Monika Milewska, „Bogowie u władzy”

Monika Milewska, „Bogowie u władzy”

Marcin Król

Otrzymujemy od autorki wiele wskazówek, ale wszelkie próby interpretacji masowych społecznych emocji stawiają nas w ostatecznym rozrachunku wobec tajemnicy

Jeszcze 1 minuta czytania

Rola jednostek w dziejach i w życiu publicznym pasjonowała historyków, filozofów i pisarzy. W różnych okresach – i z odmiennych przyczyn – traktowano ten problem mniej lub bardziej poważnie, podobnie jak na przykład kwestię roli przypadku w dziejach („nos Kleopatry”). Narzucał się zwłaszcza, kiedy „bogowie u władzy” rzeczywiście znajdowali się u władzy, chociaż i wówczas wielu autorów polemizowało z nadmiernym – ich zdaniem – ocenianiem roli jednostki, a niedocenianiem systemu lub tego, co bywa nazywane „logiką historii”. Z kolei niektóre szkoły historyczne, skądinąd znakomite, jak francuska szkoła „Annales”, wysoko ceniły długie trwanie, a znacznie niżej konkretne polityczne wydarzenia, co czasem prowadziło do całkowitego odejścia od tradycyjnej historii.

W książce Moniki Milewskiej dostajemy ogromną porcję znakomicie podanych informacji na temat samego kultu przywódców. Zarazem Milewska próbuje znaleźć zasady funkcjonowania kultu jednostki. Opisuje władców od Aleksandra Wielkiego po Ceauşescu i Kim Dzong Ila. Podaje przy tym niebywałą liczbę zdumiewających detali. Intrygująca jest łatwość, z jaką społeczeństwa, i to we wszystkich okresach historii, gotowe były zaakceptować boskie atrybuty władzy, czy raczej władcy. Atrybuty te naturalnie zmieniały się zależnie od epoki, a także zależnie od koncepcji, którą dany władca uważał za najbardziej stosowną.  

Monika Milewska, „Bogowie u władzy”.
Słowo/obraz terytoria, Gdańsk, 336 stron,
w księgarniach od maja 2012
Najczęściej mamy tu do czynienia z rozmaitymi formami odwołań historycznych. Niemal śmiesznie brzmi porównanie Ceauşescu z Drakulą, ale z punktu widzenia Moniki Milewskiej nie liczy się, jakich zabiegów używali omawiani przez nią „bogowie u władzy”, a sam fakt, czy okazywały się skuteczne – nawet w przypadku opisanych postaci Stalina i Hitlera.

Od dawna głosi się upodobnienie polityki do religii. Wielokrotnie starano się znaleźć w stalinizmie – czy szerzej we wszystkich totalitaryzmach – elementy para-religijne. Pojawiają się one niewątpliwie także w przypadku krótkiej kariery Robespierre’a, ale próby wyjaśnienia totalitaryzmu przez obecność pierwiastka zaczerpniętego z wielkich monoteistycznych religii w najlepszym przypadku bywają tylko częściowe. Oczywiście, religijne niemal uwielbienie dla wodza pomaga w sprawowaniu władzy i ułatwia podejmowanie decyzji, które przy świeckim oglądzie szybko uznano by za absurdalne. Jednak ważniejsza jest swoista gra, jaką władca-bóg toczy ze społeczeństwem. A władcą-bogiem – jak pokazuje Monika Milewska – nie było wcale tak łatwo zostać. Jednostki i społeczeństwa zazwyczaj zachowują pewną – choć różnych okresach mniej lub bardziej intensywną – możliwość trzeźwej oceny otaczającego je świata. Nie jest tak łatwo przekonać do domniemanej boskości i trzeba w tym celu wykonać szereg zabiegów, które niekoniecznie doprowadzą do celu.

W przypadku wieku XX mowa jest zawsze o społeczeństwach totalitarnych lub rządzonych autokratycznie i bezwzględnie, z reguły z użyciem terroru, nie jest zatem pewne, czy religijna admiracja przywódcy ma charakter w pełni autentyczny i spontaniczny. Monika Milewska znakomicie zdaje sobie z tego sprawę, chociaż zwraca uwagę z jednej strony na sztukę przekształcania władcy w boga, a z drugiej na społeczne zapotrzebowanie na władcę-boga. Zapotrzebowania tego nigdy nie da się do końca wyjaśnić, otrzymujemy od autorki wiele wskazówek, ale wszelkie próby interpretacji masowych społecznych emocji stawiają nas w ostatecznym rozrachunku wobec tajemnicy.

Książka Milewskiej opowiada o tym, co już było, ale różnorodność opisanych sytuacji oraz niezwykła zdolność społeczeństwa do akceptowania „bogów u władzy” nakazują ostrożność także na przyszłość. W tej dziedzinie nie ma bowiem sztywnych reguł i stuprocentowych zabezpieczeń. Wskazanie na to jest także wielką zasługą Moniki Milewskiej.