„Białoszewski plays Mickiewicz”

Agnieszka Mirahina

Najmocniejszą stroną tej płyty jest balans pomiędzy patosem a kpiną, między jednym końcem a drugim, między Mickiewiczem a Białoszewskim. To charakterystyczny rys także wczesnych wierszy Mirona – załamanie się romantycznej dykcji

Jeszcze 2 minuty czytania

Wszystkie słowa na krzyż dla Mirona? Co najmniej dwa. „Spoczywaj w pokoju” – i jak zabawnie to brzmi, skoro Białoszewski pisał właśnie tak – leżąc w łóżku. Miał też okna zamalowane na czarno w mieszkaniu przy Lizbońskiej („do pisania, czytania i natchnień” – jak podaje Sobolewski). Twórczość traktował jak rytuał – jak „wykonanie”. Nagrywał swój głos na magnetofon, a potem spisywał. To, co spisane – nagrywał. Ten wirtuoz i everyman, specjalista od obrotów rzeczy, wiedział dobrze, że ludzki głos jest nomadą, a słowa to gusła.

„Miron Białoszewski plays Adam Mickiewicz «Dziady»”.
Opracowanie: Maciej Byliniak, Bôłt Records, Warszawa 2012
Płyta, na której Białoszewski czyta „Dziady” (część II, fragmenty III i IV), teraz już „nagrobna”, została wydana w maju tego roku przez niszowe wydawnictwo Bôłt Records. „Miron Białoszewski plays Adam Mickiewicz «Dziady»”, bo tak brzmi jej pełna nazwa, to nagranie odnalezione w Muzeum Literatury przez Macieja Byliniaka (wśród 80 godzin innych nagrań Białoszewskiego), badacza zajmującego się dźwiękową spuścizną Mirona. W rozmowie Sobolewskiego z Byliniakiem, opublikowanej w czerwcowej „Gazecie Wyborczej” czytam, że na pudełku z taśmą była nawet dokładna data jej nagrania: 25 grudnia 1965 roku. W tym krótkim wywiadzie znajduję też jeszcze inną, istotną informację: Białoszewski nagrywał Mickiewicza dla siebie.

To prywatne nagranie, więc słucham tej płyty jakby to było posłowie – dotyczące procesu twórczego samego Mirona. Wiadomo, że pisał, leżąc – tak samo jak przyjmował gości. Pisał „z głową w chmurach” papierosowego dymu i palonych kadzideł. Śmierć autora? Niezupełnie, bo wykonywał i w pewnym sensie „dogrywał” swoje utwory w różnych, interesujących akustycznie miejscach – na przykład jeździł po Warszawie tramwajem, żeby ustalić sobie rytm wiersza. A między wersami, właśnie w tych „Dziadach Wileńsko-Kowieńskich”, można znaleźć nie tylko dynamikę samego Białoszewskiego, ale także to tak charakterystyczne dla niego „ukrycie się” przed światem:

Zamknijcie drzwi od kaplicy
I stańcie dokoła truny;
Żadnej lampy, żadnej świécy,
W oknach zawieście całuny.
Niech księżyca jasność blada
Szczelinami tu nie wpada.
Tylko żwawo, tylko śmiało.

Zaraz potem – i znowu w słowach Guślarza – przewija się też głos:

Podajcie mi garść kądzieli,
Zapalam ją; wy z pośpiechem,
Skoro płomyk w górę strzeli,
Pędźcie go z lekkim oddechem.
O tak, o tak, daléj, daléj,
Niech się na powietrzu spali.

To ładna metafora, oddechu w duchu głosu – w duchu starego Lavoisiera i jego ustaleń, że spalanie i oddychanie to jedno. Ale najmocniejszą stroną tej płyty jest dla mnie balans pomiędzy patosem a kpiną, między jednym końcem a drugim, między Mickiewiczem a Białoszewskim. To charakterystyczny rys także wczesnych wierszy Mirona – załamanie się romantycznej dykcji. Można powiedzieć: przegięcie się. Białoszewski jest chyba najbardziej wzruszający i przejmujący, kiedy jest zabawny, gdy kokietuje i naśladuje głosy biednych duszyczek. Autor „Pamiętnika” w swojej twórczości szukał ponoć kluczowej metafory, która zniweluje sprzeczności natury. Rymu, który „pasuje do wszystkiego”. Nie szukał go w jednym człowieku:

w jednym człowieku
gubi się wieczność
a między dwoma przez wieki
może zahaczyć się
ta sama chwila

Miron Białoszewski w „Dziadach” Teatru Osobnego
/ fot. Edward Hartwig, arch. NAC
Ale, być może, znalazł go w sobie – on, który „gubi się, ale może się też zahaczyć”. (zahaczyć śmiertelnie bezpiecznie – bo o krzyż). Tymczasem jeszcze moduluje głosem, jęczy, woła, przechodzi w śpiew. Bo też ta płyta to nie tylko zachwyt nad dziełem, ale i skowyt nad sztuką – pisania wierszem. Wykonanie Białoszewskiego dało mi jasno do zrozumienia, że wiersz jest przede wszystkim reprezentacją dźwięku, nie znaczenia – jak lelek albo nokia. Jak Białoszewski plays Mickiewicz? Trąbka, bęben, garnki – to instrumenty prywatnego obrzędu Mirona. Przybory kuchenne, minorowa codzienność – i z powodu tej codzienności trudno mówić o Białoszewskim, nie wspominając o sobie albo o innych poetach, „towarzyszach niedoli”. Jest w końcu Białoszewski uosobieniem autorskiego solipsyzmu, skrajnego egotyzmu poety (jego „schowanka”, jak to powiedział inny poeta, radziecki – Arsenij Tarkowski, na myśli mający ludzkie ciało). Poniższy fragment przypomina też ostatnie tu przytoczone – słowa Guślarza:

Patrz, we mnie jest myśl świadoma,
rozesnuj ją w świętą sieć,
niech stanie się nieskończona
i mocna nawet przez śmierć

PS. A było tak, że słuchałam tej płyty w pokoju, którego okno wychodziło bezpośrednio na szpital przy ulicy Grenadierów – i jak się później dowiedziałam, w którym po zawale leżał Białoszewski, i po korytarzach którego niespokojnie krążył. Jednego z tych miłych wieczorów napisał do mnie inny poeta, żywy i pełnokrwisty, niejaki Wiedemann, zapraszając na pożegnalne spotkanie w noc przed swoją przeprowadzką. Zebrałam się i poszłam, z Cyraneczki na Dantyszka. Przyszłam, a tam sceneria – ściany ogołocone, meble wyniesione, jeszcze tylko kilka książek leżało na parapecie (w tym „Człowiek Miron” Sobolewskiego). W sumie sześć osób, w tym dwaj poeci, Wiedemann i Sosnowski (dopiero później dołączyli Domarus i Klicka). Siedzieli przy stole długim jak trumna – wyglądali, jakby pisali pierwszą część „Dziadów”. Wszystkie drogi prowadzą do rymu? Ale to nie znaczy, że się krzyżują.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.