Jeszcze 2 minuty czytania

Łukasz Gorczyca

DOBRY WIECZÓR:
Fejsbuk mówi „nie”

Łukasz Gorczyca

Łukasz Gorczyca

Dobry wieczór, pora późna więc można sobie pozwolić. Spytajmy dziś o najstarszy zawód świata. Zawód, czyli rozczarowanie. Otóż i ono. Od kiedy istnieje krytyka artystyczna towarzyszą jej niezmiennie skargi i utyskiwania: że jest zła, że niemerytoryczna, że złośliwa, niemrawa, że miałka, albo że nie ma jej wcale. Skarżą się rzecz jasna artyści, ale też sami krytycy – ci pierwsi, bo czują się nie dość docenieni, a drudzy... z tego samego powodu. Ale te odwieczne, retoryczne spory bledną dziś w obliczu realnego zagrożenia. Oto nadchodzi kres całej dyscypliny, koniec krytyki artystycznej! Proszę zapamiętać tę datę: dwa tysiące dwunasty. Koniec zawodów, koniec rozczarowań?

Proszę sobie wyobrazić: UNESCO wpisuje krytykę sztuki na listę zawodów zagrożonych wymarciem. Tymczasem w Warszawie – ruch odrodzenia rzemiosł. Muzeum Sztuki Nowoczesnej organizuje warsztaty z pisania o sztuce, w których z zaangażowaniem uczestniczy grupa młodych ludzi, chętnych do pisania i dyskutowania, rozgarniętych i wykształconych. Co ich pcha do tego zawodu? Zapomniałem zapytać... Ale pamiętam iks lat temu zdziwienie najważniejszej dziś naszej krytyczki prasowej od sztuk wizualnych, kiedy zwierzałem się przed nią z własnych marzeń o zostaniu krytykiem. Słysząc, co mówię, kierowany przez nią samochód marki fiat sto dwadzieścia sześć pe niepewnie trząsł się na brukowanych uliczkach Kazimierza nad Wisłą.

Tekstów o sztuce dotyczy ta sama zastępcza dyskusja co kwestii czytelnictwa w dobie internetu. Czy ludzie teraz więcej czy mniej czytają, i czy to wina czy zasługa internetu? Czy tekstów o sztuce teraz, kiedy ta dyscyplina umiera, jest więcej czy mniej? Oczywiście więcej, ale nie chodzi tak naprawdę ani o ilość, ani o śmierć, ale o fakt faktycznej zmiany. Oględnie można powiedzieć, że krytyka artystyczna jest dziś nam potrzebna inaczej. Owszem, nie umarł głód dobrych tekstów, redaktorzy w coraz większej desperacji poszukują błyskotliwych autorów (a sprytni redaktorzy-menadżerowie błyskotliwych i niezależnych autorów, czyli takich, którzy za swoje teksty nie chcą pieniędzy). Nawet Dwutygodnik kom straszy stałych autorów wizją oddania łam czytelnikom, kto wie, może już na zawsze. A jednak te codzienne utyskiwania, tęsknoty i żale za „krytyką z prawdziwego zdarzenia” brzmią dziś jakoś bardziej przekonująco niż jeszcze dziesięć lat temu (właśnie, dziesięć, a propos pieniędzy – zapomniana wskazówka ekonomiczna dla młodych adeptów krytyki – wszystkie liczebniki piszemy zawsze słownie, prosty sposób na nabicie wierszówki).

Czas na pytanie tygodnia: co z tym wszystkim wspólnego mają portale społecznosciowe? Nie wypada odpowiedzieć inaczej jak tylko, że fejsbuk zmienił wszystko. Uproszczenia są genialnym wynalazkiem publicystyki. Faktycznie jest faktem jednak, że tekst drukowany utracił wiele ze swej perwswazyjnej mocy. „Prasa kłamie” mówiło się kiedyś, w naprawdę gorących politycznie czasach i to się przyjęło, nawet sama prasa, chcąc odzyskać wiarygodność, zaczęła kłamać na potęgę, żeby sprostać oczekiwaniom i przekonaniom czytelników. A potem zaczęła bankrutować – dosłownie i w przenośni. W poszukiwaniu prawdy ludzie ruszyli zaś do internetu. A tu zamiast mądrego autora z gazety mówi do mnie znajoma: lubię to!

