Jeszcze 2 minuty czytania

Grzegorz Wysocki

Z WYSOKA I NISKA:
Dlaczego oni piszą książki, których nie chcemy?!

Grzegorz Wysocki

Grzegorz Wysocki

Dlaczego nasi wydawcy publikują książki, których nie chcemy czytać? Dlaczego nasi krytycy na łamach ostatnich istniejących jeszcze na papierze gazet wciskają nam kit, że warto przeczytać te akurat książki, których wcale nie chcemy brać do ręki? I wreszcie pytanie najważniejsze: dlaczego nasi pisarze piszą książki, które, mówiąc wprost, mamy głęboko w dupie i którymi – kontynuując tę knajacką metaforę – prędzej będziemy się podcierać niż zachwycać?

W moim mniemaniu, do odpowiedzi na te trzy pytania zachęca nas „Kultura zhomogenizowana”, artykuł Agaty Pyzik opublikowany na portalu Krytyki Politycznej. Nie są to cytaty, pytania samodzielnie „wypreparowałem” z tekstu, więc można mi zarzucić manipulację, uzurpację i zmyślenie, ale pozwalam sobie na takie ryzyko, gdyż – obok ataku na angielskie salony, o którym pisałem wcześniej – właśnie powyższe kwestie uważam za najistotniejsze z całego, obszernego i wielowątkowego artykułu.

Najkrócej mówiąc, Pyzik nie podoba się to, o czym piszą młodzi polscy prozaicy, gdyż nie zajmują się w swoich prozatorskich dziełach tym, co naprawdę ważne. O czym mowa? Jakie tematy powinni podejmować nasi pisarze? Wyliczam za artykułem: kryzys, rewolucje, protesty wykluczonych, masowe zwolnienia, śmieciowe umowy, polska emigracja, „niedostępność mieszkań”, „wzrost popularności ruchów prawicowych”, „wyrzucanie biednych ludzi na bruk”, mniejszości narodowe, „atak Platformy na resztki usług publicznych”, „wzrost ilości” młodych nieuczących się i niepracujących. Oto światy nieprzedstawione młodej polskiej prozy! Oto tematy pisanych prozą wypracowań, które zadaje naszym młodym, a wciąż błądzącym, bo o dupie Maryny piszącym, prozaikom Agata Pyzik!

Ok, jestem złośliwy. W tej chwili zmieniam front, a nawet wyciągam przyjacielską rękę i do powyższej listy ważkich tematów niepodjętych przez leniwych pisarzy dorzucam garść własnych, co by mieli większy wybór przy obmyślaniu swoich następnych powieści. Oto one: walka o wolność w internecie i protesty przeciwko ACTA; ciężkie zatrucia dopalaczami w wielu miejscach kraju; sprawa Katarzyny W. i śmierć małej Madzi; detektyw Rutkowski (nic dodać, nic ująć – temat na wielotomową powieść sensacyjną); buntujące się przeciw premierowi frakcje Platformy i spadające poparcie dla tej partii; stan finansów polskiego Kościoła; afera wokół Stadionu Narodowego w Warszawie; posłanka Sobecka ratująca ojca Rydzyka przez wpłacenie za niego grzywny (temat na perwersyjny romans rycerski w polskich realiach jak znalazł!); niż demograficzny, starzejące się społeczeństwo i reforma emerytalna itd. Za inspirację dziękuję ostatnim numerom „Gazety Wyborczej”, „Wprost” i „Newsweeka”.

Tematów jest mnóstwo. Leżą na ulicy i na łamach gazet. Znajdziemy je też w wieczornych wydaniach wiadomości i popołudniowych audycjach radiowych, o internecie nie wspominając. Po wyliczeniu tematów niesłusznie nieobecnych w najnowszej prozie polskiej Agata Pyzik pyta: „Gdzie to wszystko jest? Czy którykolwiek z młodych pisarzy w Polsce uznał cokolwiek z powyższej listy za godne jego uwagi?”. Odpowiadam. Po pierwsze, „to wszystko” jest już we wspomnianych gazetach, telewizorach, odbiornikach radiowych i w internecie, jest też w setkach – niejednokrotnie świetnych – reportaży, więc niekoniecznie musi być jeszcze w powieściach. Po drugie, z tego co wiem, powieści nie pisze się w ciągu tygodnia czy miesiąca. Czasami nie wystarcza rok, czasami pięć lat czy dziesięć. Gdzie są więc te wszystkie powieści z pomysłami podpatrzonymi na łamach wczorajszych i przedwczorajszych gazet? Być może dojrzewają w głowach przyszłych autorów, być może zaczęły się pisać, być może pierwsze z nich docierają już na adresy poszczególnych wydawnictw. Pyzik, coś mi się zdaje, domaga się powieści pisanych na kolanie, „na żywo”, powieści doraźnych, powieści, w których nie ma większego znaczenia to, jak się opowiada, gdzie liczy się przede wszystkim to, o czym się opowiada. Ot, raz jeszcze na głos wyrażona tęsknota za literaturą zaangażowaną, publicystyczną i polityczną. Po trzecie, z części tych tematów sensownej prozy nie da się zrobić (kto się porwie na powieść o „ataku Platformy na resztki usług publicznych”?), z części – nie ma takiej potrzeby (bo reportaże, gazety, internet – patrz wyżej).

