ARS ELECTRONICA 2012: codziennik [5]
Jun Fujiki, instalacja „Game Border” / foto: A. Słodownik, flickr, CC BY-NC-SA 2.0

ARS ELECTRONICA 2012:
codziennik [5]

Agnieszka Słodownik

„Technologiczny kac. Dystans do technologii rośnie. W kontekście Ars Electronica zachwyt nad możliwościami łatwo przechodzi w chłodne zainteresowanie” – podsumowanie festiwalu

Jeszcze 5 minut czytania

30 sierpnia (dzień pierwszy)

Na początek małe rozczarowanie. Instalacja „It’s a jungle here”, z której autorkami mam za chwilę rozmawiać, jednak nie została zaprezentowana na otwartej dziś wystawie CyberArts12. Jest jedynie dokumentacja wideo, dostępna również w sieci i poniżej. Ekranowi i słuchawkom towarzyszy wprawdzie mały artefakt nawiązujący do oryginału, ale nie daje nawet namiastki doświadczenia instalacji. Sprowadzenie obiektu z Australii okazało się ponad finansowe siły festiwalu Ars Electronica.


Dwoje uczestników – albo uczestniczek – tej instalacji staje się performerami, którzy odgrywają sceny agresji w środkach komunikacji publicznej. Można być oprawcą bądź ofiarą, i w zasadzie na tym wybór się kończy. W rozmowie z Isobel Knowles i Van Sowerwine (koncepcja, animacja) oraz Matthew Gingoldem (programowanie) rysuje się myśl ograniczonego uczestnictwa w instalacji interaktywnej:

ARS ELECTRONICA 2012 THE BIG PICTURE

Ars Electronica – od 30 sierpnia do 3 września w Linz, w Austrii. Festiwal sztuki, technologii i tematyki społecznej ma już ponad 30 lat, pierwsza edycja miała miejsce w 1979 roku.

VAN SOWERWINE: W zasadzie interakcja nie jest w naszej instalacji szczególnie zawiła. Wkładasz głowę w otwór, historia wyświetla się przed tobą i nie masz na nią zbyt dużego wpływu. Naciskasz przycisk, aby akcja w ogóle trwała, uderzasz kogoś w animacji, bądź zamieniasz się w wielkiego żółwia w skorupie ochronnej.
MATTHEW GINGOLD:
Ta praca mocno dotyczy kontroli. Interakcja i wybory, które pozostają do dyspozycji uczestnika, są dość pozorne. Ludzie przede wszystkim widzą w animacji własne twarze i to bardzo mocno na nich działa, ponieważ nagle stają się performerami. Widzą siebie w animacji. Orientują się, że muszą wchodzić ze sobą w interakcje, ale z biegiem narracji domyślają się, że wcale nie mają zbyt dużej kontroli nad sytuacją. To właśnie poczucie braku wpływu generuje doświadczenie bycia świadkiem przemocy, jej ofiarą, ale też sprawcą.
[całość wywiadu wkrótce w dwutygodnik.com]

Korzystając ze słońca, które jutro podobno ma zniknąć, chodzę po Linz i robię zdjęcia. Wszędzie natykam się na stanowiska, gdzie starsi i młodsi pracują nad kartonowymi literami, które potem nadziewają na drzewce jak sztandary. Projekt ziści się w sobotę 1 września. „Parada ludzi i liter przejdzie przez most aż do placu głównego” – czytam w katalogu. Upodmiotowienie litery.

Produkcja liter w Ars Electronica Center / fot. A. Słodownik, flickr, CC BY-NC-SA 2.0

Wieczorem oficjalne otwarcie wystawy „CyberArts”. Poddaję się działaniu instalacji „Memopol-2” autorstwa Timo Tootsa. Skanuję mój dowód osobisty i czekam, aż maszyna zbierze z sieci dane. Okazuje się, że mój cyfrowy cień jest dość żałosny. Projekt dezinformacji sieci działa, myślę sobie chytrze. Z drugiej strony, w trakcie wyświetlania moich wyników w pomieszczeniu znajduje się kilka obcych osób, które wraz ze mną śledzą retro-futurystyczny panel z wynikami. Gdy w temacie sieci społecznej maszyna dosłownie nic nie wykrywa, jest mi prawie wstyd.

