Przyciski do papieru
Truman Capote, 1948 / fot. Carl van Vechten, Library of Congress

Przyciski do papieru

Paweł Soszyński

Świat w prozie Capotego ma być przede wszystkim cudowny. Tu kolorowe kameleony garną się do muzyki Chopina, a w narożnym spożywczaku spotykamy gwiazdy kina

Jeszcze 2 minuty czytania

W „Studium temperamentu” Firbanka przyjaciel angielskiego prozaika opisuje taką scenę: „Spotkałem go na plaży w Maroku. Firbank był wyraźnie zafascynowany układem kamyków na piasku. Obok niego leżała sporych rozmiarów książka otwarta mniej więcej w połowie. «Co czytasz?» – zapytałem. «Nie czytam» – odpowiedział. «Wyprowadziłem ją tylko na chwilę, żeby złapała trochę słońca»”. „Portrety i obserwacje” Trumana Capote zdają się leżeć na tej samej marokańskiej plaży. Trzeba bowiem na początku wyjaśnić sobie podstawową sprawę: w zbiorze esejów/nieesejów Amerykanina portrety i obserwacje są tylko pretekstem, konwencjonalną ramą dla tekstu. Ostatecznie nie chodzi wcale o to, żeby zaobserwować czy sportretować, ale żeby dać upust własnemu spojrzeniu. To spojrzenie Capotego lśni w jego tekstach na politurach mebli, łapane jest w diamentowe brosze, powraca odbite od morza, pełga w hotelowych kominkach. Zwraca się to tu, to tam, by złapać trochę słońca. A potem, nagle, odwraca się do czytelnika – rozświetlone. Jeśli kupimy ten gest, będziemy zachwyceni. W innym przypadku lekturze, przynajmniej po pewnym czasie, towarzyszyć zacznie rosnąca irytacja.

Truman Capote „Portrety i obserwacje.
Eseje”
, przeł. Rafał Lisowski, Albatros, 2012,
607 stron, w księgarniach od maja 2012
W „Białej róży” (wolę ją czytać w starym, ale nie wysłużonym przekładzie Bronisława Zielińskiego) Capote opisuje swoją wizytę w paryskim mieszkaniu Colette (1945). Grande Madmoiselle literatury francuskiej – jak tytułuje ją pisarz – zbierała kryształowe przyciski do papieru, co wkrótce stanie się także pasją zachwyconego Trumana: „Było ich chyba ze sto i pokrywały dwa stoły ustawione po obu stronach łóżka; kryształowe kule, które więziły w sobie zielone jaszczurki, salamandry, bukiety millefiori, ważki, koszyk gruszek, motyle siedzące na liściach paproci, kręte różowo-białe i błękitno-białe zwoje, migocące jak fajerwerki, kobry zwinięte do skoku, śliczne małe układy bratków, wspaniałych poisencji”. Capote opisuje tu kryształowe przyciski, ale opisuje coś jeszcze – to katalog przedmiotów, od których zaroi się w jego prozie. Jaszczurki zahipnotyzowane dźwiękiem fortepianu w „Muzyce dla kameleonów”, śliczne małe układy bratków oraz wspaniałych poinsecji na europejskich balkonach i stołach amerykańskich salonów, błękitno-białe zwoje tkanin w Tangerze, koszyk gruszek ze „Świątecznego gościa”. Przedmioty zatopione w jego spojrzeniu jak cacka w krysztale.

Uwielbienie dla wszystkiego, co błyszczy, Capote dzielił ze swoim krukiem Lolą, która wykradała pryzmatyczne guziki i srebrne monety, by skryć je za rzędem książek w bibliotece. By odszukać kryjówkę Loli, Capote posłużył się pierścieniem. Położył go na widoku, a gdy kruk capnął świecidło, ruszył w pościg. Podstęp się sprawdził, warto więc go powtórzyć. Od czego by tu zacząć? Może również od jakiegoś świecidła?

We wspomnieniu „Błysk” z 1979 roku Capote opisuje przygodę z dzieciństwa, coś więcej niż przygodę – wróżbę, która położy się cieniem na całym jego życiu. W Nowym Orleanie, gdzie dorastał, mieszkała pani Ferguson – praczka i czarownica, która, podobno, potrafiła spełniać wszystkie życzenia. Capote gorąco pragnął wywalczyć u niej magiczny seans. Jak to w bajkach bywa, miał on swoją cenę. Wiedźma marzyła o naszyjniku babci Capotego. Targ wisiał więc w powietrzu. „Oczywiście naszyjnik nie miał żadnej wartości; ów kamień wielkości kociej łapy to nie żaden klejnot, kanarkowy brylant, ani nawet topaz, ale kawałek zręcznie oszlifowanego kryształu, który zabarwiono na ciemnożółto. Pani Ferguson, ta pulchna, niestara czarownica, nie znała jednak prawdziwej wartości błyskotki, więc pewnego popołudnia, gdy przyszła wykrochmalić bieliznę, gapiła się jak zauroczona w ów lśniący kawałek szkiełka”. Capote ukradł babci naszyjnik i opłacił nim seans u Ferguson. Czego pragnął? „Chcę zostać stepującym tancerzem, chcę uciec z domu. Chcę pojechać do Hollywood i grać w filmach”, „nie chcę być chłopcem. Chcę być dziewczynką”. „Sam nie wiesz, czego chcesz. Ja ci pokażę czego chcesz” – odpowiedziała rozbawiona do rozpuku czarownica. „Otwórz oczy, mały” – powtarzała, próbując zmusić go, by patrzył w wirujący kamień naszyjnika. Upokorzony, zrozpaczony Truman mógł jednak tylko słyszeć płacz dziecka, dochodzący z drugiego pokoju. „To siebie słyszysz” – zakończyła seans czarownica. „Wirbłyskwirwirbłyskbłyskbłysk” – słowa jej zaklęcia wirowały w głowie pisarza jeszcze po dziesięcioleciach.

