest symulowanie zainteresowania mało pociągającymi, a czasem wręcz brzydkimi partnerami. Świetnie pokazał to choćby Steven Soderbergh w „The Girlfriend Experience” (2009) z byłą porno-gwiazdą Sashą Grey w roli głównej. Tymczasem seks za kasę w Paryżu Szumowskiej jest tak higieniczny i bezpieczny, jak to tylko możliwe. Pissing w jej świecie wydaje się wydestylowany z uryny; ciała fotografowane przez Michała Englerta nie wydzielają potu. Czy warto robić kino z przezroczystym pasem cnoty na biodrach już po „Intymności” (2001); po „Pianistce”; po „Nieodwracalnym”; po „9 Songs” (2004)?...

Scenariusz, mimo że oparty na kompletnie niewiarygodnym pomyśle (doświadczona reporterka dostaje powolnego seks-bzika po przeprowadzeniu zwykłych wywiadów z młodymi prostytutkami…), za wszelką cenę stara się być spójny. Dostajemy lejtmotywy, powtórzenia, pod koniec nawet (udaną!) scenę wizyjną. Powolna erozja spokoju wewnętrznego Anne znajduje odzwierciedlenie w jej codziennym otoczeniu; przede wszystkim w kuchni. Drzwi lodówki się nie domykają, przepis podany przez jednego z klientów Alicji nęci, a w końcu – w scenie przywodzącej na myśl poradnik „Symbolika waginalna dla opornych” – dostajemy obraz Anny, jak rozłupuje wielkie ostrygi, wyjmując ich śliską zawartość i następnie wąchając z zaciekawieniem (oczywiście w rytm bombastycznej muzyki klasycznej, obecnej w całym filmie jako symbol „kultury” ujarzmiającej „naturę”). Nic dziwnego, że mniej więcej w tym samym czasie dochodzi do – ledwie zasugerowanego w asekuranckiej mgle out-of-focusu – pierwszego (?) lesbijskiego doświadczenia bohaterki.


Z jedzeniem wiąże się też jedna z bardziej reprezentatywnych (choć niewielkich) scen filmu, świadcząca o tym, jak rozumie Szumowska zjawisko ekranowej autentyczności. Oto Binoche, w trakcie „szalonego” lunchu z Alicją, naruszającego granice jej mieszczańskiej rezerwy, jednocześnie napycha się spaghetti i śmieje do rozpuku. Śmieje się, śmieje i śmieje – z kamerą zafiksowaną na twarzy w wielkim, długim zbliżeniu, z kulką pogryzionego makaronu na języku i strzępkami pokarmu fruwającymi na wszystkie strony. Ujęcie jest na tyle długie, by zwrócić na siebie uwagę – oto Szumowska pokazuje nam „prawdę”, „spontaniczny szczegół”; to, co Amerykanie nazywają bit of business. Jednocześnie (o paradoksie!) prawda wyparowuje, bo Szumowska – zamiast ją tylko przelotnie musnąć – musi oprawić ją w szkło i podetknąć widzowi pod nos jako podświetloną gablotkę.

Technicznie rzecz ujmując, film robi dobre wrażenie. Tak wyglądają porządnie nakręcone filmy europejskie. Juliette Binoche, zważywszy na to, że gra chodzący oksymoron reporterki/mimozy, wygląda świetnie i radzi sobie takoż. Szerokoekranowe zdjęcia Michała Englerta na ogół zachowują ciekawą równowagę między uważną kompozycją większości kadrów a celowym rozedrganiem niektórych ujęć z ręki (choć trudno zrozumieć, dlaczego pożałowano pieniędzy na matowy kran kuchenny w mieszkaniu Binoche – w tym, który jest, dwukrotnie możemy przyjrzeć się operatorowi kamery).
Szumowska jest bardzo kompetentnym rzemieślnikiem, i to właśnie jej rzemiosło w połączeniu z tematem, który świetnie znała z pierwszej ręki, przesądziło o sukcesie „33 scen z życia” – do poziomu których „Sponsoring” niestety nie dorasta. Wnioski są dość smutne, zwłaszcza jeśli zestawić ów film z ponownie wprowadzonym na nasze ekrany w zeszłym roku „Ostatnim tangiem w Paryżu” (1972) Bertolucciego. Zamiast eksplorować mroczne strony erotyzmu, Szumowska kręci banalne sceny fotogenicznie uładzonej perwersji tak, jakby odkrywała dla kina zupełnie nowy erotyczny kontynent. Polska reżyserka zdaje się wierzyć, że tańczy absolutnie pierwsze tango, jakie Paryż w ogóle widział – i w tym sensie niezamierzenie przypomina postać zagraną w „Sponsoringu” przez Krystynę Jandę: polską mamę przyjeżdżającą do Francji, mylącą chromowane dildo z termosem i wołającą z opatentowaną Jandowską konfuzją: „Co się tu, do kurwy nędzy, dzieje?”.

Po czterdziestu latach od premiery arcydzieła Bertolucciego (by nie wspomnieć o samej rewolucji seksualnej, dla której ów film stanowił podzwonne), nasi reżyserzy wciąż zdają się sądzić, że szczytem wyuzdania jest kropla śliny roztarta między palcami dla ułatwienia masturbacji. Najwyraźniej potrzebujemy następnych czterech dekad, by jakiemuś polskiemu twórcy zaświtało w głowie, do czego może służyć schowana w lodówce najzwyklejsza w świecie kostka masła.

 

* Piszę o „zapożyczaniu” z Noégo, choć domyślam się, że może to wywołać protest twórców. Oczywiście, że nikt  nawet Noé – nie ma patentu na używanie tego konkretnego fragmentu z Beethovena. Niemniej w sztuce filmowej jest tak, że jeśli jeden twórca w pewnym kontekście przywoła kawałek muzyki klasycznej w sposób genialny – jak Kubrick zrobił to ze Straussem w „2001: Odysei kosmicznej” (1968), a Oliver Stone z Samuelem Barberem w „Plutonie” (1986) – to po prostu nie wypada tego powtarzać w bezwstydnej skali 1:1. A tego właśnie dopuszcza się Szumowska.