Uwaga spoilery!
fot. Geoffrey Fairchild / Flickr CC

Uwaga spoilery!

Szymon Holcman

Spoilery psują to, co w masowej kulturze najistotniejsze – przyjemność. Alfred Hitchcock tak bardzo pragnął zaskoczyć widzów, że postanowił wykupić cały nakład powieści, na której oparta była „Psychoza”

Jeszcze 3 minuty czytania

Wyobraźmy sobie taką sytuację: jedziemy pociągiem na zasłużony urlop. Przetrwać w PKP pomaga całkiem niezły kryminał. I kiedy jesteśmy zanurzeni w niego po uszy, nagle jeden ze współpasażerów mówi: „Słaba ta książka. Od początku wiedziałem, że mordercą jest...”.

Albo: nie jesteśmy fanami książek o Harrym Potterze, ale oglądanie ich adaptacji na dużym ekranie potrafi sprawić pewną przyjemność. Szukając w internecie informacji o dacie premiery najnowszej części, zupełnie przypadkowo trafiamy na dyskusję miłośników serii, która zaczyna się zdaniem: „zaskoczyło mnie, że na końcu Rowling uśmierciła...”.

I jeszcze: nawał pracy nie pozwolił wyjść z biura na tyle wcześnie, żeby na żywo obejrzeć ćwierćfinał Hiszpania-Francja. Ale od czego jest nowa usługa operatora kablówki, która pozwala nagrać dowolny program i odtworzyć go sobie w dogodnym momencie? Nie zaglądaliśmy do sieci, nie włączaliśmy radia w samochodzie, teraz możemy spokojnie siąść i cieszyć się meczem. I wtedy dzwoni znajomy: „Stary, ale ci Francuzi dali...”.

We wszystkich wyżej opisanych (fikcyjnych, ale bardzo prawdopodobnych) sytuacjach padliśmy ofiarą spoilera. Termin ten większości kojarzy się głównie z częścią do samochodu, ale na świecie od lat kryje się pod nim coś zupełnie innego – „wirus” atakujący popkulturę.

Spoilt, źródło: http://media.threadless.coWiele o naturze tego zjawiska mówi jego źródłosłów – angielski czasownik to spoil (psuć, niszczyć). To właśnie spoilery psują to, co w masowej kulturze najistotniejsze – przyjemność. W popkulturalnym przemyśle przyjemność bierze się ze stworzenia warunków idealnych do zapomnienia o stresie, pracy, zmęczeniu, kłopotach. Filmy, seriale, książki, komiksy, gry mają nam dostarczać coraz to nowych, intensywnych wrażeń i emocji, dzięki którym nie pamiętamy o bożym świecie. Takich właśnie doznań dostarcza milionom widzów spragnionych świeżości i bycia nieustająco zaskakiwanymi jedno z najpopularniejszych w ostatnich latach dzieł popkultury – serial „Zagubieni” („Lost”). Głównym wrogiem jego scenarzystów przygotowujących coraz to bardziej niesamowite fabularne rozwiązania jest właśnie spoiler. Można więc zaryzykować tezę, że oto słynny „popsuj-zabawa” Johana Huizingi, „rozbijający zaczarowany świat” i oddający nas z powrotem we władanie szarej codzienności, znalazł nowe idealne wcielenie. Wcielenie godne XXI wieku. Choć jego historia sięga głębiej.

Już John R.R. Tolkien zdawał sobie sprawę z niszczącej siły wyjawiania sekretów fabuły. Dlatego walczył z pierwszym wydawcą „Władcy pierścieni”, by trzeci tom jego legendarnej sagi nie nosił tytułu „Powrót króla”. Według Tolkiena zdradzał on przebieg fabuły i dlatego optował on raczej za wersją „Wojna o pierścień”. Także Alfred Hitchcock, mistrz suspensu, miał kłopoty ze spoilerami. Tak bardzo chciał, żeby wszystkie fabularne komplikacje „Psychozy” pozostały dla widzów tajemnicą aż do kinowego seansu, że, jak głosi plotka, wspólnie z kilkoma pracownikami starał się wykupić maksymalnie dużą część nakładu powieści, na podstawie której oparty był scenariusz. Dodatkowo zobowiązał wszystkich przebywających na planie do milczenia. Takie praktyki mają miejsce i dziś. Dość wspomnieć restrykcje na planie „Zagubionych” („co dzieje się na planie, zostaje na planie”), czy Tylera Nelsona, statystę w „Indiana Jones i kryształowa czaszka”, który w wywiadzie dla lokalnego dziennika z Oklahomy zdradził istotne szczegóły fabuły ostatniej odsłony przygód słynnego archeologa przed ich premierą. Bardzo szybko został pozwany przez producentów, zgodnie z klauzulą w jego kontrakcie (a zagrał „tańczącego rosyjskiego żołnierza”) zabraniającą mu publicznego wypowiadania się o filmie. Wyrok w sprawie nie został upubliczniony, wiadomo natomiast, że Spielberg wyciął z gotowego filmu jedyną scenę z gadatliwym statystą, co było chyba najdotkliwszą karą.