„Game Border” to z kolei gra, której interfejs jest jednocześnie historią interfejsów i sposobów sterowania. Ludzik, którym się steruje, przechodzi z ekranu na ekran: od czegoś, co nazywa się „Parachute”, poprzez telewizor Phillipsa, Nintendo Game Boy, telewizor Grundig z padem od Nintendo, telewizor Sony z padem Sega, aż po płaski ekran Sony z kamerką rozpoznającą ruch ręką, która steruje ludzikiem (patrz główne zdjęcie artykułu).

Wszystkiego jest dużo więcej, więc dziś jeszcze tylko jedna praca: „Energy Parasites”. Eric Paulos skonstruował kilka urządzeń, które mogą jak huba czerpać energię z miejskich okoliczności. Mały młynek wodny, zamontowany w fontannie, może ładować baterię. Pijawka osadzona na krawężniku czerpie energię z deszczówki spływającej do kanalizacji. Energię można też odzyskiwać z reflektorów samochodowych i z poręczy ruchomych schodów. Na dowód wideo. Kryzys, jak piszą w kuratorskim oświadczeniu festiwalu Gerfried Stocker i Christine Schöpf, to też sprzyjające okoliczności.

Memopol-2 zbiera dane / fot. A. Słodownik, flickr, CC BY-NC-SA 2.0

31 sierpnia (dzień drugi)

Rano rozmawiam z Ariane Koek, szefową programu rezydencyjnego dla artystów w Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN. To największy na świecie ośrodek badawczo-naukowy z zakresu fizyki cząstek elementarnych, który mieści się na przedmieściach Genewy w Szwajcarii. Program rezydencyjny ruszył w zeszłym roku we współpracy z Ars Electronica. W świat poszedł „open call”. Zgłoszeń było prawie czterysta – z czterdziestu krajów. Dwumiesięczną rezydencję w CERN i miesięczną w Ars Electronica wygrał Julius von BismarckNowy nabór do programu rezydencyjnego trwa do 26 września. Tym razem kategorie są dwie: sztuka cyfrowa oraz taniec/performans.

Julius von Bismarck „Versuch unter Kreisen”
(Eksperyment z okręgami) / fot. A. Słodownik,
flickr, CC BY-NC-SA 2.0
Praca Bismarcka znajduje się teraz w OK Kulturhaus. To cztery poważnych rozmiarów lampy, które zawieszone w wysokim pomieszczeniu w jednej linii huśtają się po swoich okręgach: zazwyczaj każda w swoim tempie, ale czasem osiągają wspólny rytm. Wariacja na temat wahadła Foucaulta? Autor widzi to inaczej. Ruch lamp ma sugerować, że są ze sobą połączone. To jednak nie ma tu miejsca. Po prostu kabel każdej lampy jest odrobinę krótszy od poprzedniego. Ta długość determinuje czas trwania jednego obrotu. Dla von Bismarcka to praca na temat relacji, które sobie wyobrażamy na podstawie tego, co widzimy.

W atmosferze festiwalu łatwiej przebijają się jednak anegdoty autora o tym, jak namówił naukowców w CERN, aby odegrali z nim performance i udawali cząsteczki, biegając po parkingu samochodowym. Dobrze rezonuje też performance pod tytułem „Punishment I”, w ramach którego artysta biczował między innymi Statuę Wolności w Nowym Jorku, za co oczywiście został aresztowany.

