Liczą się tylko litery
Graffiti JURNE'a wykonane w Warszawie, 2012

Liczą się tylko litery

Rozmowa z Jurne'em i Mags

Ludzie uważają za graffiti każdy rysunek, który widzą na murze czy chodniku, a to nie prawda. Graffiti to zabawa z tekstem

Jeszcze 5 minut czytania

ZOFIA ZALESKA: W internecie poza Twoją stroną trudno Cię znaleźć. Jeśli już gdzieś się pojawiasz, to nigdy nie pokazujesz twarzy i występujesz pod artystycznym pseudonimem. Czemu ukrywasz swoją tożsamość?
JURNE: Funkcjonuję jednocześnie w oficjalnym obiegu sztuki i nieoficjalnym świecie ulicznego graffiti. Niełatwo to połączyć. Pokazuję swoje obrazy w galeriach, ale maluję też na murach w mieście. Często robię to nielegalnie. W Stanach policja skutecznie ściga grafficiarzy, więc aby nie wystawiać się na niepotrzebne zagrożenie, staram się nie wrzucać za wiele informacji o sobie do sieci.

Co Ci grozi, jeśli złapią Cię podczas malowania na ulicy?

JURNE

amerykański artysta graffiti, producent filmów, projektant ubrań, twórca instalacji. Wspólnie z MAGS prowadzi warsztaty artystyczno-edukacyjne dla dzieci i młodzieży. Z wykształcenia biolog.
W sobotę 31 marca otwiera w warszawskiej galerii V9 wystawę „It's all about the letters”.
Strona JURNE'a: http://www.science-ism.com/

J: Malowanie graffiti w niedozwolonym miejscu jest traktowane w Stanach jak przestępstwo, za które możesz trafić do więzienia. Brzmi to niewiarygodnie, ale za malowanie możesz trafić za kratki nawet na rok, bo do zarzutu dewastowania przestrzeni publicznej często dochodzą jeszcze inne, na przykład bezprawne wkroczenie na teren prywatny. Oczywiście – jako artysta graffiti – nie jestem dla policji wrogiem numer jeden, ale można zrobić ze mnie przykład dla innych. To działa w ten sposób: pokazujesz swoje prace w galeriach i myślisz pewnie, że jesteś kimś sławnym, że stoisz ponad prawem, a my cię zamkniemy i twój los będzie przestrogą dla innych. Paradoks polega na tym, że podczas gdy rząd zaostrza przepisy i zwiększa kary nakładane na grafficiarzy, społeczny odbiór naszej twórczości staje się coraz bardziej pozytywny.

Nie kusi Cię czasem, aby zrezygnować z robienia nielegalnych wrzutów? To z pewnością ułatwiłoby Ci życie.
J: Nie. Jako artysta, wywodzę się ze sztuki graffiti, dlatego byłoby nieuczciwością nagle o tym zapomnieć i odciąć się od swoich korzeni. Nie twierdzę, że nigdy nie dewastowałem przestrzeni publicznej – to się zdarzało i dalej będzie się zdarzać. Graffiti wywodzi się z prostej potrzeby zostawiania swojego znaku w przestrzeni miejskiej bez pozwolenia, nielegalnie. Tagowanie jest esencją graffiti. Nie chcę opakowywać tego, co robię, w ładny papier – po to, aby ludzie łatwiej to zaakceptowali. Prace, które pokazuję na wystawach, są przedłużeniem tego, co robię na ulicach, do ich tworzenia używam takich samych technik i narzędzi. Ludzie często docierają do moich płócien czy ilustracji poprzez graffiti. Dlatego tak ważne jest, abym w galeriach nie występował jako pan X, ale jako JURNE. To graficiarz JURNE jest znany, nie pan X, który pokazuje swoje obrazy na wystawie.

Przygotowania do wystawy w galerii V9, praca JURNE'a

Twoja strona internetowa nazywa się Science-ism – skąd ta nazwa?
J: „-Izmy” to terminy, które definiują styl – kubizm, manieryzm, ekspresjonizm, i tak dalej. Jeśli malujesz w charakterystyczny sposób, to mówi się: It's a JURNE-ism. Z wykształcenia jestem biologiem, zajmuję się komórkami macierzystymi. Naukowe spojrzenie przenika i kształtuje mój artystyczny styl, nauka jest moim „-izmem”. Każdą ścianę rozkładam na części, przyglądam się, jak współgrają ze sobą kolory, linie i kształty namalowanego na niej wrzutu. Swoje prace zawsze staram się szczegółowo przemyśleć i zaprojektować.

