Zabawy w grupach Rubena Östlunda

Zabawy w grupach Rubena Östlunda

Darek Arest

„Gra” to prawie 120 minut przemocy, niemal bez aktu fizycznej agresji pokazanego na ekranie. Jednak kina Östlunda nie można zbyć komunałami o „długich ujęciach” i „statycznych kadrach”

Jeszcze 2 minuty czytania

Gdy w kreskówkach Disneya pojawiają się postaci dorosłych, w kadrze widać zwykle tylko ich nogi i palec nakazujący malcom posłuszeństwo. Do świata magii, gadających wiewiórek i latających dywanów dorośli nie mają wstępu. Jeśli przypadkowo zaplątują się w kadr, nie są w stanie zobaczyć tego, co prawdziwi bohaterowie i malcy przed telewizorem. W „Grze” jest podobnie, ale w bajce Rubena Östlunda świat zamknięty dla dorosłych jest światem dziecięcego koszmaru. A jeśli wierzyć jego wcześniejszych filmom – dzieciństwo nie kończy się nigdy.

Człowiek i horda
„Gra” to opowieść o grupie czarnoskórych chłopców, która w bardzo wymyślny sposób rabuje słabszych rówieśników. Nie polegają na przewadze fizycznej, ale prowadzą grę opartą na strachu. Dzielą się rolami – dobrych i złych policjantów, świadków i rozjemców. Podchodzą do starannie wybranych ofiar, twierdząc, że telefon, którego używają, jest kradziony. Sprawę trzeba wyjaśnić, spotkać się z wymyślonym pokrzywdzonym – wloką więc pechowców przez całe miasto, utrzymując ich w stanie strachu. Po godzinie takiej wycieczki ofiary z radością zrzekłyby się swoich kosztowności, byle tylko odzyskać wolność i poczucie bezpieczeństwa. Ale po zachowaniu agresorów widać wyraźnie, że profity, których szukają, są nie tylko natury materialnej.

Östlund ma 38 lat (rocznik 1974), karierę zaczynał jako twórca filmów narciarskich, a dziś ma na koncie trzy pełnometrażowe fabuły i jest jedną z najciekawszych postaci młodego europejskiego kina. „Gra”, tak jak wcześniejsze „Mimowolnie”, wywołuje masę skojarzeń z najlepszymi filmami Michaela Haneke – tak ze względu na podobieństwa, jak i różnice z kinem austriackiego mistrza. Przede wszystkim jednak – ze względu na bliską jego kinu precyzję. Stylu Szweda nie można zbyć wyeksploatowanymi komunałami o „długich ujęciach” i „statycznych kadrach”, które we współczesnym kinie festiwalowym są równie oryginalne, jak happy end w komediach romantycznych. Östlund stosuje filmowe narzędzia z imponującą celnością, dzięki której przywraca zużytym hasłom pełną siłę.

Twórcę „Gry” interesuje człowiek jako zwierzę stadne, postawiony wobec innych ludzi, funkcjonujący w ramach grupy. „W «The Guitar Mongloid» zajmowałem się ludźmi, którzy mieli gdzieś, co myślą o nich inni. W «Mimowolnie» przyglądam się tym, którzy do opinii innych przywiązują zbyt dużą wagę.” Pod tym względem – według Östlunda – z biegiem lat niewiele się zmienia. Dorośli bohaterowie „Mimowolnie” są tacy sami, jak dzieciaki z „Gry” – wyczuwając swoją słabość albo przewagę, redukują się do impulsów i są gotowi zrobić najgłupszą rzecz, by nie zostać posądzonym o głupotę. Mężczyzna, tonąc we łzach, prosi swoją dziewczynę, żeby zabrała go z „kolonii”, na które wyjechał z przyjaciółmi. Urażone grono nauczycielskie ignoruję kobietę, która oblała test z „klasowej solidarności”. Dorośli, uwięzieni między konformizmem a panicznym strachem przed utratą twarzy, zachowują się jak przedszkolaki. Jednocześnie przedstawione przez Östlunda sytuacje są całkowicie wiarygodne, realistyczne i poważne.

Agresja zaprzyjaźniona
„Gra”, tak jak w poprzednie filmy, nie rozgrywa się w próżni i ważne jest tu tło społeczne – ostatecznie blond cherubinki są napastowane przez dzieci emigrantów. Östlund nie pozwala jednak ponieść się socjologicznym i psychologicznym porywom. Nie chce, by widzowie interpretowali zdarzenia w wąskim szwedzkim kontekście, ani tym bardziej tłumaczyli je indywidualnymi emocjami. Stąd zbliżenia i plany ogólne, które często nie pozwalają widzowi zobaczyć twarzy postaci. Östlund jest behawiorystą – obserwuje bodziec i reakcję, czyniąc tym samym swoje argumenty uniwersalnymi i trudniejszymi do odparcia.

