Sceptycy i nonkonformiści
John Berger zauważył, że termin „sceptycyzm” oznaczał na początku coś odwrotnego niż dziś. W czasach, gdy większość sądziła, że wszystko jest pełne bogów, sceptykiem był ten, kto się z tą większością nie zgadzał. Gdy lożę szyderców zajął niewierzący ogół, zmieniło się też znaczenie sceptycyzmu.
Duch sceptycyzmu opuścił dziś logicznych pozytywistów, wykroczył też poza sferę negacji czy rozpaczy. Przybrał formę upojenia, hazardu. To taka gra – niczego nie obstawiać. Furda Parmenides! Niech się schowa Nietzsche! Redaktor z kolegą zaraz udowodnią państwu, że Nic istnieje.
Berger sądził, że pomiędzy wczesnymi sceptykami, heretykami okresu średniowiecza, pierwszymi pozytywistami i rewolucjonistami istniała przynajmniej pewna ciągłość. Współczesny sceptycyzm ją zrywa: nie sprzeciwia się niczemu oprócz samej zmiany.
Sposób
Konieczność nie zna prawa, mówi rzymskie przysłowie. „Słowa Führera mają moc prawa” (Adolf Eichmann). Führer jako konieczność.
Kapelan więzienny radzi K., żeby zamiast podważać system, kontemplował jego ukrytą wielkość. „Nie trzeba wszystkiego uważać za prawdę, trzeba to tylko uważać za konieczne”. Kłamstwo jako konieczność.
Joanna Tokarska-Bakir, ur. 1958, antropolożka kultury, eseistka, autorka m.in. „Legendy o krwi. Antropologia przesądu” (2008).
Recenzent „Newsweeka” meldował zdławionym szeptem: doradca premiera Tuska nazywa Żydów „trupkami”
„Dzienniki” Susan Sontag, dla mnie nowość, choć tom pierwszy wyszedł cztery lata temu. Wstęp do pism pośmiertnych napisał jej syn, David Rieff
Martha Stewart wysyła ghostwriterkę do Kaliforni, gdzie jeszcze niedawno mieszkała inna pani z Polski, Ganna Walska, awanturnica i niespełniona diwa operowa
Komentarze (0)