Niestety, konstelacja
nie była sprzyjająca

Aleksandra Hirszfeld

W ramach cyklu „Klasyka kina światowego” na ekranach kin studyjnych możemy oglądać „Hair” Miloša Formana – kultowy, nostalgiczny obraz hipisowskiej kontrkultury

Jeszcze 2 minuty czytania

„Był z nimi ogromny, muskularny Murzyn. «To jest Earl» – przedstawili nam go. Przez następne pół godziny opowiadałem im, jak wyobrażam sobie ten film, a Rado i Ragni kiwali głowami i wzdychali z zachwytu. Kiedy skończyłem, obaj autorzy bez słowa zwrócili się do Earla… Murzyn wyciągnął z kieszeni talię kolorowych kart do tarota i zaczął rozkładać je na stół. W końcu podniósł wzrok znad kart, spojrzał krótko na Ragniego i Rado, i pokręcił głową. «Niestety, konstelacja nie jest sprzyjająca»” – tak Miloš Forman relacjonuje w swoich wspomnieniach pierwsze próby nakręcenia adaptacji odważnego manifestu flower power w wykonaniu brodwayowskiej awangardy. Projekt musiał jednak odleżeć swoje 10 lat. Dopiero gdy czechosłowacki reżyser ugruntował swą pozycję oscarowym „Lotem nad kukułczym gniazdem”, gwiazdy stanęły po jego stronie.

„Hair”, reż. Miloš Forman. USA 1979,
w kinach od 31 lipca 2009
W wakacje na ekranach kin studyjnych można obejrzeć polską premierę filmu „Hair”, jednego z najbardziej kultowych musicali, a zapewne też jednego z najgłośniejszych obrazów hipisowskiej kontrkultury.

I tu zapewne pojawi się, słuszny skądinąd, bunt w czytelniku: jaka premiera?!, przecież film powstał w 1979 roku! Zgadza się, jednak „Hair”, jak wiele innych produkcji filmowych, nie miał w Polsce „oficjalnej”, w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, premiery kinowej. Era dystrybucji zaczęła się dopiero po 1989 roku. I choć w czasach mniej lub bardziej głębokiej komuny przypominano sobie sporadycznie o leninowskim haśle, że „kino to najważniejsza ze sztuk” – organizując uroczyste premiery filmów nakręconych w „demoludach” lub kwestionujących porządek polityczno-społeczny świata Zachodu (m.in. neorealizmu włoskiego, cinema nuovo czy nawet niektórych filmów amerykańskich) – to jednak zasadniczo zwłaszcza dzieła współczesne były mocno przesiewane przez zarządzające dystrybucją instytucje państwowe w rodzaju Centrali Rozpowszechniania Filmu. Kinowe perełki można było niekiedy obejrzeć w kinie studyjnym bądź DKF-ie, przed którym, tuż za rogiem, stał pan w ciemnym płaszczu – konik, sprzedający przepustkę do upragnionego świata…

W 2008 roku Chaplinowskim „Brzdącem”, „Metropolis” Langa i nieśmiertelną Marleną Dietrich w „Błękitnym Aniele” dystrybutor VIVARTO rozpoczął cykl „Klasyka kina światowego”. Wprowadzone do obiegu kopie to nowe 35-milimetrówki, zgrywane ze starych negatywów. I choć większość filmów prezentowanych w cyklu można znaleźć w sieci, a czasem nawet kupić jako dodatek do kolorowego pisma, to projekt ten polega na czymś innym, realizuje pewną misję kulturalno-edukacyjną: skierowany przede wszystkim do fanów taśmy filmowej, kinowego fotela i dużego ekranu, ma na nowo rozbudzić miłość do Kina pisanego wielką literą.