„Image Fulgurator” też inspiruje. Zhakowany aparat fotograficzny w czasie robienia zdjęcia umieszcza na kadrze określony tekst lub obraz. Krzyż na mównicy Baracka Obamy. Wielki napis „NIE” nad papieżem odprawiającym masową mszę. Gołąbek pokoju na wizerunku Mao na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie. Marka firmy sponsorującej danego polityka na klapie jego marynarki.

Julius von Bismark / fot. Richard Wilhelmer, źródło: juliusvonbismarck.com

Jak przedstawienie świata wpływa na jego postrzeganie? Mówi o tym tak zwany „overview effect”, omawiany na rozpoczynającym się sympozjum. Koncepcja i pojęcie ukute zostało przez Franka White’a w książce „The Overview Effect – Space Exploration and Human Evolution”. Wzięło się ze spojrzenia na Ziemię z perspektywy kosmosu w latach 60. Niektórzy astronauci i kosmonauci, spojrzawszy na planetę z jej orbity lub z księżyca, odczuli niekoniecznie wielkość, ale raczej kruchość i samotność ludzkości. Adam Bly, założyciel i CEO firmy Seed oraz moderator sesji, sugeruje, że przedstawienia Ziemi z kosmosu wiążą się z ogólnie podwyższoną świadomością co do bardziej odpowiedzialnego jej użytkowania. Nie bez związku jest też rozpoczęcie obchodów Dnia Ziemi w Stanach w 1969 roku.

Kolejna prelegentka, Lisa Kaltenegger z Uniwersytetu Harvarda, entuzjastycznie opowiada o stale zwiększających się możliwościach nauki względem odkrywania nowych planet, czyli potencjalnie – życia. Jednak przedstawienia, faktyczne fotografie Ziemi, które pokazuje w swojej prezentacji – wykonane przy użyciu współczesnych narzędzi, na których nie jesteśmy niebieską planetą, a po prostu białą kropką, pikselem – sprawiają, że można poczuć się odpowiednio słabiej w porównaniu z tym, co mógł odczuć Neil Armstrong. Takie wrażenie lekkiego zgnojenia przez kosmos intensyfikują jeszcze filmy „This is a recorded message” (1973) Jean-Thomasa Bédarda i „Very Nice, Very Nice” (1961) Arthura Lipsetta, pokazywane w ramach wystawy THE BIG PICTURE. Miny modeli z reklam z pierwszego filmu obnażają kosmiczne zagubienie i człowieczą idiotyczność. Podobnie jak zdjęcia anonimowych twarzy w drugim.

Ziemia widziana z Marsa / fot. NASA Goddard Photo and Video, flickr, CC BY 2.0

Wieczorem rozdanie nagród Prix Ars Electronica. Gala spełnia funkcję edukacyjną. Można się dowiedzieć, o co chodzi w projektach, które zdobyły nagrodę. Wiele z nich to pomysły, idee, procesy. Jak to pokazać w konwencji wystawienniczej? Jakieś artefakty są, ale bez pogadanki niewiele z nich wynika. Kuratorzy mówią o tle festiwalu: poczucie niepewności i niepokoju, bo model kapitalistyczny się nie sprawdził. Zwycięskie prace mają zaoferować nowe perspektywy i pomysły na to, jak odbudować obraz świata, który się nam rozpada. Pięknie.

Jutro o tym, co podpowiada Joe Davis, amerykański naukowiec i artysta, autor zwycięskiej pracy „bacterial radio” w kategorii „sztuka hybrydowa”.

 1 września (dzień trzeci)

Joe Davis (US), zdobywca nagrody w kategorii „sztuka hybrydowa”, uratował dzisiejszy dzień. Choć pierwszy kontakt z małą retrospektywą jego prac w OK Kulturhaus był dla mnie raczej jałowy. Projekt „bacterial radio” okazał się kilkoma kabelkami, szalkami Petriego i głuchą słuchawką telefoniczną. Dopiero na gali rozdania nagród obraz się rozjaśnił. Oto nowe medium, radio wytworzone bez szkodliwego wpływu na środowisko naturalne. Przesunięcie. Wiodąca technologia to dziś ta z obszaru biologii. Fizyka zostaje zdetronizowana. Nowe media to biomedia.

