Kto pomści mścicieli?

Kto pomści mścicieli?

Darek Arest

„«Avengers» to kamień w worku ciągnącym kino superbohaterskie (i przemysł komiksowy) na dno” – pisze Krzysztof Ryszard Wojciechowski. Jeśli dobry film Jossa Whedona jest w stanie tak dokopać słabowitemu komiksowemu medium, to chyba nie ma specjalnie nad czym płakać

Jeszcze 3 minuty czytania

Nie chcę stroszyć piórek – tekst Wojciechowskiego, który ukazał się na łamach Dwutygodnik.com nie jest głupi, podły, czy oburzający. Cechuje go jednak charakterystyczne dla rozmów o komiksie zacietrzewienie, które sprawia, że z rozsądnie przytoczonych faktów wyciąga się sprzeczne wewnętrznie wnioski. Wynika to z przekonania, że komiks – wbrew swoim artystycznym osiągnięciom – jest na gruncie sztuki dyskryminowany i traktowany niepoważnie. Chcemy, by o komiksie się mówiło, ale zżymamy się na niekompetentnych dziennikarzy, którzy przekręcą to i owo. Chcemy, by był doceniany, czytany i drukowany w dużych nakładach, ale kpimy z Hollywood, bo tam, jak już się za coś wezmą, to wiadomo: nic z oryginalnej treści nie zrozumieją, zinfantylizują i sprofanują. Ten nerwowy odruch dotyczy nawet superbohaterskich seriali, dla których profanacja „oryginalnego kształtu” bywa zasadą organizującą.

„Niestety, twórcy filmowi żerują na komiksach superbohaterskich bez opamiętania. Kieruje nimi zazwyczaj chęć zysku, a ich poczynania cechuje brak szacunku – zarówno do widza, jak i do pierwowzoru” – broni komiksowego szańca przed show-biznesem Wojciechowski. Ale kto strzeże Strażników? Kto obroni Avengersów przed nimi samymi? Ta seria, jak wiele innych, nie stanowi zamkniętej, raz na zawsze ustalonej całości. Pierwszy numer komiksu z tą drużyną mścicieli wystartował na początku lat 60. Przez dekady zmieniał się jej skład, wygląd i charakter poszczególnych członków, ich wzajemne relacje. Różni autorzy nadawali różny ton opowieściom, czasem eksperymentując, czasem masowo tłukąc bliźniaczo podobne odcinki. Na przestrzeni lat pojawiło się kilka ciekawszych momentów, ale zwykle była to mieszanka nawalanki z operą mydlaną. Roznegliżowane wojowniczki i napakowani herosi walczyli z super-złem, romansowali, zdradzali się i gadali, gadali, gadali...

Polski czytelnik zna dwie odsłony przygód mścicieli: wydany przez TM-Semic przedruk kilku zeszytów z początku lat 90., oraz wydany przez Mucha Comics wielki finał serii sprzed kilku lat (który w świecie Marvela zwykle jest po prostu „restartem”). Pierwsza z nich do złudzenia przypomina „Modę na sukces”. Druga, choć sygnowana przez dobrego autora – Briana Michaela Bendisa – jest chaotycznym mordobiciem, naszpikowanym „hollywoodzkimi” wybuchami, poprowadzonym z absolutnym lekceważeniem zasad dramaturgii i dobrego smaku. I pisze to oddany miłośnik konwencji superbohaterskiej, który na półce ma więcej opowieści o ludziach w trykotach, niż własnych trykotów. Whedon swoim filmem dopisał do sagi po prostu jeszcze jeden rozdział. Jeden z tych udanych.

Prawie jak kino


Wojciechowski oczywiście zdaje sobie sprawę, że film na motywach popularnej serii Marvela to co innego, niż adaptacja takiego „Z piekła rodem” Alana Moore’a. Ale martwić zdaje się go fakt, że poprzez sukces „Avengers”, wizerunek komiksu jeszcze mocniej sklei się z opowieściami o bohaterach w różnokolorowych gatkach. A wtedy już nikomu nie da się wytłumaczyć, że poza bohaterską „Modą na sukces” komiks ma swoje „Sześć stóp pod ziemią”, swojego Felliniego, a może nawet swojego Dostojewskiego. Jednak próba nobilitacji komiksu poprzez ignorowanie i umniejszanie roli jego i ikonografii i gatunków, z których się wywodzi to – łagodnie mówiąc – strzał w stopę.