Za jedno z pierwszych użyć słowa spoiler uważa się tekst o takim właśnie tytule opublikowany w numerze satyrycznego magazynu „National Lampoon” z kwietnia 1971 roku. Autor zdradzał w nim sekrety fabuł słynnych filmów i seriali telewizyjnych. Jednak to raczkująca wtedy sieć (jeszcze nie internet, a Arpanet) miała okazać się idealnym środowiskiem dla spoilerów. Najstarsi jej użytkownicy najwcześniejsze pojawienie się tego terminu datują na koniec lat 70. Podobno wtedy, w grupie dyskusyjnej poświęconej filmom, ktoś zwrócił uwagę na problem zdradzania ważnych elementów fabuły przez innych użytkowników i zaproponował, by oznaczać takie posty, umieszczając w ich tytule, albo na początku treści, słowo spoiler. Jednak internetowe archiwa nie sięgają tak daleko, co utrudnia weryfikację tej historii. Choć są tacy, którzy zarzekają się, że tak właśnie było, a jeden z pierwszych spoilerów dotyczył... „Imperium kontratakuje” i tego, że Darth Vader to ojciec [uwaga spoiler!] Luka Skywalkera. Wiadomo natomiast na pewno, że wielka kariera tego „popsuj-zabawy” rozpoczęła się przed 12 maja 1981 (rok po tym, jak Arpanet stał się Usenetem, bezpośrednim przodkiem internetu). Tego dnia, chwilę po 9 rano, użytkownik Stan Isaacs w biuletynie SF-LOVERS umieścił przed streszczeniem powieści „Twenty-One Baloons” Williama Pene du Bois następującą linijkę:  SPOILER – SPOILER – SPOILER – SPOILER. Co oznacza, że już wtedy psuł on sporo krwi. I z roku na rok coraz więcej. Szacuje się, że w 1983 roku pojawiło się w sieci 6 ostrzeżeń przed spoilerami, rok później 10, a pod koniec tamtej dekady było ich już ok. 100.

Prawdziwa eksplozja nastąpiła w latach 90., co łatwo powiązać z błyskawicznym rozwojem internetu. Wirus, korzystając m.in. z prostej w użyciu komendy ctrl-c ctrl-v, infekował kolejne strony. A wiele z nich zupełnie się przed nim nie broniło, widząc w zjawisku źródło potencjalnych dochodów. Administratorzy stron, które specjalizują się w zamieszczaniu spoilerów sami przyznają, że pojawienie się kolejnych przecieków dotyczących fabuły np. wspomnianych wcześniej „Zagubionych” generuje u nich wzmożony ruch. I nie ma znaczenia, czy spoiler jest prawdziwy, same spekulacje napędzają internautów. Dla twórców serialu to argument w walce z takimi stronami, bo ktoś zarabia (większa ilość odsłon to większe zyski z reklam) na niszczeniu ich ciężkiej pracy. Dla socjologów i badaczy kultury to dowód na przywiązanie widzów, a dla fanów „Zagubionych” kolejna atrakcja związana z ich ulubionym „show”.

Oczywiście, rosnąca liczba spoilerów w grupach dyskusyjnych, komentarzach, na forach i w końcu na blogach spowodowała rozpowszechnienie się także ostrzeżeń przed nimi. Dziś podstawowym elementem netykiety (internetowego savoir vivre) jest umieszczanie przestrogi dla potencjalnego czytelnika, np. użytkownicy Usenetu zwykli zostawiać przed spoilerem 25 pustych linii zwanych spoiler space. Obecnie każde szanujące się forum posiada odpowiedni skrypt, tak by nawet laicy nie mieli problemów z oznaczeniem spoilera, także na Wikipedii znajduje się instrukcja dla autorów jak wydzielać odpowiednie fragmenty haseł.

