RZEMIEŚLNICY KULTURY:  Majsterkowanie
fot. Stowarzyszenie A Ku Ku Sztuka

RZEMIEŚLNICY KULTURY:
Majsterkowanie

Rozmowa z Maciejem Wojnickim

„Najlepsze jest połączenie abstrakcyjnego myślenia artysty i technicznego podejścia programisty. Brak świadomości ograniczeń technicznych powoduje brak ograniczeń w myśleniu” – rozmowa z programistą

Jeszcze 2 minuty czytania

AGNIESZKA SŁODOWNIK: Jak wygląda praca nad instalacją czy projektem interaktywnym z perspektywy programisty?
MACIEJ WOJNICKI:
Koncepcja często przychodzi z kręgu znajomych, w którym się naturalnie obracam. Prowadzę też dość dużo warsztatów. Kierunek jest taki, że artyści przychodzą na warsztaty, żeby się czegoś nauczyć, po czym jednak stwierdzają, że potrzebują pomocy (śmiech). Wciągają mnie w pomoc przy jakimś konkretnym projekcie. Znajomi albo znajomi znajomych. To pączkuje. Robię oprogramowanie, czy też multimedia, w kontekście artystyczno-edukacyjnym. Sam wchodziłem do multimediów od strony własnych działań artystycznych. Nie jestem programistą z wykształcenia. Nie kończyłem ani informatyki, ani telekomunikacji, ani elektroniki, ani niczego pośredniego, tylko robiłem muzykę. Programowanie było jakiś tam krokiem w robieniu muzyki.

Maciej Wojnicki

ur. 1983 r., programista audio/video, skrzypek samouk, wokalista, kompozytor, założyciel „O” – studia specjalizującego się w tworzeniu instalacji interaktywnych. Prowadzi warsztaty programowania interaktywnych multimediów – ostatnio w ramach projektu „Zrób to sam 2.0” organizowanego przez Instytut Kultury Miejskiej w Gdańsku. Tworzy muzykę na potrzeby filmów krótkometrażowych i animowanych, występuje solo jako Mananasoko. Mieszka w Sopocie.

Masz wykształcenie muzyczne?
Nie, z wykształcenia jestem inżynierem hydrotechnikiem.

Czyli ścisłe?
Techniczne, ale nie praktykowałem tego nigdy, choć swoją drogą w ramach dyplomu robiłem oprogramowanie dla Laboratorium Hydrauliki Morskiej.

Przydało ci się to później jak się uczyłeś programowania powiedzmy Arduino?
Nie. Uczelnia to poboczny temat w moim życiorysie, mówiąc szczerze.

Podoba ci się rola wykonawcy?
Tak, to jest mój świadomy wybór. Zaczynałem zajmować się programowaniem od strony własnych projektów. Mam świadomość, ile realizacja takich zadań kosztuje energii. Rynek sztuki nie jest najłatwiejszy, trudno być artystą zawodowo i się z tego utrzymywać. Mój sposób na eliminację stresu i obciążenia polega na tym, żeby uczestniczyć w różnych fajnych projektach różnych artystów, i nie przejmować się wszystkim wokoło. Własny projekt to najwięcej stresu, a najmniej takich bezpośrednich profitów. Bycie podwykonawcą to sposób na potraktowanie tego jako pracy, pozwala konkretniej wytyczyć zakres zadań i odpowiedzialności. Poza tym ja po prostu bardzo lubię to tworzywo. Bardzo lubię programować, sprawia mi to przyjemność.

Maciej Wojnicki, warsztaty „Syntezatory
na rowery” / fot. Małgorzata Lewińska
Co lubisz w programowaniu?
To taka forma majsterkowania. A majsterkowanie jest też tematem, wokół którego krążę intensywnie. To jest składanie czegoś razem, klejenie, ręczna robota, często rzemieślnicza. Chłopcy lubią takie rzeczy. Nie tylko chłopcy zresztą.

To takie łamigłówki?
Trochę krzyżówki, trochę klejenie modeli.

Co jeśli pomysł artysty do ciebie nie przemawia? Czy w ogóle cię obchodzi to, co „artysta ma na myśli”, czy jest ci to obojętne?
Nie jest mi to obojętne. Wydaje mi się, że jedną z moich przewag względem etatowych informatyków z Politechniki jest to, że mam pewne wyczucie estetyczne i merytoryczne. To wcale nie jest takie oczywiste, bo dużo osób tego nie ma. Ja mam świadomość, do czego służą pewne środki, czy warto ich używać, czy może warto z czegoś zrezygnować, bo coś jest niepotrzebne.

Czyli nie jesteś tylko wykonawcą. Próbujesz wpływać na projekt.
Do pewnego stopnia na pewno. Choć trudno mi stwierdzić, czy nie jest mi to obojętne, bo zazwyczaj zapraszano mnie do projektów, które mi w jakiś sposób odpowiadały. Przez to, że realizuję jakieś własne rzeczy, to wysyłam w świat sygnał, który przyciąga odpowiednie tematy. Nie zdarzyło mi się póki co trafić na projekty, z którymi bym się bardzo męczył merytorycznie. To znowu taki wybieg związany z odcięciem się, od odpowiedzialności, od presji, od zbytniego sprzężenia z tym, co się robi. Sposób na to, żeby za bardzo się nie spalać. Może brzmi to niezręcznie, jakbym ciągle czegoś unikał, ale w przypadku projektów artystycznych to ma jednak znaczenie.

