Jeszcze 2 minuty czytania

Łukasz Gorczyca

DOBRY WIECZÓR:
Strajk

Łukasz Gorczyca

Łukasz Gorczyca

Dobry wieczór, tym razem w atmosferze zdrowej ekscytacji. Będzie strajk! 24 maja muzea i galerie sztuki w całym kraju zostaną w ramach akcji protestacyjnej zamknięte na jeden dzień. Przez ostatnie dwadzieścia lat uzbierało się doprawdy wiele rozmaitych powodów uzasadniających bunt instytucji sztuki wobec państwa. Tym razem jednak strajk będzie w obronie artystów i ich praw socjalnych, w obronie umów o dzieło z 50-procentowymi kosztami uzyskania i w ramach walki o stworzenie systemu świadczeń emerytalnych dla artystów. Hurra!

Czy taki strajk może odnieść jakikolwiek skutek? Osobiście uważam, że pomysł jest trafiony, powiedziałbym wręcz, że to przejaw prawdziwie partnerskiej relacji artystów z władzą, próba przemówienia do polityków ich własnym językiem. Jeśli bowiem chodzi o politykę kulturalną państwa, na różnych jego szczeblach – od rządu do samorządów – permanetny strajk jest ulubioną strategią polityków wobec sztuki. I tak na przykład władze Warszawy postanowiły właśnie ogłosić strajk generalny wobec projektu budowy w stolicy Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Szwajcarski architekt, który pięć lat temu wygrał konkurs architektoniczny i przez ostatnie kilka lat pracował nad ostatecznym projektem budynku, został pozwany przez miasto do sądu – jak protestować, to na całego! Taki strajk to przestroga dla wszystkich, którym w przyszłości przyszedłby ponownie do głowy pomysł budowy muzeum sztuki – takich ludzi wysyła się w Warszawie pod sąd!

Władza strajkuje i jest to w zależności od okoliczności i czasu pozostałego do najbliższych wyborów, strajk włoski lub polski, to znaczy albo wszelkie działania na rzecz sztuki są w sposób świadomy spowalniane do granic (nie)możliwości, albo następuje całkowita odmowa jakichkolwiek procesów decyzyjnych. Tak właśnie rysuje się dotychczasowa historia warszawskiego muzeum pod rządami pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Teraz więc i my będziemy strajkować. Strajkować, czyli wreszcie rozmawiać z politykami ich własnym językiem. Oczywiście, taki strajk instytucji kultury brzmi jak spełniony sen wszystkich urzędników, ministrów, premierów i prezydentów. Wreszcie ktoś ich wyręczy i zamknie wszystkie tak uciążliwe w utrzymaniu przybytki kultury i będzie spokój, chociaż na jeden dzień. Nikt nie będzie nękał, żebrał o pieniądze, upominał się o przejrzyste procedury, o eksperckie konkursy na stanowiska dyrektorskie itd., itp. Dwadzieścia cztery godziny świętego spokoju, dwadzieści cztery godziny wolności od sztuki i artystów. Ulga, och, jaka ulga! Strajk polityków w końcu odniósł z dawna oczekiwany skutek. Wreszcie i artyści się do nich przyłączyli.

Oczywiście to wszystko nieprawda i niesprawiedliwość obruszą się warszawscy politycy. Rada miasta przyjęła w marcu dokument pod wzniosłym tytułem „Miasto kultury i obywateli. Program rozwoju kultury w Warszawie do roku 2020”. Dowiedziałem się o tym nieomal przypadkiem, bo jakoś miasto wcale się tym dokumentem nie chwali. Zespół „Notesu”, pisma Fundacji Bęc Zmiana, postanowił się dowiedzieć, na czym ma polegać wdrażenie tego programu w życie. I najważniejsze – czy w ogóle program ten ma jakikolwiek wymiar praktyczny? Z krótkiej sondy przeprowadzonej wśród lokalnych urzędników wyższego szczebla wynikło niewiele: że będą powołane kolejne ciała opiniujące i że będą jakieś zmiany w instytucjach kultury. O jakie konkretnie zmiany chodziło, to na przykładzie muzeum już wiemy – uproszczenie zarządzania instytucjami poprzez eliminację najbardziej ambitnych projektów. W ten oto sposób dochodzimy do sedna sprawy. W świadomości polityków sztuka funkjonuje jako obszar działań pozornych. Opiera się ona na fantazjach i obietnicach, na podtrzymywaniu ducha dobrym słowem. To obszar działań czysto retorycznych, to dyskusje, rozmowy i deklaracje, ale nigdy realna zmiana. Do czego jeszcze służy sztuka? Do krótszych lub dłuższych przemówień na otwarciach wystaw, do spotkań i rozmów w kuluarach. Dla rasowego polityka muzeum sztuki to piękna przedwyborcza idea, dobry slogan promocyjny, efektowne rendery (to jest dopiero sztuka!), ale bynajmniej nic konkretnego materialnie. Budynek? Kolekcja? Pracownicy? Dzieła? To wszystko to tylko sztuka – mglista mara co opada wraz ze strudzonymi całodzienną urzędniczą harówką powiekami.

Artur Żmijewski, kurator tegorocznego biennale sztuki w Berlinie twierdzi, że sami jesteśmy sobie winni, że to sztuka sama zabrnęła w ślepy zaułek samouwielbienia i nieprawdziwości. I że trzeba jej dać nowe zadania. Ale nie wiem co lepsze: program polityczny dla sztuki jak chce tego Żmijewski, czy może raczej coś odwrotnego? Czy bardziej chora jest sztuka, czy raczej może nasza polityka? Czy pilniej powinniśmy nawracać artystów, czy raczej uchylających się od pracy polityków? I co zostanie ze sztuki, jeśli przyjmie obowiązujące u nas standardy polityczne? Może jednak dałoby radę połączyć jedno z drugim? Art strajk jest pierwszym krokiem w tym kierunku – udowodnić klasie rządząco-urzędniczej, że artyści to też ludzie: mają serca, żołądki, rodziny, dzieci, młodość, starość, a nawet rozum i też lubią sobie postrajkować. To są też obywatele, mieszkańcy miasta, którzy mają swoje cokolwiek specyficzne potrzeby (ach, ta sztuka...), ale przecież wcale nie bardziej egzotyczne od innych grup społecznych spędzających czas na podziwianiu podświetlanych fontann, albo śmiesznie ubranych mężczyzn biegających po trawie za napompowanym skórzanym workiem. To byłby pierwszy, najpilniejszy krok – udowodnić władzy, że artyści istnieją naprawdę, a nawet mają prawa wyborcze!

Jak udowodnić swoje istnienie? To pytanie zwiodło już wielu twórców na mroczne przedmieścia szaleństwa. Tymczasem dziś okazuje się to takie proste: wystarczy zaprzestać wszelkiego działania. Nic nierobienie staje się współcześnie najwyższą formą kultury i polityki.

Trudno, a więc strajk!