Sebald rozlicza Niemców
Andrzej Kopacki / fot. Krzysiek Krzysztofiak, krzysiekrzysztofiak.com

Sebald rozlicza Niemców

Rozmowa z Andrzejem Kopackim

„Wojna powietrzna i literatura” to książka z pogranicza domorosłej antropologii i socjologii czy psychologii społecznej. Ze śladami wielkiej swady narracyjnej, ale summa summarum niedobra

Jeszcze 3 minuty czytania

ZOFIA ZALESKA: Kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, od razu zaznaczył pan, że „Wojna powietrzna i literatura” się panu nie podoba. Dlaczego?
ANDRZEJ KOPACKI: Z oporem przyjmuję jej przesłanie: coś w rodzaju spóźnionej pretensji do Niemców, że nie poradzili sobie – siłą własnej literatury – z traumą alianckich bombardowań, które zniszczyły ich miasta. Nie podoba mi się, że „wykłady zuryskie” na ten temat uzupełnia denuncjatorski esej o pisarzu Anderschu, bo nie rozumiem tej kompozycji. Wreszcie nie przepadam za tonacją, w jakiej Sebald formułuje swoje zarzuty.

Tonacją oskarżycielską?
Prawie. W każdym razie Sebald ostro krytykuje, po pierwsze – zbiorowość Niemców za to, że wyparli ze wspólnej pamięci trudny fragment swojej historii; po drugie – literaturę niemiecką, która nie umiała sobie z tym fragmentem poradzić. A po drodze jeszcze różne inne rzeczy, a to emigrację wewnętrzną pisarzy w czasie wojny, a to wybryki ekspresjonizmu w filmie niemieckim. Nawet jeśli argumenty Sebalda są trafne, to język wywodu brzmi miejscami histerycznie i chwilami wpada w rejestr Katona, skądinąd kompletnie obcy jego prozie artystycznej.

Gdzie dokładnie słyszy pan ten histeryczny ton?
Sebald kategorycznie orzeka, że literatura niemiecka nie zajęła się problemem bombardowań i zniszczeń niemieckich miast. A jeśli już się nim zajmowała, to raczej źle. Żeby tego dowieść, sięga do całej grupy tekstów, są tam między innymi Kasack, Nossack, Mendelssohn, ale też Klemperer, spóźniony Böll czy różne rzeczy zapomniane, które autor wykładów odgrzebuje. Więc jest się z czym i z kim rozprawiać. Sebald rozprawia się z niektórymi, na przykład uważa, że Hermann Kasack przemawia „tajnym językiem” emigrantów wewnętrznych, który jest w znacznej mierze tożsamy z kodem faszystowskim. Używając swoich „filozofizmów”, Kasack plasuje się rzekomo w „wyższej wspólnocie czystych istot duchowych”. Mocne, prawda? Tymczasem sam Sebald pisze – niby cytując innych, ale też nie frasując się arbitralnością sądu – że Niemcy patrzyli na bombardowania z „niemą fascynacją”, biernie, jak na wyrok losu. Powiada: „Niemal kompletny brak głębszych zaburzeń psychiki narodu niemieckiego skłania do wniosku, że nowe społeczeństwo Republiki Federalnej poddało doświadczenia swej prehistorii nienagannie funkcjonującym mechanizmom wyparcia, dzięki czemu może wprawdzie uznać fakt, że poczęło się z absolutnej degradacji, ale zarazem do cna wykreślić go z budżetu emocji – albo wręcz włączyć jako kolejną chlubną kartę do rejestru tego, co się z powodzeniem i bez oznak wewnętrznej słabości przetrwało”. Jaka czytelna logika: brak zaburzeń, więc wyparcie, a jeśli wyparcie, to degradacja, a zarazem „chlubna karta” w rejestrze przetrwania. Za łatwe to dla mnie, zbyt wyższościowe. Nie mam pojęcia, co to jest „psychika narodu”. Ani gdzie „plasuje się” sięgający do niej w swoich uogólnieniach Sebald.