Dziś wszystko, co powstaje na murach, zaraz trafia do sieci. Jak internet zmienił sztukę graffiti?
J: W podwójny sposób. Z jednej strony umożliwił globalny dialog artystyczny, dzięki sieci można śledzić twórczość osób z odległych zakątków świata. Z drugiej strony sprawił, że pojęcie oryginalnego stylu straciło rację bytu. Dziś często nie jesteś już w stanie stwierdzić na pewno, czy wpadłeś na coś sam, czy zobaczyłeś to na przykład na czyimś blogu. Wszystko nieustannie się ze sobą miesza, w street arcie także nastąpiła era homogenizacji.

MAGS

amerykańska artystka graffiti z polskimi korzeniami. Działa w kobiecym kolektywie grafficiarsko-skateboardowym Few and Far, wspólnie z JURNE’em prowadzi warsztaty artystyczno-edukacyjne dla dzieci i młodzieży. Z wykształcenia historyczka.
Strona Few and Far: http://fewandfarwomen.com/

MAGS: To podobna sytuacja jak z akcentami, czy regionalizmami, które zanikają, ponieważ niemal wszyscy mają dostęp do telefonów czy internetu. Dawniej twój styl kształtował się pod wpływem pewnej unikalnej tradycji, okolicy, w której dorastałeś i uczyłeś się malować. Kiedyś można było powiedzieć, że ten artysta wywodzi się z ulic Nowego Jorku, a tamten z ulic Chicago. Dziś, jeśli ktoś tworzy na przykład w stylu California funk, to nic już nie znaczy, do niczego nie odnosi. To, jak malujesz, nie wiąże się już z tym, skąd pochodzisz, ponieważ wszyscy pochodzimy z jednego miejsca – internetu.

Street art cieszy się od dłuższego czasu sporym zainteresowaniem, a graffiti coraz częściej wykorzystywane jest w reklamach i kampaniach promocyjnych. Czy zbuntowanej sztuce malowania po ścianach nie grozi komercjalizacja?
J: Kiedyś się tym martwiłem, ale dziś już nie spędza mi to snu z powiek. Ludzie od wieków ryją, wycinają i rysują swoje imiona na skałach, drzewach i budynkach. To odwieczna potrzeba, a graffiti jest jednym z jej przejawów. Dzięki modzie na street art ludzie związani z graffiti mogą czerpać zyski ze swojej pasji, mogą pokazać swoją sztukę ludziom, którzy wcześniej jej nie zauważali i nie doceniliby jej, gdyby nie trafili na nią w galerii sztuki. Wielkie koncerny czy agencje reklamowe po prostu wykorzystują coś, co staje się popularne. Malowanie graffiti wyjdzie z mody i zainteresowanie tą formą sztuki się skończy. Nie oznacza to jednak, że graficiarze przestaną robić swoje.

BATES z wystawy w v9

Skąd wziął się pomysł na wystawę w Polsce?
J: Na wystawie w galerii V9 występują ze mną artyści Bates i Great, którzy należą do starej szkoły graffiti i działają na ulicach o wiele dłużej ode mnie. Od dawna obserwuję ich sposób malowania, są dla mnie inspiracją. Obaj są z Kopenhagi, ale Great mieszka na stałe w Warszawie. Gdy okazało się, że będę w Polsce, zapytałem go, czy nie moglibyśmy, poza wspólnym malowaniem, zorganizować też wspólnej wystawy.

Co pokazujesz na wystawie?
J: Wybór z tego, czym się zajmuję – sitodruki, rysunki, wycinanki, płótna i graffiti. Przygotowując tę ekspozycję, wszyscy trzej chcieliśmy jasno dać do zrozumienia, czym jest dla nas sztuka graffiti. Tytuł wystawy – „It's all about the letters” – to moje prywatne credo. Ludzie uważają za graffiti każdy rysunek, który widzą na murze czy chodniku, a to nie prawda. Graffiti to zabawa z tekstem, stylizowanie tekstu. W tej sztuce liczą się litery, wszystkie inne rzeczy są zawsze tylko dodatkiem do słów.

Dla osób niewtajemniczonych graffiti wygląda jak sekretny kod. 

it's all
about the letters

artyści: BATES, JURNE, GREAT, kurator: Jakub Andrychowicz, wystawa w galerii V9 (autorskim domu kultury stworzonym przez vlepvnet) w Warszawie, czynna do 21 kwietnia 2012

J: To prawda, wrzuty są jak układanka, która objawia swe znaczenie tylko wybranym. Atmosfera tajemnicy często towarzyszy całemu procesowi powstawania graffiti. Zanim zdecydujesz się na jakąś ścianę, musisz zrobić rozeznanie. Na przykład zaobserwować, czy miejsce, które wybrałeś, jest odludne i opuszczone, czy można malować tam za dnia, czy trzeba przyjść w nocy. Grafficiarze najczęściej pracują w parach, bo gdy jeden maluje, drugi stoi na czatach. Wszyscy nosimy przy sobie rękawiczki, czapki, często musimy kombinować, jak przenieść, a potem ukryć drabinę i inne sprzęty.