„Watchmen Strażnicy”, reż. Zack Snyder

Komiks jest sztuką wyzwolonej wyobraźni – czy naprawdę musimy przekonywać sami siebie o jego wartości, poprzez narzucanie mu kontekstów psychologicznych, czy filmowości języka? Fajnie, że komiks poszerza granice swoich zainteresowań, ale ignorując jego korzenie podcinamy mu nogi i skrzydła. Komiks może, ale nie musi kwestionować swojej tradycji, penetrować mrocznych zakątków duszy, ani obalać tabu, by być dobrą sztuką. Może być spełniony także wtedy, gdy pozostaje czystą akcją i humorem, dzięki którym był kiedyś medium, z którym instynktowny kontakt łapał nawet dziecięcy czytelnik. Bardziej niż jakiejkolwiek innej sztuce, nie przystoi mu dzielenie na absurdalne szufladki z napisem „wysokoartystyczne” i „pop”. Komiksy, tak jak filmy, dzielą się wyłącznie na dobre i słabe.

Że komiksowość to nie tylko wybujałość formy i wyrazistość – to temat na inną rozmowę. Dość, że w każdym tekście dotyczącym komiksu czujemy się zobowiązani powtarzać, iż komiks to nie tylko Kaczor Donald i Superman. „Komiks ma dziś wiele twarzy, jest bardzo chłonnym medium, które przyjmie dosłownie wszystko – od artystycznej erotyki, przez sensację, kameralne rodzinne dramaty, po epickie opowieści kostiumowe” – pisze zgodnie z prawdą Wojciechowski. I dodaje: „Te tematy nadają się zresztą do ekranizacji dużo bardziej niż opowieści o superherosach”. Czy na pewno?

Kino nie unikało ekranizacji ambitnych komiksów – dowodami są m.in. „Historia przemocy” Cronenberga, „Droga do zatracenia” Mendesa czy „Ghost World” Zwigoffa. Tłumaczenie największych osiągnięć komiksu na medium filmowe wydaje się trochę pustym zajęciem, zwłaszcza w przypadku tłumaczenia „kadr w kadr”, jak w „Sin City” Rodrigueza”, czy „Strażnikach” Snydera. Te opowieści broniły się w kinie lepiej lub gorzej, ale służyły raczej popularyzowaniu dzieł spełnionych w papierze, niż dodawaniu do nich czegoś nowego.

Bezkształtne arcydzieło


Inna rzecz z takimi „Avengersami” – ulepienie z tego materiału porządnego filmu to nie lada wyzwanie. Rachunek jest prosty – spełnione dzieła (także te romansujące z konwencją superhero, jak „Kick-Ass”) tracą w tłumaczeniu. Nierówne serie mogą tylko zyskać – jeśli nie ciekawą interpretację, to choć odrobinę popularności.

Możliwości, jakie uniwersum Marvela stwarza dla filmu, nie upatrywałbym w pojedynczych scenariuszach, które tak jak wspomniany przez Wojciechowskiego „Civil War”, są bladymi powidokami ambitnych pomysłów z lat 80., ale w plastyczności świata. Przy okazji każdej ekranizacji fani wytykają nieścisłości, jakby komiksowy Wolverine, Spider-man czy Punisher kiedykolwiek pozostawali sobie „wierni” na kartach komiksu. To materia, która w rękach utalentowanych artystów czasem rozbłyska, by w kolejnym odcinku serii pogrążyć się w przeciętności i infantylizmie. Pojedyncze historie bywają dziełami sztuki – serie są tylko zjawiskami. Herosi bywają bezkształtnymi ideami, a ich siła nierzadko tkwi w banale i „komiksowości”, pojętej jako krzykliwość i przerysowanie. I nie ma w tym nic obraźliwego dla medium, które nigdy nie rościło sobie pretensji do realizmu, a z umowności uczyniło sztukę.