Po czwarte, nie wiem ile młodej polskiej prozy czyta Pyzik, być może wszystko, co się ukazuje, ja niestety czytam jej dużo mniej, ale i tak nie jestem do końca przekonany, a może nie mam na tyle odwagi, by twierdzić z całym przekonaniem, że wyliczone przez krytyczkę tematy nie są poruszane przez naszych pisarzy. Najlepszym przykładem najnowsza polska emigracja, na temat której pisało przecież w ostatnich kilku latach chyba z dwudziestu naszych prozaików (np. Piotr Czerwiński, Joanna Pawluśkiewicz, Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Daniel Koziarski, Gosia Brzezińska, Iwona Słabuszewska-Krauze i wielu innych). A zgaduję, że przynajmniej część innych, rzekomo nieobecnych tematów podjęta została w dziesiątkach najnowszych polskich powieści, których nie mieliśmy do tej pory czasu, chęci czy możliwości (bo dopiero się drukują, bo dopiero w formie maszynopisu trafiają do wydawnictw itd.) przeczytać.

Zgadzam się z Pyzik o tyle, o ile mówimy o powieściach naprawdę głośnych, nagradzanych i chwalonych w mainstreamowych mediach. Tutaj, rzeczywiście, spotkamy się raczej z nazwiskami Dehnela, Łozińskiego czy Karpowicza, nad czym ubolewa Pyzik i pod czym sam również mógłbym się podpisać, choć i tym razem nie do końca. Podpisuję się, bo również nie podzielam zachwytów krytyków i jurorów nad prozą Łozińskiego czy Karpowicza. Podpisuję się, bo mam wrażenie, że rodzima krytyka i jurorzy rodzimych nagród literackich co roku wybierają sobie kilka, może kilkanaście nowych powieści, o których warto mówić i pisać, które warto nagradzać itd., a całą resztę, dziesiątki tytułów, którym nie udało się trafić do „zwycięskiej puli”, omijają szerokim łukiem (tytułowa „kultura zhomogenizowana”?). W tym sensie rozumiem doskonale gniew i wkurwienie Pyzik, rozumiem jej ostry atak na literaturę „mieszczańską” i „konserwatywną”.

Podpisuję się jednak nie do końca, bo jestem jak najdalszy od zadawania pisarzom tematów i mówienia im, o czym powinni pisać, a o czym powinni milczeć, jeśli nie chcą się narażać na mój przyszły gniew i ostrze krytycznego pióra. Naprawdę nie widzę większego sensu w namawianiu, dajmy na to, Jacka Dehnela do napisania powieści o ciężkim losie Polaków zasuwających na zmywaku w jakiejś podłej knajpie pod Londynem. Jeżeli Dehnel woli pisać – jak to określa Pyzik – o swoich cierpieniach „arystokraty” (napisał o tym powieść? musiałem przegapić), to niech sobie pisze. Po co zachęcać Mikołaja Łozińskiego do zainteresowania się śmieciowymi umowami i wyrzucaniem ludzi na bruk, skoro on sam realizuje się podczas tworzenia – znowu określenie Pyzik – „pamiętniczka z wyższych sfer”?

Krytyczka, pisząc o „Książce” Łozińskiego, pyta jeszcze: „czy naprawdę książką, której najbardziej dziś potrzebujemy, są wynurzenia syna znanego reżysera, jakie miał ciężkie życie?”. Zapewne nie, ale co z tego? Mamy zakazać pisarzom pisania książek, których aktualnie „nie potrzebujemy”? I kim są „my”? Kto konkretnie ich nie potrzebuje? Agata Pyzik i Krytyka Polityczna? Lud pracujący miast i wsi? Statystyczny Polak? Być może powinniśmy rozpocząć tę dyskusję od początku i zastanowić się nad kwestią naprawdę fundamentalną: dlaczego większość Polaków w ogóle nie potrzebuje dziś książek? I to jakichkolwiek, czy to tych z „wyższych sfer”, traktujących o zepsutych warszawskich elitach i mieszczańskich salonach, czy to tych o ludziach i doświadczeniach innych niż „z zaklętego kręgu”…