MAGS, Ty też, podobnie jak JURNE, nie skończyłaś żadnej szkoły artystycznej. Przygotowujesz doktorat z historii. Jak to się stało, że zajęłaś się graffiti?
M: Na moje zainteresowanie malowaniem wpłynęła atmosfera panująca w latach 90. w Nowym Jorku, gdzie się wychowałam. W liceum zaprzyjaźniłam się z wieloma osobami z alternatywnego środowiska hip-hopowego, odkryłam street art i zaczęłam  tworzyć własne obrazy i rysunki. Na początku tylko dla siebie, w szkicowniku. Pierwszą ścianę pomalowałam dopiero na studiach. Mieszkałam wówczas w Chicago, poznałam tam kilku grafficiarzy i wsiąkłam w graffiti na dobre. Inaczej niż JURNE, rzadko pokazuję swoje rzeczy na wystawach. Do tej pory tylko raz, w galerii w San Francisco. Niedługo ta galeria znów pokaże moje akwarele.

Od niedawna należysz do grupy Few and Far, którą założyłaś wspólnie z innymi dziewczynami zajmującymi się street artem.
M:
Few and Far to kobiecy kolektyw graficiarsko-skateboardowy. Założyłyśmy go w czerwcu 2011 roku. Na początku było nas dwanaście, ale wciąż dołączają nowe dziewczyny i dziś nasza grupa liczy osiemnaście osób z różnych zakątków Stanów. Staramy się jak najczęściej umawiać na wspólne malowanie, do tej pory spotykałyśmy się w Los Angeles, Sacramento i Miami.

Niecały rok po powstaniu zostałyście zaproszone do udziału w targach sztuki Art Basel w Miami, jak do tego doszło?
M:
Zgłosiłyśmy się i otrzymałyśmy zaproszenie do namalowania graffiti w jednej z dzielnic Miami. Podobną propozycję dostały też inne składy grafficiarskie. Przez kilka dni na ulicach Miami można było spotkać mnóstwo malujących ludzi – to było świetne doświadczenie. W tym samym czasie odbywało się też dużo wystaw i pokazów street artu, na które zjechało się wielu artystów z całego świata. Wideo dokumentujące naszą wizytę w Miami miało niemal dwadzieścia tysięcy odsłon w ciągu trzech dni. Ludzie byli zaskoczeni, ale reagowali pozytywnie. Większość z nich do tej pory nie słyszała o żadnym kobiecym składzie graffiti, choć takie istnieją.

Lincoln mural stworzony przez dzieci w ramach warsztatów z grafficiarzami (USA)

Jak to jest być grafficiarą w zdominowanym przez mężczyzn świecie street artu?
M:
Czasem ciężko, a czasem wygodnie. Już od samego początku, nawet gdy malowałam jeszcze bardzo słabo, podpatrywałam najlepszych grafficiarzy. Miałam tę możliwość tylko dlatego, że jestem dziewczyną – nie rywalizowali ze mną, byli bardziej otwarci i mogłam się od nich wiele nauczyć. Poza tym zabierali mnie ze sobą na nocne wypady do miasta, bo mając dziewczynę w grupie nie wzbudzali strachu czy podejrzeń i sami czuli się bezpieczniej. Jako dziewczyna, nie musiałam też nigdy przestrzegać wszystkich praw i reguł obowiązujących w świecie grafficiarzy. Mogłam pracować wolniej, nie musiałam się sprawdzać i niczego udowadniać, mogłam malować nielegalne graffiti, ale nie musiałam i nikt tego nie oceniał. Oczywiście, to wszystko wynika właśnie z faktu, że świat graffiti to świat mężczyzn i kobieta nie ma w nim takich samych praw. Zupełnie inne są oczekiwania wobec grafficiar i wobec grafficiarzy. Kobieta powinna tworzyć delikatnie, łagodnie, unikać wulgaryzmów i nawiązań do przemocy. Najlepiej, jeśli maluje różowe kwiaty. Świat graffiti jest pełen stereotypów i swoistego szowinizmu. Gdy dziewczyna zrobi coś naprawdę dobrego, to zwykle słyszy: Ty jesteś autorką tej ściany? Byłem pewien, że to dzieło faceta. Albo: Brawo, namalowałaś to zupełnie jak facet. I odwrotnie, gdy coś nie wyszło ci najlepiej, mówią: Nie martw się i tak poszło Ci świetnie – i w domyśle jest zawsze – jak na dziewczynę.