Joe Davis z perspektywy ostatniego rzędu / fot. A. Słodownik, flickr, CC BY-NC-SA 2.0

Davis wyjaśnił, że instytucje kultury nie mają odpowiednich warunków do prezentowania instalacji, w której obwód elektryczny stworzony jest za pomocą danego szczepu genetycznie modyfikowanych bakterii, stąd na wystawie znajduje się jedynie zaślepka. Pytanie, czy ten artefakt jest niezbędny i do czego? Davis odżegnuje się od przedmiotu. Mówi, że sztuka nie jest na niego skazana. Bazuje na ideach. A te mogą być różne. Można na przykład wysłać w kosmos nagrania skurczy waginalnych (nie wiem jak zarejestrowanych i na jakiej zasadzie przekształconych w dźwięk), ponieważ dotychczasowe wiadomości tam wysyłane pomijają kwestię rozmnażania się ludzi. Można badać jak pałeczka okrężnicy reaguje na jazz. I słuchać komórek poprzez „Audio Microscope”, co swoją drogą przypomina mi projekt sonifikowania stron internetowych Wojtka Murawskiego.

Davis onieśmiela swoich rozmówców. Często odpowiada bardzo krótko, bądź robi miny, gdy uzna pytanie za głupie. Ludzie wokół widzą to i kurczą się. Panel dyskusyjny z udziałem Davisa, George’a Churcha i Jensa Hausera moderowany przez Michaela Dosera nie klei się i co chwila eksponuje podstawowy problem komunikacyjny. Gdy Davis robi prezentację jednego ze swoich projektów, pyta publiczność, czy wie, dlaczego koło ma 360 stopni (a nie 799 czy 218)? Ja nie wiem. Stoję z tyłu w tłumie ludzi, więc mogę nie widzieć lasu rąk, ale prychnięcie Davisa świadczy raczej o jego braku. W odpowiedzi na pytanie z publiczności stwierdza później, za Francisem Baconem, że każdy artysta musi znać matematykę, potrzebuje jej. „Nie potępiam humanistyki, ale na tym sprawa nie powinna się kończyć”. Mało kto jest godzien być dla niego partnerem w rozmowie. Gdy, nieco humorystycznie, jako postulat stawia „hexahedron awareness”, czyli powiedzmy „świadomość sześcioboku”, wydaje się to całkowicie odklejone od rzeczywistości kulturalnej, czy artystycznej. Kwestia przekładania kodu genomu na język matematyki, jak z francuskiego na niemiecki, musi także brzmieć dla większości raczej abstrakcyjnie. Próg wejścia może nawet nie jest wysoki, ale znajduje się w innym budynku. Davis przełamuje granice, tworzy coś, czego nie było i nie czeka na pieniądze, bo – jak twierdzi – „nie ma czasu”. I nie do końca wie, co robi, bo skąd miałby wiedzieć – skoro jeszcze tego nie ma.

W Ars Electronica Center trafiam na prezentację projektu Tsunagari i Authagraph:

Mapa, która nie zawiera zniekształceń, przypomina mi szok kulturowy, który przeżyłam, gdy pierwszy raz przyszłam w gimnazjum w Nowym Jorku na lekcję Social Studies, czyli historii pomieszanej z wiedzą o społeczeństwie. Na mapie świata Ameryki widniały na samym środku, a Europa z Azją zostały przekawałkowane. Authagraph skutecznie wybija z poczucia, że nasza mapa-kanon jest inna od tej amerykańskiej.

Zdobycze językowe

Kuluarowe dyskusje o genomach, bakteriach, technologii i sztuce z liczną polską reprezentacją w Linz doprowadziły do uproszczenia sformułowania „modyfikować genetycznie” do „genotyfikować”.