Geograficzny gorset interpretacyjny próbowano założyć Michaelowi Haneke, w jego wczesnych filmach dopatrując się diagnozy austriackiej rzeczywistości (do czasu, gdy zaczął robić filmy we Francji). Cech łączących twórczość obu filmowców jest wiele, jednak wyróżniające się własnym stylem kino Östlunda uczciwiej zdefiniować poprzez różnice. Jego inkrustowane delikatnym humorem opowieści nie są ujęte w postmodernistyczny nawias – brak w nich kluczowego u Hanekego momentu deziluzji. Od początku do końca wydaje się, że oglądamy kino dokumentalne, zwłaszcza że pokazane sytuacje są banalne, wzięte z ulicy i artykulików z przedostatniej strony lokalnej gazety (takie jest zresztą zwykle ich pochodzenie – „Gra” także oparta jest na prawdziwych wydarzeniach). Tymczasem Haneke woli skrajności, chwile, gdy normalność pęka z trzaskiem.

„Gra” to niemal 120 minut przemocy, niemal bez aktu fizycznej agresji pokazanego na ekranie. U Östlunda, jak w rzeczywistości, zwykle nie dochodzi do zbrodni, czuje się jedynie, że najgorszy scenariusz wisi w powietrzu. Jeśli w agresorach możemy dopatrzyć się demonów zła, powinniśmy to złożyć na karb umysłu zwichrowanego przez współczesne media – pokazane sytuacje nie różnią się tak bardzo od typowej przemocy, jaką kipi podstawówka, szkoła średnia, nieprzyjazna ulica. Podobny ładunek agresji znaleźć można w niewinnej scenie z „The Guitar Mongloid”, w kt&´rej młody mężczyzna siada w środku miasta, nad brzegiem rzeki, zapala papierosa i włącza przenośny boombox. Podkręca dźwięk, kiwa się i widać w tym geście chaotyczną, nieukierunkowaną wrogość, którą od eksplozji dzieli tylko jedno krzywe spojrzenie. Filmy Östlunda ulepione są z sytuacji, które przytrafiają się każdemu, wobec których można przejść obojętnie i zapomnieć o nich po godzinie, jeśli udało się nam w porę przyspieszyć kroku.

Kwestia perspektywy
Autor „Mimowolnie” nie tylko potrafi znaleźć sytuacje, ale też doskonale wie, jak je pokazać widzowi, by zobaczył je wyjęte z bezpiecznego dystansu, który zapewnia rama ekranu. W kinie regularnie wybuchają wieżowce, atakują terroryści, a psychopatyczni mordercy kroją ofiary na kawałki. Jak sprawić, by odbiorca odczuł opresję tak niepozorną? Wszystko jest kwestią perspektywy – Östlund zamienia widza w uczestnika zdarzeń, wyznaczając mu neutralne miejsce i nie pozwalając przyspieszyć kroku. Potrafi pokazać incydent tak, że prześwieca przez niego całe potencjalne zło. Ofiary z „Gry” nie stoją wobec groźby utraty telefonu i podbitego oka. Dopóki przemoc nie wybucha w fizycznym akcie, póki jest możliwością – jest absolutna, totalna. Zrozumie to widz, który w głowie zaczyna układać dla bohaterów najgorsze scenariusze. „Gra” stawia w sytuacji zagrożenia, jaką na ulicy łatwo wywołuje dramatyczny krzyk, brutalne popchnięcie, krzywe spojrzenie. Przywołuje te chwile, w których czujemy wyraźnie, że od noża włożonego między żebra dzieli nas tylko cienka szyba niechętnie respektowanej społecznej umowy.

„Gra”, reż. Ruben Östlund.  Dania,
 Finlandia, Szwecja 2011, w kinach od 5 października 2012
Tytułowa „Gra” toczy się na wielu poziomach. Najbardziej drastyczny kształt przybiera w głównym wątku, ale możemy ją znaleźć także w lżejszych scenach pobocznych, choćby w tej, w której obsługa pociągu zmaga się z poważnym problemem: przejście między wagonami blokuje kołyska i nie można ustalić jej właściciela. Przez głośniki płyną kolejne dramatycznie brzmiące komunikaty, pasażerowie chichoczą, a zrozpaczony konduktor pr&´buje ukryć za poważną miną wstyd i pokusę wyskoczenia przez okno. Jest dzieckiem ośmieszonym na szkolnym korytarzu. Komiczne interludium jest rozprężeniem, jakiego w większości przypadków mamy szczęście doświadczyć, gdy tylko uda się w odpowiednim momencie przyspieszyć kroku. W kinie, nieważne jak dotkliwy jest film, jesteśmy pasażerami siedzącymi w pierwszej klasie. Gra rozpoczyna się po zapaleniu świateł.