Czyli grafficiara nigdy nie będzie ceniona tak wysoko jak graficiarz?
M: MADC – fantastyczna artystka z Niemiec – jest lepsza od wielu facetów. Żeby sobie z tym jakoś poradzić, grafficiarze wsadzili ją do odrębnej kategorii – nie jest po prostu świetną grafficiarą, ale ewenementem. Gdy nie jesteś gwiazdą jak MADC, ale po prostu jesteś dobra w tym co robisz, nie wiedzą, jak cię zakwalifikować. Malowanie graffiti nie jest postrzegane jako zajęcie dobre dla kobiet. Jeśli jesteś ładna, fajnie ubrana i malujesz słabo, to wszystko gra. Problemy zaczynają się, gdy malujesz tak jak mężczyźni, albo lepiej i chodzisz w starych poplamionych spodniach.

Few and Far to wasz sposób na wyjście z męskiego cienia?
M:
Tak, bo twórczość kobiet powinna być bardziej widoczna – na ulicach i w internecie. Aby zaznaczyć swoje ja i poznać inne artystki, stworzyłyśmy stronę internetową naszego kolektywu. Zależy nam, aby pokazać dziewczynom, co robimy i dodać odwagi tym, które dopiero zaczynają. Grafficiarze to niezwykła wspólnota. JURNE może zadzwonić do nieznanych grafficiarzy z Warszawy, a oni go przenocują, pokażą mu fajne ściany i pójdą z nim wspólnie malować. Dziewczyny z tego nie korzystają. Przede wszystkim ze względów bezpieczeństwa. Nie zatrzymam się na noc w domu nieznanego faceta i nie pójdę z nim malować w jakieś odludne miejsca. Zakładając Few and Far, chciałyśmy stworzyć podobną kobiecą sieć przyjaznych osób na całym świecie. Poza tym wiele z nas było już zmęczonych pracą z facetami. Malowanie z dziewczynami to zupełnie inne doświadczenie, inaczej pracujemy, o czym innym rozmawiamy przy ścianie. Jest zabawnie i relaksująco, trochę jak na babskim spotkaniu. Na razie nie zapraszamy grafficiarzy do współpracy. Przez długi czas byłyśmy przygarniane przez męskie składy i malowałyśmy nieśmiało gdzieś z boku. Teraz cieszymy się swoim towarzystwem i tym, że mamy całą ścianę tylko dla siebie.

Warsztaty dla dzieci w USA

Poza własnymi twórczymi działaniami i Ty, i JURNE zajmujecie się także uczeniem dzieci sztuki malowania graffiti. Organizujecie artystyczno-edukacyjne warsztaty, możecie o tym opowiedzieć?
J: To prawda. Niestety, nie możemy podać w wywiadzie nazwy ani strony projektu, bo działamy tam pod swoimi prawdziwymi nazwiskami. Ludzie, którzy nas zatrudniają, nie wiedzą, że jesteśmy MAGS i JURNE, a my nie chcemy tego ujawniać z powodów, o których rozmawialiśmy wcześniej. To mało prawdopodobne, aby amerykańskie władze trafiły na ten wywiad, ale i tak wolimy być ostrożni. Zagrożenie pójścia za kratki jest zbyt realne, aby je bagatelizować.

To powiedzcie przynajmniej ogólnie, jak wygląda wasza praca z dziećmi.
J: Rok temu wspólnie z MAGS stworzyliśmy program artystyczno-edukacyjny skierowany do szkół i centrów kultury. Organizujemy warsztaty, podczas których dzieci i młodzież tworzą duże murale związane z lokalną historią. Zanim rozpoczniemy warsztaty, konsultujemy się z nauczycielami, poznajemy miejscowe opowieści. Nie narzucamy niczego uczestnikom warsztatów. Wspólnie z nimi wybieramy interesujący ich temat, omawiamy, jak go przenieść na ścianę i malujemy. Graffiti to buntownicza, niepokorna sztuka i dlatego jest tak popularna wśród młodzieży. Jeśli chcesz czymś zainteresować dzieciaki, to graffiti jest do tego świetnym narzędziem. My wykorzystujemy je, aby nauczyć młodych ludzi czegoś o historii i przekazać im trochę naszych artystycznych umiejętności.