Wystawa „Out of Control” ma dotyczyć utraty kontroli nad naszymi danymi i prywatnością, ale nudzi i nie wywołuje nawet połowy efektu instalacji „Memopol-2”, o której pisałam wcześniej.

Trochę przypadkowo docieram na „The best of Deep Space”, czyli jak się okazuje pokaz kolejnego efekciarskiego narzędzia, żeby było jeszcze bardziej 3D. Trochę za dużo fajerwerków i gadżeciarstwa. Odbywa się parada liter robionych przez mieszkańców Linz i gości festiwalu, która ma być symbolem oddolności i komunikacji. Na odtrutkę udaję się do katedry Mareindom posłuchać instalacji „teardrops”, ale sama katedra porusza bardziej niż dźwięki.

2 września (dzień czwarty)

Niedziela stoi pod znakiem obalania zastanego porządku, głównie politycznego, ale i komercyjnego. Słońce dziś świeci, więc łatwiej wierzyć w siłę kreatywnego oporu i pokojowej rewolucji. „Demokracja jest jak miłość, trzeba ją uprawiać codziennie” – brzmi motto braci Arasha T. Riahi i Armana T. Riahi. W ramach filmowej części ich projektu „Everyday Rebellion” dowiaduję się jak. Władza, szczególnie autorytarna, nie przepada za żartami – a gdyby tak głośniki z piosenką niezgodną z programem partii umieścić w śmietnikach? Policjanci, chcąc je usunąć, musieliby grzebać w śmieciach. Ktoś inny kładzie w filmie nacisk na metody pokojowe, za argument przywołując Pomarańczową Alternatywę. Policjant podchodzi do człowieka z megafonem i każe mu przestać protestować. „Ja nie protestuję” – odpowiada spokojnie przez tubę. „I nie mam nic przeciwko policjantom. Udowodnię jak bardzo”. Stara się przytulić policjanta. Policjant ucieka. Inny daje się przytulić. W projekcie braci Riahi chodzi nie tylko o kreatywny bunt, ale o dzielenie się praktycznym know-how, na przykład – jak sobie radzić z podrażnieniem gazem łzawiącym. Buddyjski non-violence i amerykański pragmatyzm.

Komiksiarz z Chin też żartuje z władzy, ale jego wizerunek z kamery w streamingu online jest rozmazany, a w trakcie wystąpienia moderatorka sesji prosi, aby go nie fotografować. Hexie Farm nie tylko robi komiksy – wywołał również „picture war”, czyli wojnę na fotografie. Kiedy Chen Guangcheng, niewidomy aktywista i prawnik walczący o prawa obywatelskie (szczególnie kobiet, które w ramach polityki jednego dziecka poddawane są przymusowym aborcjom), został wsadzony do więzienia, Farm zapoczątkował akcję robienia sobie zdjęć w ciemnych okularach i publikowania ich online jako wyraz solidarności z Guangchengiem. Zdjęcia znikały kasowane na polecenie władzy, ale kiełkowały w innych internetach. Guangcheng wyszedł z więzienia po odsiedzeniu całego wyroku, ale nadal pozostawał w areszcie domowym. W kwietniu 2012 uciekł i schronił się na terenie ambasady USA w Pekinie. Ostatecznie pozwolono mu wyjechać wraz z rodziną do Stanów.

Qaul.net to projekt w toku. Autorów zainspirował fakt, że w trakcie trzęsienia ziemi w Japonii ludzie na całym podłączonym do prądu i sieci świecie wiedzieli o sytuacji o wiele więcej niż ludzie in situ. Qaul.net ma być sposobem stawiania sieci niezależnej od dostawcy internetowego, czy prądu. Potrzebne jest tylko WiFi i komputery (z naładowaną baterią lub z generatorem prądu?), które dzięki oprogramowaniu Qual.net będą mogły komunikować się ze sobą. Władze odcinały prąd mieszkańcom między innymi w Birmie w 2007 roku, Tybecie w 2008, Iranie w 2009, Libii w 2011 (a dostawy prądu w Nepalu stale dozowane są przez Indie, co świetnie współgra z faktem, że na niektórych mapach Indii Nepal jest ich częścią).