„Wojna powietrzna i literatura”

To zapis wykładów, które W. G. Sebald wygłosił w latach 90. na uniwersytecie w Zurychu. Pisarz dowodzi w nich m.in., że niemiecka literatura powojenna nie poradziła sobie z opisaniem katastrofalnych skutków alianckich bombardowań niemieckich miast w czasie II wojny światowej. W Niemczech książka została opublikowana w 1999 roku i wzbudziła burzliwe dyskusje. Jej polski przekład autorstwa Małgorzaty Łukasiewicz ukazał się właśnie nakładem wydawnictwa W.A.B.

Pisarza drażni propaganda sukcesu lat odbudowy – łatwiej pamiętać i pisać o tym, jak dzielnie zbiorowość podniosła się z gruzów, niż o tym, ile ją to naprawdę kosztowało.
Konstrukcja jest mniej więcej taka: Niemcy tak bardzo chcieli zapomnieć o trupach w swojej piwnicy, że zakasali rękawy i wzięli się do roboty. Na niemiecki cud gospodarczy złożyły się więc, oprócz planu Marshalla, totalitarny etos pracy, doświadczenie w korzystaniu z obcej siły roboczej, utrata balastu w postaci architektury historycznej i przede wszystkim „niewygasły strumień energii psychicznej”, której źródłem są owe trupy „zamurowane u podwalin państwowości” niemieckiej. Same okropne rzeczy, z których publicysta Sebald utkał swoją neurotyczną generalizację. Bo nie jest on tu subtelnym autorem narracji historiozoficznej, jakiego znamy z jego beletrystyki. „Wojna powietrzna” to elaborat z pogranicza domorosłej antropologii i socjologii czy psychologii społecznej. Ze śladami wielkiej swady narracyjnej.

Czy literatura rzeczywiście poniosła fiasko? Sebald zarzuca pisarzom, że zamiast zdać sprawę z ogromu cierpień zrujnowanego kraju, koncentrowali się przede wszystkim na wybielaniu własnych biografii i tworzeniu mitu nowych Niemiec.
W krytyce postaw nie ma nic złego, ale razi mnie, kiedy krytyka polega na rozdawaniu pochwał i nagan: Hubert Fichte w porządku, Hans Erich Nossack raczej też, Peter Mendelssohn do niczego, Arno Schmidt do niczego. Wielokrotnie Sebald ma rację, rozumiem też jego perspektywę, lęk przed mitologizacją realiów, metafizycznym „zagadaniem” historii czy przed kiczowatością à la Fritz Lang. Ale Sebald ustala normatyw dla literatury o zniszczeniach i cierpieniu: jest nim „bezpretensjonalna rzeczowość”, a jeśli już narracja waży się na eksperymenty, to biada, jeśli odstąpi od „dokumentalnego konkretu”. W pewnym momencie pada zdanie, którego powagę etyczną w pełni szanuję: „wydobywanie z ruin unicestwionego świata efektów estetycznych albo pseudoestetycznych, to praktyka, która pozbawia literaturę jej uprawnień”. To jest rygoryzm przyświecający znanej nam, katastroficznej prozie Sebalda-beletrysty, który sam przecież nie stroni od estetyzacji katastrofy, a każdy jego projekt, wszelkie elementy narracyjne tego projektu, podlegają krytyce. Jej oceny są niemal jednomyślnie przychylne – i bardzo dobrze. Natomiast kiedy taki praktyk hipnotycznej „tekstualizacji” katastrofy jak Sebald formułuje podobny ideologem, żeby łupnąć nim w kolegów po piórze, to ja jako jego czytelnik czuję się rozczarowany.

W.G. Sebald, „Wojna powietrzna i literatura”.
W.A.B., Warszawa, 160 stron,
w księgarniach od marca 2012
Powinien sam napisać książkę o bombardowaniach?
Napisał, bo całe fragmenty „Wojny powietrznej”  są, jak wspomniałem, pełnym Sebaldowskiej swady opisem bombardowań i ich skutków dla niemieckich miast. O tym też nie należy zapominać: to jest książka wymierzona w zbiorową amnezję i w tym sensie ze wszech miar słuszna. Tyle że, moim zdaniem, summa summarum niedobra.