Skąd ten pomysł?
M: Każde z nas już wcześniej uczyło dzieci malować graffiti. JURNE jest naukowcem i to wpływa na jego pracę artystyczną, ja jestem historyczką, piszę doktorat o nauczaniu historii i to mnie inspiruje. Dwa lata temu stowarzyszenie teatralne z jednego z mniejszych polskich miast poprosiło mnie, abym wspólnie z tamtejszymi licealistami namalowała graffiti. Miało być poświęcone dramatycznej historii wymordowania przez Nazistów dzieci z żydowskiego sierocińca podczas II wojny światowej. Zgodziłam się i namówiłam do współpracy JURNE, który przyjechał wtedy po raz pierwszy do Polski. Projekt zakończył się sukcesem i to zmobilizowało nas do założenia organizacji. Zrozumieliśmy jak wielki potencjał kryje się w takich działaniach i chcieliśmy robić podobne rzeczy w innych miejscach.

Graffiti MAGS w Warszawie, 2012 

Gdzie jeszcze, poza Polską, organizowaliście warsztaty?
J: Do tej pory w Palo Alto, w Richmond w Kaliforni i w Oakland. Niedługo będziemy uczestniczyć w powstawaniu gigantycznego graffiti w jednej z dzielnic Oakland. Mural będzie poświęcony muzycznej tradycji tamtej okolicy. Nie przeprowadzamy tam naszego programu, ale jako jego twórcy zostaliśmy poproszeni o pomoc przy wykonaniu wymyślonego przez uczniów rysunku.

Jaki jest najtrudniejszy moment podczas pracy z dziećmi?
J: Stworzenie graffiti, które będzie reprezentowało stanowisko większej grupy to duża odpowiedzialność i nie lada wyzwanie. Gdy dyskutowaliśmy z polskimi licealistami na temat koncepcji naszego rysunku okazało się, że chcą oni namalować na murze brutalne sceny masakry. Udało nam się ich przekonać, że nie warto popadać w żadną skrajność – ani tworzyć przesłodzonych, bajkowych obrazów, ani epatować przemocą. Od malowania drastycznych scen musieliśmy też odwodzić młodzież z Palo Alto.

M
: Podczas warsztatów pytamy uczniów, w jaki sposób chcieliby opowiedzieć o konkretnym wydarzeniu z przeszłości, jak chcieliby je przedstawić wizualnie – dosłownie czy metaforycznie? Uświadamiamy im, że wiele osób codziennie będzie przechodzić koło ich graffiti, dlatego warto, aby zastanowili się, co chcą poprzez swoje dzieło przekazać, na co zwrócić uwagę. Po takich pytaniach uczniowie szybko orientują się, że nie warto malować pierwszej rzeczy, która przychodzi im do głowy, że przez swoją pracę mogą przekazać coś istotnego dla siebie.

Jungle dziewczyńskiego kolektywu Few and Fart

Szkoły są zainteresowane programem, macie dużo zgłoszeń?
M: Tak, sporo, choć nie promujemy się tak intensywnie, jak należy, bo każde z nas ma mnóstwo innych zobowiązań. Na ogól szkoły liczą jednak, że nasz program jest darmowy, a nie jest. Musimy z czegoś żyć, a jak na razie nie udało nam się pozyskać dofinansowania z zewnątrz.

Co sprawia Wam większą frajdę  – praca z dziećmi i młodzieżą czy tworzenie własnej sztuki?
M: Ja uwielbiam uczyć i pracować z dziećmi. W sztuce graffiti zawsze ważny był dla mnie aspekt działania wspólnie z innymi ludźmi. Wszystko jedno, czy nielegalnie malujemy nocą pociągi, czy umawiamy się w świetle dnia. Mało który rodzaj twórczości daje taką możliwość natychmiastowego dzielenia się i konfrontowania własnej pracy z innymi ludźmi. Nie chodzę sama malować nielegalnie, to dla mnie zbyt niebezpieczne i stresujące. To świetne, że można zebrać grupę dzieciaków lub przyjaciół i wspólnie robić rzeczy, które inni często uważają za dziwne i niepotrzebne, a które w efekcie przynoszą coś tak kolorowego i technicznie dopracowanego.

J:
Obie te sprawy są dla mnie ważne i dają mi satysfakcję. Prowadzenie warsztatów nie wymaga osobistego zaangażowania, po prostu dzielę się z innymi moją wiedzą i wspólnie coś tworzymy. Gdy dajesz dziecku puszkę z farbą, a ono zaczyna malować, to jego radość i przejęcie są naprawdę fantastyczne. Moja własna twórczość jest dla mnie bardzo istotna, bo malując ściany czy płótna ujawniam swe najskrytsze fascynacje i uczucia.