Ale to nie tylko internet stanowi zagrożenie, dla tych którzy nie lubią, by psuć im zabawę. Bardzo łatwo trafić na spoilery w telewizji, prasie (recenzenci filmowi nagminnie zdradzają zakończenia i kluczowe momenty fabuły; trudno się więc dziwić, że czytelnicy patrzą tylko na liczbę gwiazdek), czy innych dziełach popkultury. W filmach Kevina Smitha bohaterowie często rozmawiają np. o „Gwiezdnych wojnach”, zdradzając istotne szczegóły akcji. Podobne sytuacje miały miejsce w kultowych „Simpsonach”. Już w trzecim sezonie Homer Simpson wychodził z kina i głośno wyrażał dezaprobatę dla faktu, że Darth Vader okazał się ojcem Sami-Wiecie-Kogo, rozsierdzając tym widzów czekających w kolejce na następny seans. Ostatnio natomiast w czołówce tego serialu Bart pisał na tablicy [uwaga spoiler!] „Finał „Zagubionych”: to wszystko było snem psa. Lepiej oglądajcie nas”.

Producenci „Zagubionych” obawiając się, że przedwczesne wyjawianie sekretów zmniejszy oglądalność serialu, podobnie jak Hitchcock, kazali ekipie podpisywać lojalki, ale także świadomie wypuszczali w świat fałszywe rozwiązania, by zmylić autorów przecieków (wśród których często są recenzenci, otrzymujący DVD z serialem przed jego emisją). Jeszcze dalej poszli twórcy doskonałej gry „Batman. Arkham Asylum”, którzy zażądali od dziennikarzy, by pod żadnym pozorem nie zdradzali, jak wygląda w ich produkcji Scarecrow, jeden z głównych wrogów Batmana. Wielu piszących o grach było oburzonych, nazywając takie praktyki powrotem cenzury i kneblowaniem ust niezależnym mediom. Przyniosło to jednak korzyść tym najbardziej zainteresowanym, czyli graczom, którzy w trakcie rozgrywki mogli poczuć to, co Batman – całkowite zaskoczenie i szok. A tym samym w pełni odczuwać przyjemność z gry. Bardziej dziwi postawa Georga Lucasa, który pozwolił, by jeszcze przed premierą „Mrocznego widma” w sklepach pojawiła się ścieżka dźwiękowa do tego filmu – dzisiaj zabieg powszechny – z takimi tytułami utworów, jak [uwaga spoiler!] „The High Council Meeting and Qui-Gon's Funeral”. Podobne wpadki zdarzają się też często na DVD, gdzie przed pierwszym sezonem serialu można zobaczyć zwiastun kolejnego, pełen istotnych informacji o dalszych losach bohaterów, czy w oficjalnych trailerach filmów, które ujawniają tyle treści fabuły, że wyjście do kina staje się zbędne.

W 1992 roku pojawił się na ekranach słynny skandalizujący „Nagi instynkt”. Jednym z czarnych charakterów filmu Paula Verhoevena okazywał się [uwaga! spoiler] homoseksualny bohater. Nie spodobało się to aktywistom z organizacji LGBT, bo według nich mogło prowadzić do niechęci wobec mniejszości seksualnych. Zorganizowali więc w całych Stanach protest, w ramach którego podchodzili do ludzi czekających w kolejkach przed seansami i... zdradzali, kto jest poszukiwanym przez Michaela Douglasa mordercą.

Trudno powiedzieć, jakie ta akcja przyniosła efekty. Łatwo jednak wyobrazić sobie miny widzów, którym zepsuto przyjemność. Musiały być podobne do tej, jaką miał Damon Lindelof, jeden z twórców „Zagubionych”, gdy w kwestii spoilerów nękających jego serial pisał: „Co o nich myślę... Są do dupy”. Co nie przeszkodziło mu przed odcinkiem zamykającym ostatni sezon wystąpić w popularnym programie Davida Lettermana i zaprezentować... 10 najważniejszych spoilerów wielkiego finału. Ostatnim był „Ja i Carlton Cuse [drugi z producentów] dostajemy wypłatę i odjeżdżamy do domów naszymi drogimi samochodami”.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.