Sebald wiele razy wspominał – i czyni to także w tekście tych wykładów – że dorastał w przekonaniu, że coś przed nim ukryto: w domu, w szkole oraz w dziełach niemieckich pisarzy, po które sięgał z nadzieją, że dowie się czegoś więcej o okropnościach, które były tłem jego wczesnego dzieciństwa. Literatura nie sprostała zadaniu, które autor „Pierścieni Saturna” przed nią postawił. Być może ta książka jest wyrazem osobistego zawodu i rozczarowania?
Tego nie wiem, ale też psychologiczne motywy, dla których napisał „Wojnę powietrzną”, niewiele mnie obchodzą. Obchodzi mnie jej miejsce w biografii literackiej Sebalda, który przecież z tajemnic historii uczynił twórczy żywioł, źródło siły swojej prozy. Czujnie przeszukiwał świat i przeszłość, by z niedopowiedzeń, ułomnych świadectw i ulotnych wrażeń budować czasoprzestrzeń literacką. Bardzo osobliwą, opartą na dokumencie, ale też na fikcji literackiej, na intertekstualności, kryptocytatach, związkach tekstu z ikonografią. Jest w „Wojnie powietrznej” fragment, w którym można rozpoznać „tamtego” Sebalda: o obrazie Chrystusa w ogrodzie Getsemani, który wisiał w sypialni rodziców, a potem został odkryty przez narratora w korsykańskim kościele. Sebald komentuje tę swoją dygresję: gdy spojrzeć w głąb „otchłani historii”, nachodzi człowieka „groza i zawrót głowy”. Ten zawrót głowy, przywołany z tytułu jego wczesnej powieści, niestety w ogóle nie staje się udziałem czytelnika „Wojny powietrznej”. 

Pisarz uzupełnia książkę o obszerne postscriptum, w którym relacjonuje reakcję czytelników po omówieniu wykładów w „Spieglu”. Ten fragment także ma potwierdzić tezę o zakłamanym stosunku Niemców do własnej przeszłości.
Z przytoczonej przez pisarza korespondencji wynikają wnioski mniej lub bardziej banalne: że cała masa przeżyć z tamtego czasu utknęła w archiwach pamięci i nie wyszła na jaw, albo została skłamana, albo wykluczona z owej pamięci, na przykład przez establishment germanistyczny. Albo wreszcie stała się okazją do jakichś paranoicznych elukubracji, które Sebald cytuje chyba po to, żeby znów frontalnie i skądinąd słusznie zagrzmieć przeciw filmom Fritza Langa. Więc również to, co powinno trafiać do przekonania, po drodze gubi się w pęknięciach tej zgoła niesebaldowskiej książki.

Andrzej Kopacki

ur. 1959, eseista, poeta, tłumacz niemieckojęzycznej liryki i prozy, literaturoznawca w Instytucie Germanistyki Uniwersytetu Warszawskiego, redaktor miesięcznika Literatura na Świecie. Zajmuje się współczesną literaturą niemieckojęzyczną i problematyką polsko-niemiecką, tłumaczył m.in. Hansa Magnusa Enzensbergera, Waltera Benjamina, Hannah Arendt, Michaela Krügera, Martina Pollacka, Bertolta Brechta i Gottfrieda Benna, Arno Holza, Maxa Webera, Golo Manna, Christiana Grafa von Krockowa, Joachima Festa. Wyróżniono go m.in. nagrodą dla tłumaczy Fundacji Roberta Boscha (2000) i za twórczość liryczną nagrodą promocyjną im. Mörikego (2006). Mieszka w Warszawie.