fot. A. Słodownik, flickr, CC BY-NC-SA 2.0

Projekty Shawna Simsa oraz Oskara Spierenburga i Sebastiana Pichelhofera uderzają z kolei w korporacyjną zamkniętość. LEGO i kamera SONY na przykład są systemami kompatybilnymi tylko w ramach własnej marki. W ten sposób oczywiście przywiązują klienta, który ma wracać po kolejne zestawy w przypadku zabawek, oraz akcesoria, oprogramowanie, serwis i aktualizacje – w przypadku sprzętu AV. Sims opracował około osiemdziesięciu elementów do wydrukowania na drukarce 3D, które pozwalają łączyć ze sobą klocki dziesięciu różnych marek. Jeśli nie masz drukarki 3D, możesz wysłać pliki do wydruku i za kilka do kilkudziesięciu dolarów otrzymać je pocztą. Na pewno w USA. W Polsce nie znajduję tej usługi na podobnym cenowo poziomie. Spierenburg stworzył kamerę wideo, którą każdy może sobie zbudować (o ile wie jak się do tego zabrać), ponieważ jest open source’owa. To mało wystawiennicze projekty, ale bardzo mocne sygnały wysyłane do świata patentów – klient też może się zbuntować. Korporacje na pewno wymyślą coś w odpowiedzi, ale możliwość projektowania własnych przedmiotów przy użyciu stale taniejącej technologii druku 3D jest faktem.

Gablotka z elementami z „Free Universal Construction Kit” / fot. A. Słodownik, flickr, CC BY-NC-SA 2.0

Goście festiwalu są już tak przyzwyczajeni do ciągłej obecności kamer i obiektywów, że instalacja „Desire of codes” Seiko Mikami nie wywołuje zamierzonego efektu. Jak ma mnie przerazić kilka kamer, które podążają za mną na wysięgnikach? Bardziej to pocieszne, niż straszne. Bardziej jak zwierzątko domowe. Jak uznanie, że robot to mój potencjalny kolega, koleżanka. W kolejnym pomieszczeniu kamer jest cała ściana i wszystkie celują we mnie. I dalej nic. W świecie, w którym prywatność zmieniła swoją definicję, takie pomysły należą już do innego – starego porządku. Może są przerażające dla kogoś, kto nie funkcjonuje stale w sieci, nie umieszcza w niej dobrowolnie własnych wizerunków, nie jest tagowany, kogoś, kto nie mieszka w mieście naszpikowanym kamerami CCTV. Ta instalacja nie przynosi nowych argumentów w rozmowie na temat zmiany rozumienia prywatności, nie odpowiada na pytanie, czy zmieniły się dystanse personalne. Wciąż nie wiadomo, dlaczego ludzie chcą być widoczni nawet kosztem śledzenia ich każdego ruchu i preferencji oraz w konsekwencji modelowania ich zachowań, konsumenckich czy politycznych. Może chcą zawężenia spektrum, które z tego modelowania może wynikać? Z potencjalnym dostępem do wszystkiego czują się zagubieni? A może jedno z drugim nie ma nic wspólnego.

Ona mnie, a ja ją / fot. A. Słodownik, flickr, CC BY-NC-SA 2.0

Wieczorem kolejne gadżety. Krótki koncert na samochodowe subwoofery, czyli głośniki niskotonowe, z około dziesięciu samochodów. Można sobie było poczuć drżenie. Potem koncert z orkiestrą i wizualizacjami, równie czystymi w formie. Muzycznie wytrzymałam pół godziny.