Czyli jest w tym element eskapizmu? W projektach artystycznych można się łatwo spalić?
Mam taką perfidną strategię racjonalnego wykorzystywania swoich zasobów. Uczestniczenia w ciekawych zadaniach bez stawiania za każdym razem na szali dwustu procent zaangażowania, pełni wolnego czasu i poczucia własnej wartości.

Symfonia Maszyn, Cuda Wianki 2010 / fot. Stowarzyszenie A Ku Ku Sztuka

Jak było z projektem Symfonia Maszyn?
To był pomysł kuratorek ze stowarzyszenia „A Ku Ku Sztuka”, które organizują imprezę Cuda Wianki w Noc Świętojańską w Gdyni. Symfonia Maszyn miała wieńczyć paradę w ramach Cudów Wianków 2010. Gdynia była wtedy cała w rozbudowie i stąd wziął się pomysł, by na paradzie, która zawsze jest elementem tej imprezy, tym razem przejechały koparki, a nie dziewczyny w wiankach. W takim kontrapunkcie. Trzeba było w efektowny dźwiękowo sposób te koparki zaaranżować. Piotr Pawlak, trójmiejski producent, odpowiadał za sounddesign i dźwięki, a ja odpowiadałem za technologiczne kwestie: za system analogowych czujników opartych na mikrokontrolerze Arduino, odczytujących ruchy koparek biorących udział w pokazie i za oprogramowanie przetwarzające pozyskane sygnały na dźwięki. Poza tym mieliśmy z Piotrem wolną rękę. To było fajne doświadczenie, fajna zabawa.

Domek z kart / fot. Katarzyna ŁyszkowskaA Domek z Kart?
Kasia Łyszkowska brała udział wcześniej w moich warsztatach, między innymi podczas festiwalu Transvisualia. Robiła doktorat na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Ja w tym projekcie wykonałem tylko instalację elektroniczną: Arduino, czujniki, sterowanie dźwiękami i oświetleniem w tych domkach, w które wsadzało się głowę. Czysto rzemieślnicza robota.

Jak wygląda twoje miejsce pracy?
Od dłuższego czasu sfera analogowa interesuje mnie dużo bardziej niż komputerowa. To się wiąże z piramidalną ilością śmieci, które przyrastają na moim biurku w ekspresowym tempie. Układy scalone, oporniki, kondensatory, kabelki – to wszystko kupuje się po kilkadziesiąt sztuk w opakowaniu i potem masz takie zwoje pływające po biurku, trudno to ogarnąć. To jest dość śmieciowe otoczenie (śmiech). Chcę teraz nieco odejść od komputerów. Fajnie się pracuje z komputerem, bo jest czysto, ładnie i składnie. Ale fajne są też rzeczy, których można dotknąć. Tematy, które realizuję ostatnio, dotyczą fizycznego, analogowego świata, robienia ręcznie rzeczy, przedmiotów. Tak jak w przypadku projektu „Zrób to sam 2.0, czyli co robiłby Adam Słodowy, gdyby miał dostęp do internetu”. Zbliżam się coraz bardziej do rzemieślnika pojmowanego tradycyjnie.

Masz jakiś sposób organizacji tego analogowego chaosu?
Idę z nurtem, a po skończeniu projektu czyszczę pole.

Myślisz, że coraz więcej osób będzie zdobywać takie kompetencje, jak ty posiadasz, na zasadzie nauki nowego rzemiosła?
Na pewno. Szczególnie, że mało artystów posiada faktycznie fizyczne umiejętności tworzenia rzeczy, które realizują. Zazwyczaj mają podwykonawców, którzy realizują konkretne zadania wymagające danych umiejętności technicznych. Sztuka współczesna chyba już dawno odkleiła się od sytuacji, że jest artysta malarz, który umie malować. Rzemiosło jest odklejone od bezpośrednich działań artystycznych. Ten podział wydaje mi się zupełnie naturalny. Poza tym głównym nośnikiem w tej chwili stają się multimedia, więc jak najbardziej będzie coraz więcej takich nowych rzemieślników. Na przykład w Poznaniu powstaje teraz wydział Media Interaktywne i Widowiska.

Jak ci się rozmawia z artystą, który nigdy w życiu nie programował?
To jest o wiele zdrowsza sytuacja, że pomysł wychodzi od osoby, która nie ma do niego technicznego podejścia. Jednym z problemów nowych mediów jest właśnie to, że są w dużej mierze generowane przez osoby, których punktem wyjścia było to tworzywo. To są na przykład programiści, którzy stwierdzili, że będą robić sztukę. Poruszają się w obrębie danego narzędzia, to trochę takie bardziej współczesne rozwinięcie tzw. demosceny, w ramach której powstawały animacje i filmy wideo niby z zacięciem artystycznym, ale przede wszystkim jednak skupione na fajerwerkach technicznych. Najfajniejsze zestawienie to połączenie abstrakcyjnego myślenia artysty i technicznego podejścia programisty. Brak świadomości ograniczeń technicznych u artysty powoduje brak ograniczeń w jego myśleniu. Z drugiej jednak strony zdarza się i tak, że artystom więcej rzeczy wydaje się niemożliwych.