Osobny esej Sebald poświęca pisarzowi Alfredowi Anderschowi. Tekst o Anderschu zamyka książkę i wydaje się do niej doklejony nieco na siłę.
Nie wiem, dlaczego został dołączony. Może ma to być jakieś pars pro toto złego obcowania Niemców z własną przeszłością. To rodzaj pamfletu, z którego wynika mniej więcej tyle, że Andersch był złym człowiekiem o rozdętym ego, w istocie paskudnie postąpił z żoną niemiecko-żydowskiego pochodzenia, miał niejasny stosunek do nazizmu, a jego sława pisarska to autokreacja i wydmuszka, sprokurowana poniekąd (znów) przez germanistykę niemiecką. Całe mnóstwo w tym zrozumiałego oburzenia i zapewne wiele racji. Żeby było jasne: pisarze muszą się liczyć nie tylko z krytyką swojej twórczości, ale też z lustracją życiorysów i postaw. Jak to się ostatnio kokieteryjnie mawia: taka praca. Ale pamflet o Anderschu mnie nie frapuje, bo – po pierwsze – nie jestem wielbicielem pamfletów. Po drugie, nie wiem, jaką sensowną funkcję ten pamflet ma pełnić w „Wojnie powietrznej”. I po trzecie, jako podpunkt drugiego, podejrzewam – choć nie mam dowodu – że Sebald załatwia nim jakieś prywatne rachunki, na przykład z akademią niemiecką.         

Komu jeszcze się dostaje?
Na przykład, całkiem mocno, pismu „Der Ruf”, wydawanemu przez Anderscha i Richtera, za to, że było „istnym glossarium języka faszystowskiego” i budowało mit niewinności Wehrmachtu. Pośrednio więc dostaje się też Grupie 47, najważniejszemu ugrupowaniu literackiemu powojennych Niemiec, które Hans Werner Richter i Andersch zakładali. Tu Sebald jest ostrożniejszy, bo do Grupy 47 należeli wszyscy najwięksi: Böll, Grass, Enzensberger, Aichinger, Bachmann, Eich i inni. Grupa ze swoim prospołecznym i antyprawicowym obliczem nadawała ton i kierunek odradzającemu się życiu literackiemu w Niemczech, z czasem, siłą rzeczy, nabierała coraz bardziej mainstreamowego charakteru, wreszcie około 1968 roku utraciła swoją moc wiążącą. Mam wrażenie, że Sebald jej nie lubi, bo uważa ją, choć nie mówi tego wprost, za część kordonu sanitarnego otaczającego niemiecką dystopię, w której dojrzewały jakieś mity założycielskie z piekła rodem. Ale to już czysta spekulacja.

Sebald, który w młodym wieku zdecydował się opuścić Niemcy i osiąść w Anglii, patrzy na swój kraj z dystansu wieloletniej emigracji. Takie spojrzenie może być cenne, stare pomniki trzeba czasem odbrązawiać.
Ba, czy to znaczy, że trzeba zaraz oblewać je farbą? Zresztą Andersch prawdziwego ani symbolicznego pomnika się nie dochrapał. Mogę zrozumieć dyskomfort Sebalda z powodu zaniechań literatury niemieckiej czy jego niechęć do jej rozmaitych wyborów, choć jest w tym jakiś dziecinny maksymalizm. W naciąganej logice tego maksymalizmu mieści się też być może ostra krytyka „programu nowej estetyki” Anderscha, adepta Ernsta Jüngera, a tak naprawdę literackiego tandeciarza. Ale w istocie nie rozumiem, po co pisarz tej klasy co Sebald zadał sobie po latach tyle rewolucyjnego trudu, żeby w wyczuwalnym, acz nieoczywistym związku ze swoją irytacją z powodu stanu rzeczy historycznych i literackich strzelać do takiego drugoligowca jak Andersch – żeby udowodniać, że drań z niego, a w dodatku wcale nie taki dobry pisarz, jak się uważało na germanistyce. To jest robota dla średnio uzdolnionego monografisty. A wykonał ją, nurzając ręce w jakiejś czerwonej cieczy, być może najlepszy, z pewnością jeden z najpoważniejszych pisarzy niemieckich ostatniej doby, pisząc książkę, do której – w uderzającym przeciwieństwie do innych książek Sebalda – nie warto wracać. 

Redakcja serdecznie dziękuje Krzyśkowi Krzysztofiakowi za udostępnienie portretu Andrzeja Kopackiego. www.krzysiekrzysztofiak.com