Capote kolekcjonował przyciski do papieru przez całe życie, najpiękniejsze okazy woził ze sobą wszędzie, rozstawiał na nocnych stolikach w przydrożnych motelach i luksusowych hotelach. Za okazy kolekcjonerskie płacił zawrotne sumy. W tej namiętności było coś więcej niż tylko podpatrzona u Colette oznaka niedorzecznego, oryginalnego smaku osobowości wybitnej.   Madmoiselle Collete była dla Capotego-pisarza tym samym, co mamselle Ferguson dla Capotego-dziecka. Czarownicą, która spełnia życzenia. Odtąd Capote wszędzie już będzie szukał kryształowej kuli. Przede wszystkim – w swojej prozie. Tym poszukiwaniom będą służyły jego portrety i obserwacje. Pod ciśnieniem stylu węgiel i pył ma się w nich zmienić w przejrzysty diament.

Styl „Portretów i obserwacji” jest szydełkowany i lekki, pełen niespodzianek – rozkoszny. Jest wyważony, tu każde zdanie wiruje jak wisior na końcu sznurka. Wszystko ma smak, odcień, charakter. Nic nie jest jednak reportażem. Zjawiskowy Nowy Jork, boska Garbo w mrokach antykwariatu, Cocteau i Gide podpatrzeni w czasie swego ostatniego spotkania na włoskim piazza, Blixen spowita w wilcze skóry z truskawką w dłoni, Marlon Brando w najsłynniejszym wywiadzie wszechczasów – wszystko to są przyciski do papieru. Ich styl jest zaklęciem, przedmiot – fajerwerkiem, fantazją. I nie chodzi tu tylko o oczywistość nieprzezroczystych przecież literackich chwytów. Nie chodzi również o pytanie, czy reportaż i fikcja to dwie różne rzeczy. W przypadku Capotego chodzi o intencję.  Świat wokół ma być zmieniony, przetworzony, ma stać się cudowny. W tym świecie kolorowe kameleony będą garnąć się do muzyki Chopina i każdego dnia spotkamy wielkich pisarzy w trakcie ich historycznego, ostatniego uścisku. Tu w narożnym spożywczaku spotkać można gwiazdy kina, a w czeluściach nocnego lasu dystyngowane staruszki i ich martwe koty. Z tej baśni Capote pisze swoje reportaże. 

Truman Capote, 1980 / fot. Jack Mitchell,
Wikimedia Commons CC
W baśni tej wciąż jednak istnieje pokój z płaczącym dzieckiem. Nie bez powodu w bajkowej historii z „Błysku” Capote postanowił umieścić złowróżbny chichot czarownicy. W 1979 roku dobrze wiedział, jak ta historia się skończyła. I okazało się, że nigdy właściwie nie było z nią najlepiej. Życie pisarza było bezustannym uciekaniem: przed dusznym Nowym Orleanem, przed Stanami Zjednoczonymi, obrażonymi przyjaciółmi i kochankami-szantażystami.

Obraz, który wyłania się z wywiadu z samym sobą, czyli „Nocnego przewracania się z boku na bok” z 1979 roku, przedstawia podstarzałego pisarza, który w przerwach między waleniem konia sporządza niekończące się listy antypatii. Następuje w nim gwałtowne zerwanie z iluzją stylistycznej finezji, rozczarowanie literaturą. Cały ten tekst jest żenujący, również w swojej ambicji bycia literaturą brutalistyczną. Jest w tym jednak bardzo ważny sygnał: Capote daje sobie spokój, już nie szydełkuje, nie przyciska swoich zdań. Przeciwnicy pisarza zakrzyknęli – oto prawdziwy Capote, który nie zwodzi nas swoim językiem, ukazuje pustkę kryjącą się za warsztatem. Być może mieli rację. A może nie mieli. W jego prozie nie chodziło chyba o to, co mówił, co miał do przekazania czytelnikowi. Choć to właśnie brak jasno postawionego problemu społecznego czy intelektualnego doprowadzał akademickich krytyków amerykańskich do szału. Chodziło raczej o to, co swoim pisaniem Capote starał sie zawsze przezwyciężyć. Jeśli w jego frazie tyle jest blasku, to bierze on się również ze snopów iskier, które tryskają z tej prozy, trącej o rzeczywistość jak o wyścigową bandę.

„Jeśli nie rozumiecie, ile mnie to kosztowało, to spieprzajcie!” – powiedział pisarz w jednym z wywiadów, odnosząc się do nieprzychylnych krytyków. Radziłbym potraktować to zalecenie całkiem serio. Albo spieprzać, albo zrozumieć, że cacka tego pisarza zawieszone są w gęstym mroku. Może dlatego tak błyszczą.