A jaki jest w ogóle Linz? Ładny i poprawny. Wszystko na miejscu: McDonalds, H&M, sklep Tchibo na głównej ulicy. All you can eat. Na wszystkie festiwalowe lokalizacje można dojść pieszo. Taka jest też Ars Electronica. Bezpieczna. Pop i zero łobuzerstwa.

podsumowanie

Piątego dnia z programu już nie skorzystałam. Ale udało się jeszcze wypić przed wyjazdem szybką kawę z Justyną Zubrycką, autorką interfejsu Mórimo, oraz Tiago Martinsem, który w 2011 roku prezentował na Transmediale swoją (ironiczną) pracę Rambler. Tiago wskazywał na potrzebę kontaktu z możliwościami technologii. To jeden ze sposobów wybijania się z kolein, w jakie wpadają niekiedy twórcy. Sprawdzanie nowinek ma zatem sens.

Linz / fot. A. Słodownik, flickr, CC BY-NC-SA 2.0Jednak wszystkim, z którymi udało mi się porozmawiać, udzielił się klimat „kapcia w gębie” – skutek efektu „wow”, który pozbawiony jest treści. Na Ars Electronica technologia traktowana była jako cel, nie jako narzędzie, którym powinna pozostać – szczególnie na festiwalu sztuki. To musiało rozczarować. Także Martinsa. Nawet inne kierunki, jak biotechnologia, były prezentowane tylko w formie przeczucia, że coś się w danym rejonie kroi, jednak bez pomysłu, jak o tym rozmawiać – nie była to dyskusja krytyczna, bo żadnej szpili w zastany obraz świata na festiwalu nie wbito.

Może wyjątkiem był Joe Davis, który nie koncentrował się na medium, ale na zobowiązaniach artysty – wysunął szereg wymagań: artysta ma się stale douczać, z różnych dziedzin, ma być człowiekiem renesansu. Wiele w tym z postawy odpowiedzialnej i dojrzałej, choć niepozbawionej wyobraźni. Ale „artystę” i „obowiązuje” w jednym zdaniu? To może boleć. Przecież technologia pozwala się świetnie bawić. I artysta ma z tego zrezygnować?

Wyróżniał się Davis na tle festiwalu pełnego zabawek. Nie wzbudzających emocji, chyba że frustrację. Mdłych jak festyn robienia literek: wspólnotowe robienie – ok, zaangażowanie całego miasteczka – fajnie. Ale litery? Najbezpieczniejszy temat na świecie i jednocześnie nie wznoszący nic do samej sprawy wspólnego robienia. To, że można, to akurat chyba już wiemy.

Technologiczny kac. Dystans do technologii rośnie. W kontekście Ars Electronica zachwyt nad możliwościami łatwo przechodzi w nieco chłodniejsze zainteresowanie. A zachwycać powinna idea, pomysł, fantazja, z wykorzystaniem wszelkich narzędzi. Web 2.0 obudziła w nas przecież postawę aktywności i większy respekt do samego procesu vs. artefaktu. To właśnie ta postawa aktywności jest najbardziej „nowomediowa”, szczególnie gdy ktoś potrafi wynegocjować ze światem czas na owo czasochłonne robienie. W końcu „Do It Yourself” wcale nie jest usłane różami i wymaga tego wszystkiego, czego chce od artysty (czy każdego) Davis. A negocjacje mogą być ciężkie. Wszystko mamy zrobić natychmiast. Pomijać detale, bo uważność konkuruje z cennym zakupo-czasem – jak określa to ktoś w projekcie „Everyday Rebellion”.

Ars Electronica to niby sztuka nowych mediów, technologia i społeczeństwo, ale w starych dekoracjach – nastawiona na efekt, jeśli nie efekciarstwo, często pomijająca subtelności. Domówki, w ramach których goście wymieniają się ciuchami, robienie na drutach na podstawie tutoriala w sieci, czy wszelkie inne mało spektakularne usieciowione działania są zdecydowanie bardziej nowomediowe niż ten naszpikowany bajerami festiwal.

Litery już zbędne / fot. A. Słodownik, flickr, CC BY-NC-SA 2.0