Głosy pamięci

Jarosław Borowiec

Tylko zapisane słowo wygra z pamięcią – daje się słyszeć w „Uśmiechu Demokryta” Ryszarda Przybylskiego. Jeśli nawet nie będzie to zwycięstwo ostateczne, pozwoli oswoić „czas dzikiej agresji wspomnień”

Jeszcze 2 minuty czytania

1.

Jak opowiedzieć o tym, co nas dotyka? Jakim posługiwać się językiem? Kiedy mamy prawo mówić o własnym życiu?

Jak pisać o autorze, wobec którego czuje się szacunek i podziw?
O kimś, kto pozostaje dla nas uosobieniem mądrości, punktem odniesienia, mistrzem interpretacji. I dotyczy to nie tylko myślenia o literaturze, ale również spraw duchowych, religijnych czy wreszcie przeżywania sztuki.

Ryszard Przybylski, „Uśmiech Demokryta.
Un presque rien”
. Wydawnictwo Sic!, 148 stron,
w księgarniach od 19 czerwca 2009
Są takie książki, na które się czeka, wobec których słowo „recenzja” staje się nieprzyzwoite. I nie jest to rodzaj taniego nabożeństwa, ekscentrycznych fascynacji czy egzotycznych wyborów. To podziw dla erudycji, stawianych przez autora pytań, umiejętności, z jaką odziera lakier przeszłości i mówi o istocie egzystencji, łącząc literaturę z życiem.

Kimś takim pozostaje dla wielu czytelników osoba i pisarstwo Ryszarda Przybylskiego.

2.

„Stary Człowiek zaczyna przewartościowywać wszystkie wartości, aby posłużyć się nadużywanym aforyzmem Fryderyka Nietzschego. Znane aż do nudności wydarzenia i słowa nabierają nowego sensu, chociaż tak naprawdę należałoby powiedzieć, że powracają do sensu pierwotnego, otrzepane z błota ideologicznych idiotyzmów” – pisał autor „Baśni zimowej” w eseju poświęconym poezji Tadeusza Różewicza.

Najnowsza książka Ryszarda Przybylskiego „Uśmiech Demokryta” to zbiór trzech esejów o „uobecnionej przeszłości, która w starości staje się bardziej wieloznaczna niż kiedykolwiek wcześniej”. Eseje te układają się w jedną opowieść o czasach miłości i pogardy, mechanizmach pamięci, prawdzie życia. O presque rien – jak mówi jej podtytuł – o tym „prawie nic”, od którego wszystko się zaczęło. To jedna z najbardziej osobistych opowieści autora „Pustelników i demonów”.

***

„Ikona mojej matki” – to rozdział poświęcony wspomnieniu z czasów dzieciństwa spędzonego na Wołyniu, pamięci rodzinnego domu. Oznacza on powrót do roku 1935, do czasu pierwszych obowiązków siedmioletniego wówczas chłopca, który uzupełniał papierośnicę ojca nabitymi gilzami i stawał się „strażnikiem wiecznego ognia”. Owo wspomnienie codziennego obowiązku, polegającego na pielęgnowaniu lampki oliwnej przed ikoną przedstawiającą narodziny Jezusa (jej obecność w katolickim domu była wówczas gestem oszałamiającym), pozwala Przybylskiemu podjąć próbę wyjaśnienia „tajemnicy św. Józefa” – jego obecności i miejsca w ikonografii, Ewangeliach, „okrutnej logice narracji”, osamotnieniu, w dramacie rodziny.

Opowieść o rodzinie z Nazaretu daje się również odczytać jako poruszające wspomnienie rodziny z Równego. Wydobywa pamięć o ojcu, który nie będąc „modnym, obłudnym agnostykiem, ale normalnym rzeczowym ateistą”, nie sprzeciwiał się religijnemu wychowaniu syna przez wierzącą matkę. I choć – jak pisze autor – „obie rodziny z uporem i gorliwie przedstawiały go jako wynaturzonego maniaka”, jego obraz w oczach dziecka i miejsce w wewnętrznej narracji pozostało niezmienne. A to, co w relacji z drugim człowiekiem najcenniejsze, co otrzymał również Józef od Marii zanim zabrakło dla niego miejsca w micie – to „najcenniejszy ludzki skarb: zrozumienie”.

***

Esej „Nasz Wielki Sąsiad”, przenosi nas do roku 1943 – lat wojny i lat chłopięcych. To czas pracy w zajętym przez Niemców majątku ziemskim, to zapach przesiąkniętej końskim moczem stajni i pierwsze lektury czytane przy karbidówce: Mickiewicz odłożony na rzecz Mochnackiego i jego celnych diagnoz oraz dobrze „przemyślanego poglądu na istotę carskiego imperium”, niezmienną istotę Rosji.

