Jeszcze 2 minuty czytania

Paweł Dunin-Wąsowicz

TRUMIENKA Z PIOSENKAMI:
Amatorskie, oryginalne, oficjalne

Paweł Dunin-Wąsowicz

Paweł Dunin-Wąsowicz

Dawno, dawno temu istniało zapewne proste rozróżnienie pomiędzy amatorem a profesjonalistą. Profesjonalista to był ten, który zarabiał dzięki określonym umiejętnościom (na przykład gry na gitarze), zaś amator to był ten, który nie zarabiał, choć sobie na tej gitarze być może trochę pogrywał. Najczęściej za mało umiał, by zatrudniono go na przykład w orkiestrze przygrywającej w remizie na weselu.

Aliści jakieś pół wieku temu (a może nawet dawniej) sprawy zaczęły się komplikować, a to szczególnie dzięki karierom zespołów wokalno-instrumentalnych w rodzaju The Beatles czy Czerwone Gitary. Dotychczas piosenkę stanowiły nuty i tekst, a podstawą oceny jakości była wierność tonacji, warunki głosowe wokalisty, autorską interpretacja itd. Nowe czasy wyznaczyły nowy standard – najwyższą jakość może mieć tylko wykonanie oryginalne twórców danego utworu, wszystko, co następne, jest tylko coverem, nawet gdy zagrany jest lepiej, zaśpiewany przez obdarzonego lepiej przez Bozię śpiewaka i zaaranżowany bogaciej niż na dwie gitary i perkusję. Przebojami komercyjnymi stawały się dwu i trzyakordowe kompozycje. Potencjalnie profesjonalnym artystą mógł być prawie każdy. Według tej logiki moje nieudolne naśladowania trzyakordowych piosenek T.Love były amatorszczyzną, ale improwizacje własne sztuką – i taki Filip Zawada (wówczas profesjonalny muzyk, którego głównym źródłem utrzymania była gra w zespole Pustki) wyrażał podziw dla pojawiających się w moich domowych nagraniach podziałów rytmicznych w rodzaju 7/13.

Dalszy ciąg historii jest taki, że muzyka profesjonalna i amatorska obecnie niczym się nie różnią. Podobne nagrania zarejestrowane przez muzyków o podobnych umiejętnościach w podobnych warunkach mogą przynieść przychody albo nie. Przekonuje o tym artykuł Roberta Sankowskiego „Już nie lubimy na żywo”, opublikowany 13 kwietnia w papierowym wydaniu „Gazety Wyborczej”. Wynika z niego, że chwaleni w profesjonalnych mediach (tzn. takich, których recenzenci otrzymują honoraria za swoją pisaninę) młodzi polscy artyści z rockowej sceny niezależnej są właściwie amatorami, gdyż praktycznie nie zarabiają – ani na płytach, ani na koncertach, które grają na własne ryzyko. Jako przykłady podawane są zespoły Washing Mashine, Snowman i Muzyka Końca Lata.

W zeszłym roku ten ostatni wydał swój trzeci album „PKP Anielina”. Promował go – szczerze mówiąc głównie w internecie – profesjonalny niby teledysk do piosenki „Dokąd”.

Muzyków MKL, filmowanych w prowincjonalnych plenerach, kontrowały przebitki ilustrujące codzienne życie dwudziestolatków, do którego odwołuje się tekst piosenki. Publicystom sceny LBTG zostawiam rozważania, czy dziewczęta w scenach towarzyszących drugiej zwrotce łapią się na pierwszą literkę skrótu, czy się po prostu wygłupiają.

Niedługo po internetowej premierze tego amatorsko-profesjonalnego klipu, wyszukując go na YouTube natrafiłem niespodziewanie na dzieło prawdziwie amatorskie, wpuszczone przez użytkownika kanału Pieggus.

Oto trzy nastolatki z niewysokich bloków (uważna lektura komentarzy naprowadziła mnie na trop, że powstało w Radomiu) zilustrowały tę samą piosenkę jeszcze dosłowniej niż reżyser oryginalnego klipu – pokazując samodzielne zabijanie wakacyjnej nudy: wygłupy w supermarkecie, puszczanie baniek mydlanych, palenie czegoś, po czym czują się niedobrze (jakież to pouczające!). Dynamiczny montaż sprawia, że ten teledysk pod względem wizualnym (a na potrzeby internetu zapewniają taką jakość od paru lat już co lepsze telefony) dorównuje oficjalnemu MKL. Ale o amatorskości świadczy nieoryginalność muzyki.

Inny przykład: zespół Przepraszam, którego tym bardziej nie podejrzewam o utrzymywanie się z muzyki. Zanim przed miesiącem upublicznił swój pierwszy pełny materiał (który konsekwentnie bojkotuję, gdyż pojawił się wyłącznie w postaci internetowej, co uważam za bezsens, skoro nagrywany był w studiu Rogalów Analogowy), zaprezentował zrealizowany z profesjonalnym zacięciem teledysk do piosenki „Wolny”.

Jest w nim i przemoc fizyczna (chłopak przewraca dziewczynę), i przemoc psychiczna (ta sałatka jarzynowa wmuszana przez ciocie!), zaś główne role obsadzone zostały przez członków zespołu Przepraszam osobiście. Ale czy w tym przypadku oznacza to, że został osiągnięty wynik artystycznie lepszy niż zdarzyło się to piosence tegoż zespołu Przepraszam „Mieszkanie”, wpuszczonej do YouTube parę miesięcy wcześniej, do której klip został opisany właśnie jako „amatorski”?

Tekst jest projekcją spełnionego marzenia studenta kulturoznawstwa, u którego na domówce pojawiają się celebryci literatury, telewizji czy sportu. Marzenie to staje się zresztą koszmarem, bo niestety nie okazali się gośćmi z klasą. Dowcip polega na tym, że w Dorotę Masłowską, Marcina Świetlickiego, Macieja Nowaka, Jerzego Pilcha czy Jerzego Dudka wcielają się osoby absolutnie do nich nie podobne (czasem nawet niezgodnej płci), ale doskonale parodiujące ich zachowanie. I nie są to nawet członkowie zespołu Przepraszam, tylko zupełnie nieznani, bardzo młodzi ludzie. A w przypadku braku oficjalnego teledysku do tej piosenki (w odróżnieniu od „Dokąd”) właśnie to „amatorskie” wideo zaczęło pełnić jego rolę.

Jest tylko jeden zgrzyt – wers „Mirosław Nahacz nie przyszedł, pewnie coś pisze”. Nie wiem, kiedy powstała oryginalna piosenka, ale teledysk pojawił się dobry rok po śmierci autora „Osiem cztery” i „Bociana i Loli”.

„Gdzie i w jaki sposób będzie można utrzymać się z grania? Może na weselach” – ironizuje w artykule Sankowskiego jeden z bohaterów tej publikacji, Bartosz Chmielewski, lider Muzyki Końca Lata, którego główne źródło utrzymania zostało przemilczane, ale nie jest to działalność muzyczna. Tą wypowiedzią kwestia amatorstwa i profesjonalizmu powróciła poniekąd do punktu wyjścia.