Komiks posiada artystyczne i artystowskie peryferia, na które lubimy się powoływać, ale symptomatyczne zmiany zachodzą w jego mainstreamie. Popularne serie wymknęły się socjologom i same zaczęły się interpretować – to, co miało być ich podświadomym przekazem, twórcy przekuli na fabularny temat (nietolerancja wobec odszczepieńców w „X-men”, przemoc w służbie dobra w „Batmanie”, zbiorowe marzenie o sławie w „The Boys”). Infantylne historyjki nauczyły się mówić całkiem poważne rzeczy nie dzięki odwracaniu się od „komiksowych” tematów, ale poprzez zanurzanie w nich po szyję. Także poprzez eksplorację komiksowego języka. I dzięki pamiętaniu o powodach, dla których artysta w ogóle zainteresował się tą dziedziną. O radości, jaką powinna dawać lektura nawet najsmutniejszego komiksu – radości opowiadania historii; o czarach – ruchu, przestrzeni, dźwięku, jaki powstaje na czystej kartce papieru, gdzieś między kolejnymi kadrami; o całym tym magicznym teatrzyku.

W „poważnych” komiksach superhero, bohaterowie puszczają oczko (narzekając na czerstwe odzywki przeciwników, czy kostiumy z gumowymi uszami, w których czują się głupio). Ale o wartości popowych komiksów stanowi nie ironia i nie same (często banalne) historie, ale sposób opowiadania. Sposób przetwarzania elementów, które dobrze znamy, prowadzania przez nie czytelnika tak, by mimo wszystko miał z nich satysfakcję. „Storytelling” to słowo, które jak zaklęcie powtarzają twórcy amerykańskiego mainstreamu. Kiedyś można było podbić czytelnika samym faktem, że bohater potrafi latać, dziś trzeba mieć silniejsze i jednocześnie subtelniejsze argumenty.

Wyprzedaż ideałów


Finansowo komiksowy pop nie ma się doskonale – w ciągu kilku ostatnich dekad urosła mu konkurencja i ratuje się sprzedażą licencji (filmy, zabawki, gadżety). Amerykański przemysł obrazkowy ma swoją erę heroiczną, ze szczególnym uwzględnieniem lat 80. („Strażników” Moore’a czy „Mrocznego Rycerza” Millera stawia się obok największych osiągnięć, pardon, „wysokoartystycznych”), jednak ideały, których upadek mielibyśmy dziś obserwować, to jednak trochę miraż. Wojciechowski przywołuje słowa Gilliama o wolności, którą posiada twórca taniego komiksu, względem twórców drogiego filmu. To prawda teoretyczna – mimo groszowych cen egzemplarza, superbohaterskie komiksy były w latach świetności gigantycznym biznesem, w którym nie było miejsca na nieodpowiedzialne decyzje i nadwyżkę autorskiej wolności.

„Transformers. Zemsta Upadłych”, reż. Michael Bay

„Komiksy w konwencji superhero stały się passé, znów wytrącone poza nawias kultury i niedostrzegane przez media. Dochodzi do komicznych sytuacji, gdy komiksów superbohaterskich wypierają się w ślepym hipsterstwie publicyści związani z medium” – pisze autor, jakby nie dostrzegając, że jego tekst wpisuje się w taką postawę. I dodaje: „Te ekranizacje nie reklamują medium, tylko je dyskredytują, stawiając w jednym szeregu z «Transformers»”.

„Transformers”, a zwłaszcza jego sequele, są dla „Avengers” znakomitym kontekstem, bo pokazują, że różnica leży nie w rozmiarze pretensji, ale w filmowej jakości. Rozrywkowy film Whedona bezlitośnie weryfikuje potworki Baya pokazując, jakich rumieńców nabiera banalna historyjka z dobrymi efektami, gdy jest inteligentna, zabawna i dramaturgicznie dobrze ułożona. „Avengers” to dowód naprawdę dużego postępu – jeszcze kilka lat temu wielkie wytwórnie bez wahania wydawały miliony dolarów na adaptacje, które zakładały, że ich widz będzie umysłowo niepełnosprawny, że czytelnik komiksu to bezmózgowe zombie, który łyknie wszystko, jeśli podstempluje się to popularną licencją.

Po kilku finansowych fiaskach i oszałamiającym sukcesie Nolanowskiego Batmana stało się jasne, że robotę i miliony trzeba oddać w ręce kogoś, kto rozumie, gdzie i jak bije serce komiksu. Dzięki temu „X-men: Pierwsza klasa” trafiła w ręce Matthew Vaughna, a „Avengersi” do znakomitego twórcy komiksów – Jossa Whedona. To większy sukces niż wprowadzenie poetyki komiksu na uniwersytety.