„Spadkobiercy”,  reż. Alexander Payne

„Spadkobiercy”,
reż. Alexander Payne

Darek Arest

Bohaterowie Payne’a stają wobec dramatów bez wymówek i banałów o „ciężkim życiu” – opaleni, najedzeni. I w klapkach

Jeszcze 2 minuty czytania

Kino, które fundamentalne dramaty potrafi przekuć w przyjemny, relaksujący seans, wzbudza naturalną podejrzliwość – szczere rozliczenie z życiem powinno w końcu owocować depresją i bólem żołądka. Ale w „feel-good movie” nie ma nic złego, jak długo nie zamienia się w „feel-good-about-yourself”. W „Spadkobiercach” nie ma wazeliniarstwa i taniego pocieszycielstwa. Jeżeli Alexander Payne klepie widza po ramieniu, to nie po to, by poczuł, że jest lepszy od innych – traktuje go po prostu z taką samą czułością, jak każdego ze swoich bohaterów.

„Spadkobiercy” zaczynają się od zbliżenia na zdjęcie folderowe hawajskiego raju. W zbliżeniu, jak wiadomo, widać brud pod paznokciami, okazuje się więc, że i życie w raju jest „zwyczajne”. Ludzie mają problemy i nie mogą się porozumieć ze sobą nawzajem, ze swoimi dziećmi, a nawet z własnymi pragnieniami. „Sterczą wokół te wszystkie palmy, zielone wzgórza i błękitny ocean, ale hej – nie pływałem na desce od 15 lat” – żali się widzom Matt King (George Clooney), przesiadujący w szpitalu, przy łóżku swojej pogrążonej w śpiączce żony. Matt opiekuje się Elizabeth, użera z nastoletnimi córkami i nie przerywa prawniczej roboty – przygotowuje sprzedaż odziedziczonej w spadku ziemi. Ostatni dziewiczy kawałek Hawajów przyniesie bogactwo całemu zastępowi rozrzutnych kuzynów Matta. Ale taka decyzja to duża odpowiedzialność. „Raj? Czy ludzie myślą, że nasze rodziny są mniej popieprzone, a nasz rak mniej złośliwy?”.

Pewnie nie, a jednak – jeśli już pożreć się z rodziną, albo dostać raka, to tylko jako dziedzic hawajskiej fortuny. Śmierć ostatecznie wszędzie ma otwarte drzwi, ale nie do każdego przychodzi tak, jak do żony Matta – w wyniku szalonej zabawy na łodzi motorowej. Nie każdego umierającego otacza w prywatnej sali szpitalnej wianuszek przyjaciół i rodziny. Osierocone dzieci nie zawsze trafiają pod opiekuńcze skrzydła taty-Clooneya.

„Spadkobiercy”, reż. Alexander Payne.
USA 2011, w kinach od 17 lutego 2012 
Zanim, zgodnie z ostatnią wolą, Elizabeth zostanie odłączona od maszyn podtrzymujących pracę organizmu, Matt dowie się, że od dawna prowadziła sekretne życie. A ponieważ pani King nie może odpowiadać na pytania, mąż rozpoczyna prywatne śledztwo. Chcee zrozumieć, co właściwie stało się z jego rodziną, kim była osoba, z którą spędził sporą część życia, i dlaczego wszystko poszło nie tak, jak powinno – ale pod ręką zabraknie przydatnych banałów o „ciężkim życiu” i codziennym znoju. Wobec dramatu Matt staje – jak wszyscy bohaterowie filmu Payne’a – najedzony, opalony i w klapkach. Winy nie da się zwalić na ciężkie warunki, brak pieniędzy, pecha i zbyt małą dawkę światła słonecznego. Dla spraw egzystencjalnych to warunki laboratoryjne. Jeśli jesteś dziedzicem hawajskiej fortuny i coś ci się nie układa, to wina leży wyłącznie po twojej stronie.

Matt i jego kuzynostwo o nic nigdy nie musieli się starać – odziedziczyli dobrobyt i związany z nim model życia, ale tym samym pozbawieni zostali przydatnych fantazmatów o dalekich szczęśliwych krainach. Jeśli mają głód czegoś więcej, to jest to głód czegoś niewiele więcej – romansują, upijają się, robią jakieś drobne głupoty. Matt sprawuje pieczę nad rodzinną fortunę, ale żyje z pensji prawnika, bo nie chce, by jego dzieci żyły w takim dostatku, by nic już nie musiały robić. To dość heroiczna postawa w świecie elitarnego klubu spadkobiorców, ale nie przekłada się na jakość życia rodzinnego. Unikanie konfliktów doprowadza go do punktu, w którym dzieci z niego kpią, a on bezsilnie próbuje wyładować złość krzycząc na nieprzytomną żonę, która wydaje się z niego kpić. Matt wydaje się pozbawiony pragnień.

Można by pisać o niezwykle przekonującym występie George’a Clooneya w roli ciapowatego tatuńcia ze spodniami podciągniętymi pod szyję, ale świetna jest cała obsada filmu Payne’a – weteran Robert Forster, młodziutka Shailene Woodley, niezmiennie wysoce charakterystyczny Beau Bridges. W zastępie kuzynów Matta uważne oko wypatrzy m.in. szeryfa Trumana z „Twin Peaks” (Michael Ontkean). Doskonała jest też leniwa atmosfera tego świata, odciskająca swoje piętno na twarzach przejedzonych dzieci i znudzonych psów.

Świat Payne’a może się też wydawać podejrzany, bo nie ma w nim zła. Ludzie zdradzają się, bywają podli, zachłanni, ale zawsze jest to jedynie przejaw ich słabości. Z czymś sobie nie radzą, czegoś nie zauważają, czasem nie potrafią się powstrzymać. Payne posiada jednak cenną umiejętność pokazania każdego w taki sposób, by jego twarz, choć pozornie niezmienna, nabrała światła, wyrazu, który pomaga lepiej poznać, zrozumieć, polubić. I symetrycznie – brak u niego „czystego dobra”. Ojciec, któremu okazjonalnie udaje się dotrzeć do swoich córek, jednoczy się z nimi w niezbyt szlachetnym pragnieniu dania komuś po ryju. Ludzie są raczej dobrzy niż źli, ale zawsze są po ludzku ograniczeni.

Kiedy bohaterowie spoglądają na ziemię, która wkrótce uczyni ich milionerami, przez chwilę zdają sobie sprawę z tego, że „spadek” to także „dziedzictwo”. Ale w tych najwyższych rejestrach film brzmi dość słabo. „Spadkobiercy” przypominają o pokrewieństwie kina Alexandra Payne’a i Thomasa McCarthy’ego (który jako aktor zresztą stale współpracuje Clooneyem przy jego autorskich projektach). Payne, jak McCarthy we „Wszyscy wygrywają” czy „Wizycie”, tka swój komediodramat z drobiazgów. Największe upadki i tryumfy bohaterów wiążą się z pozornie błahymi zdarzeniami, drobnymi aktami odwagi. Jednym wypowiedzianym słowem, albo przeciwnie – wymagającym pewnego wysiłku przemilczeniem, zaniechaniem. Nie kopnięciem kogoś w tyłek, mimo że tak się pięknie wystawia. Takie umiejętności też mogłyby przechodzić z pokolenia na pokolenie.

 Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).