Chodzi oczywiście o przycisk „like”. Zanim go wynaleziono, niewiele osób decydowało się na publiczne wyrażanie własnej oceny. Od tego byli hmm... no właśnie, krytycy sztuki. Teraz ocenianie stało się proste jak nigdy dotąd: lubię to! Lubię to! Lubisz to ty i sześćdziesiąt trzy tysiące innych osób (na marginesie: dwie godziny od umieszczenia na portalu gazeta pe el informacji o śmierci poetki Wisławy Szymborskiej „lubiło to” tysiąc osób – system zbiorowej afirmatywności nie jest jeszcze do końca dopracowany). Spróbujmy przez chwilę nie bagatelizować tej kwestii. Czyż nie jest to rewelacyjne narzędzie skutecznie obezwładniające retoryczne piruety krytyka? Patrzysz, co lubią twoi znajomi i już wiesz, co jest ciekawe, ważne, potrzebne. Powtórzę jeszcze raz (ups... uwaga dla podtrzymania wiarygodności – jestem na ryczałcie, nie na wierszówce): krytyka sztuki przestała być koturnowa i wyniosła, stała się interaktywna, ludzie przestali krępować się własnego zdania i gustu, gdy dostali do rąk tak genialnie proste narzędzie jak przycisk „like”. Tym samym akt krytyczny przestał być czymś elitarnym, teraz wreszcie każdy na równi z każdym może lubić jakiś film, książkę, albo wystawę sztuki nowoczesnej (szczególnie wystawę sztuki nowoczesnej, oczywiście).

Właśnie. Tak naprawdę jednak rewolucja dokona się, kiedy fejsbuk powie „nie”. Pewien przedsmak tej nowej jakości dają różne, spontanicznie formujące się społeczności na przykład ta w sprawie „podpisów pod obrazkami w MOCAK-u” (dwa tysiące dwieście czterdzieści cztery osoby lubią to). Poszło o podpisy pod eksponatami w niedawno otwartym krakowskim muzeum sztuki współczesnej. Na fali wyścigu na najśmieszniejszy znaleziony w nich fragment pojawiły się też retoryczne zapytania, po co w ogóle wyjaśniać na piśmie sens obrazów? Niegdyś Joseph Beuys tłumaczył sens obrazów martwemu zającowi, działalność muzealnych kuratorów może przy tym rzeczywiście wydawać się śmieszna (o ile oczywiście zgodzimy się, że społeczeństwo nie przejawia wobec sztuki cech martwego zająca). Społecznościowa krytyka instytucjonalna odniosła sukces – część podpisów w muzeum przeredagowano (jaki krytyczny esej czy recenzja wybitnego krytyka odniosły w ostatnim czasie równie błyskawiczny skutek?). A jednak pozostało we mnie niejasne przeczucie, że inteligentny fejsbukowy humor gubi czasem subtelności. To, co w krytyce epoki analogowej było uwodzące, to całkowicie indywidualny ton krytyka, jego własny sposób widzenia i wypowiedzi (część mocakowych podpisów opiera się na ciekawych skrótach myślowych, a ich grzechem jest co najwyżej nadmierna wiara w inteligencję widza). Społecznościowy format krytyki interaktywnej zakłada myślenie i odczuwanie grupowe. Wspólnota, która lubi, zastępuje samotność rozumienia. Coś za coś, faktyczny fakt (oj, już wiadomo, że robię to dla ozdoby, nie dla pieniędzy).

To nie musi być przecież regresywne. Przeciwnie, prawdopodobnie to nie sytem zmienia nasze odruchy i sposób myślenia, ale raczej coraz doskonalsze aplikacje coraz precyzyjniej wyrażają ludzkie, spontaniczne potrzeby i odruchy.

Czas więc na dopełnienie dzieła. Bo prawdziwie prawdziwy akt krytyczny polega na świadomym „nie”: nie lubię. Nie lubię tego. Dwa tysiące dwanaście osób tego nie lubi (subtelny paradoks: fejsbuk udostępnia obecnie opcję „unlike” jedynie w sytuacji, kiedy wcześniej kilknęliśmy w tym samym miejscu „like” – nie lubić można tylko tego, co wcześniej się już polubiło). Póki co fejsbukowa aktywność całkiem licznych i popularnych grup „unlike” czy „dislike” (z kciukiem do dołu) ogranicza się w dużej mierze do prób nierozwiązania nierozwiązywalnego dylematu, jak można lubić nielubienie? Ale co stanie się, kiedy opcja „nie lubię” zostanie udostępniona na tych samych zasadach co „like”? Co będzie, kiedy akt negatywnej oceny stanie się równie łatwy jak dzisiejszy gest wspólnotowej afirmacji? Czy będzie to ostateczny koniec dawnej krytyki artystycznej i czy wogóle damy radę temu sprostać?