„W stajni, przy lampie karbidowej, słuchając murmuranda koni żujących owies, przyswoiłem sobie banalny polski kompleks polityczny: przekonanie o odwiecznym nierządzie królów Europy z bezmiernie chciwą Rosją. Co prawda później, żyjąc sobie bądź co bądź przez kilkadziesiąt lat, często zaczynałem wątpić, czy jest to kompleks. Wyglądało to bowiem coraz bardziej na trzeźwą obserwację”.

To również okres brutalnej Historii skażonej eksterminacją Żydów i Polaków – czas banalności śmierci. Okrutna okazuje się jednak nie tylko Historia, okrutna jest także Pamięć i jej władza nad nami.

Ryszard Przybylski,
fot. Elżbieta Lempp
Łatwo przeoczyć wplecione przez Przybylskiego w tok historycznej narracji o Mochnackim zdanie o sierpniu 1942 roku: „To wtedy u nas w Tynnem zastrzelony został pan Migdał”. Fragment ten przywołuje wspomnienie, o którym we wstępie do „Uśmiechu Demokryta” czytamy: „Kiedy przeszłość wynurza się z mroku nieobecności, świadomość może ją tylko przyjąć. Jak niespodziewanego i bezczelnego gościa. Często pojawia się jak grom w bezwietrzny, słoneczny dzień. Wracam z codziennych zakupów przez moje osiedle pogrążone w bujnej zieleni i podziwiam koty, które grzeją się na gorących karoseriach aut. Gdzieś w koronach pokaźnych już drzew śpiewa wilga. Z otwartego okna mieszkania na parterze sąsiedniego bloku dolatuje mnie zapach krupniku na wędzące. Cieszę się więc, że ciągle żyję wśród tylu oszałamiających wspaniałości, i nagle, panie Migdał, mówi nasz nierozgarnięty szef szklarni w Staatsgut Tynne, idź pan do kancelarii, bo przyjechał ktoś z Kreislandwirtu i czegoś tam od pana chcą, i widzę plecy człapiącego pana Migdała, chwila ciszy, i dwa strzały dochodzące z podwórka”. Rodzaj stygmatycznego „wtajemniczenia w los”.

***

I wreszcie „Demokrytejski szlif”, esej zamykający książkę, z którego pochodzi tytuł całości. Opowiada on o latach powojennych, o czasie wyzwolenia i młodości spędzonej w Gdańsku. „Latem tego samego roku [1945 – J.B.] spadło na świat demokrytejskie słowo «atom». W umysły wpełzła myśl, że cywilizacja, chociażby przez przypadek, może zostać w pewnej godzinie unicestwiona”. Na zachwyt „szkołą wątpienia i greckim sceptycyzmem” skazały wówczas myślących młodych ludzi okoliczności historyczne. Demokryt stał się więc patronem „dobrego życia” – życia powściągliwego, ratującego przed pychą, ale też odwagi rozumnego przyjmowania strat, zwalczania niesprawiedliwości, zachowania pogody ducha. „Demokryt nauczył nas tedy, że otchłań materii jest rzeczywistością wieczną, potężną i nieubłaganą, człowiek zaś czymś przygodnym i przemijającym. Z niej zostaliśmy wywiedzeni i w niej zostaniemy rozproszeni. Rozum jednak potrafi opanować ten obezwładniający «ból istnienia» i stłumić lęk przed unicestwieniem” – pisze Przybylski.

3.

„Nie ma w polskiej literaturze równie przejmującego świadectwa tego podwójnego wygnania – wygnania w czas i materię – co książki Ryszarda Przybylskiego. Nie ma jednak także równie przejmującej próby oswojenia grzechu pierworodnego” – pisał przy okazji „Sardanapala” Michał Paweł Markowski.

„Uśmiech Demokryta” jest dla mnie uzupełnieniem i kontynuacją myśli zawartych we wcześniejszych publikacjach. I jest to dopowiedzenie wyjątkowe – nie tylko jeśli chodzi o rozległą erudycję autora, odrzucenie łatwych pocieszeń, rzeczowość, ale przede wszystkim – wsłuchanie się w głos własnej pamięci, rytm życia. Przejmującą świadomość, „że ciepły dom teraźniejszości wypełni kiedyś zimny wiatr z onegdaj”. Wyprawa po swoje „własne Wielkie Nic”.

„Tylko zapisane słowo wygra z materią” – napisał Ryszard Przybylski w zakończeniu „Baśni zimowej”. „Wiedział, że tylko zapisane słowo wygra z Wędkarzem” – tak z kolei kończyła się „Mityczna przestrzeń naszych uczuć”. Tylko zapisane słowo wygra z pamięcią – daje się słyszeć w „Uśmiechu Demokryta”.

Jeśli nawet nie będzie to zwycięstwo ostateczne, pozwoli oswoić „czas dzikiej agresji wspomnień”. Powiedzieć: „O smętny, o kochany. Nie będziesz zapomniany”.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.