Vivaldi
według Magdaleny Koženy

Tomasz Cyz

Arii Vivaldiego w wykonaniu Magdaleny Koženy słucha się jak wielkiej opery, w której są łzy szczęścia i nieszczęścia, miłość i zazdrość, nienawiść i pożądanie

Jeszcze 1 minuta czytania

Opery Vivaldiego są rzadko wystawiane w teatrach operowych; w Polsce wcale (chlubnym wyjątkiem jest krakowski projekt Opera Rara). Ale lista nagrań rośnie. Płyta Magdaleny Koženy z Venice Baroque Orchestra pod dyrekcją Andrei Marcona jest kolejnym elementem tej układanki, wypełnieniem pustki. I przypomnieniem, że „Rudy Ksiądz” był/jest nie tylko autorem „Le Quattro Stagioni”, ale także pięćdziesięciu oper, z których wielu do dziś nie udało się odnaleźć, choć poszukiwaczy zaginionej arki nie brakuje.

Mezzosopran Koženy brzmi tu (zawsze!) miękko, ciepło, barwnie, soczyście. Przekuwa uszy, nacina skórę, wywołuje drżenie, ale wszystko bez bólu. Jest jak strumień gorącej wody, który przyjemnie obmywa ciało, wywołując uczucie błogości. Prawie…

Magdalena Kožená, „Vivaldi”. Andrea Marcon (dyr.),
Venice Baroque Orchestra, Deutsche Grammophon 2009
Nie lubię płyt. Nie lubię ich tak samo, jak lubię słuchać muzyki na żywo. Kiedy widać, jak powstaje dźwięk, jak się rodzi, wyłania z ciszy. Kiedy widać mięśnie muzyków, napięte gardła śpiewaków, ścięgna na dłoniach, ruchy głową, taniec ciała.

Nie lubię też highlights, wyborów, wycinków, fragmentów. Kiedy obraz zostaje pocięty, ale tak, że nie można go złożyć na nowo (choćby w wyobraźni). Ale – dziwne – ten wybór arii z oper Vivaldiego się broni. Od początku do końca. Całość intryguje: od spokoju (nr 1 „Sonno, se pur sei sonno” z opery „Tito Manlio” z 1719 roku), przez nerw rozpaczy (nr 2 „Armatae face et anguibus” z „Juditha triumphans devicta Holofernes barbarie”, 1716), do słodyczy tęsknoty (nr 6 „Sol da te, mio dolce amore” z „Orlando furioso”, 1727); od tragedii do wyciszenia. Ale bez schematu.

Wszystko za sprawą tajemnego połączenia, porozumienia: solistki z muzykami, muzyków z dyrygentem, dyrygenta z solistką, solistki z postaciami, czyli z muzyką (i słowem). Słucha się tego jak jednej wielkiej opery, w której – jak zawsze – są łzy szczęścia i nieszczęścia, jest miłość, żal, zazdrość, nienawiść, wściekłość, pożądanie, pragnienie, rozkosz, rozpacz, zabawa, radość. Życie…

Z płytami mam jeszcze tak, że jeśli już, to lubię, jak się sączą, nienachalnie, płyną wspólnym nurtem z życiem, z codziennością. I nagle każą się zatrzymać, cofnąć track, jeszcze raz, jeszcze raz. „Sonno, se pur sei sonno”... Ale ileż można śnić? Śpisz?

Barok w muzyce ma w sobie przedziwną lekkość, oszołomienie, zmienność, pulsację. Oczywiście, mówimy o czymś, co słyszymy teraz, po kilkudziesięciu latach odkrywania tej muzyki na nowo, po setkach koncertów i nagrań tzw. autentystów. Jak brzmiało to wtedy? W pierwszych dekadach XVIII wieku? Jeśli tak jak według Venice Baroque Orchestra, to nie musimy żałować, że jesteśmy już w XXI wieku.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.