Część filmów doczekała się uwspółcześnionego przekładu dialogów, a co najważniejsze cały cykl wspiera Sieć Kin Studyjnych i Lokalnych. Klasyka na dużym ekranie nie będzie więc zarezerwowana jedynie dla największych miast, lecz ma szansę zaistnieć w każdym kinie studyjnym, w całej Polsce. W tym roku z proponowanego cyklu mogliśmy już obejrzeć „400 batów” François Truffauta, „Annie Hall” Woody Allena czy niezapomniane „Przeminęło z wiatrem” z Clarkiem Gable i Vivien Leigh.

Filmu „Hair”, nominowanego w 1980 roku do Cezara i Złotego Globu, nie trzeba chyba reklamować. Obraz Formana to ujęty w musicalową formę sprzeciw wobec wojny w Wietnamie, podnoszony w tamtych latach także przez innych twórców, m.in. przez Michaela Cimino w „Łowcy jeleni” (1978) czy Francisa Forda Coppolę w „Apokalipsie” (1979), albo – szczerzej – powalający szlagierami autorstwa Galta MacDermota, Jamesa Rado i Gerome Ragniego (m.in. „Manchester, England”, „I Got Life”, „Hair”, „Good Morning Starshine”), niezwykle sugestywny obraz hipisowskiej kontrkultury.

Ekranizacja broadwayowskiego musicalu z 1968 roku (według scenariusza napisanego od nowa przez Michaela Wellera) rzeczywiście buduje klimat barwnych lat sześćdziesiątych,  przede wszystkim właśnie za sprawą muzyki oraz choreografii Twyli Tharp (która początkowo podchodziła do projektu z rezerw,ą twierdząc, że musical to… „gówno”). W filmie prócz znanych twarzy (rola głównego bohatera, chłopaka z Oklahomy, przypadła  Johnowi Savage’owi, który zabłysnął we wspomnianych już „Łowcach jeleni” u boku Roberta De Niro i Christophera Walkera) pojawiły się też twarze zupełnie nowe. Tu zdobywali swe aktorskie szlify Treat William (filmowy Berger) czy Beverly D'Angelo (jako Sheila). Mocno zapadającą w pamięć postacią, ujawniającą wielki potencjał aktorsko-wokalny jest epizodyczna rola całkowicie wówczas nieznanej Cheryl Barnes, dziewczyny śpiewającej „Easy To Be Hard”. Barnes była sprzątaczką w Maine i bezapelacyjnie wygrała casting, w którym notabene brała również udział… Madonna (tak, tak – właśnie ta, którą będziemy mogli podziwiać już 15 sierpnia na lotnisku Bemowo).

Teatralna wersja „Hair” miała dwie odsłony, pierwszą w 1967 roku, w nowojorskim Theatre Public, jednym z najbardziej awangardowych i niezależnych off-off na Broadwayu, która niestety została uznana za niewypał, i drugą, rok później, już na oficjalnym Broadwayu, gdzie po raz pierwszy zobaczył ją Forman i gdzie spotkała się ze zdecydowanie lepszym przyjęciem. Zbiorowe improwizacje amatorów – hipisów z miejscowej komuny w Greenwich Village, nierzadko w narkotycznym uniesieniu głoszących piece and love, bujających się w hamaku z flagi narodowej, czy śpiewających tytułową piosenkę do melodii amerykańskiego hymnu – odzwierciedlały siłę zarówno ówczesnej kontestacji, jak i ideału teatru awangardowego. Afabularność czy znoszenie klasycznego podziału na widzów i aktorów, chwyty, które wykorzystał Tom O’Horgan, reżyser nowej teatralnej odsłony „Hair”, to typowy, inspirowany działaniami Becka i Brooka teatr tamtych lat.

Dziś została jedynie tęsknota za epoką buntu, bezkompromisowości i autentyczności, dająca o sobie znać w kolejnych filmowych przedstawieniach czasów hipisowskiej subkultury, takich jak chociażby film Anga Lee o festiwalu w Woodstock czy kolejne wersje samego „Hair” wystawiane w teatrach Nowego Jorku. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak wykorzystując sprzyjającą konstelację, udać się na oficjalną polską premierę filmu; trzeba obejrzeć raz, a można dużo więcej…