„Bitwa pod Wiedniem” jako owoc wdzięczności
arch. Monolith Film

„Bitwa pod Wiedniem” jako owoc wdzięczności

Jakub Socha

W filmie Martinellego na czele frontu ocalenia chrześcijaństwa stoi mówiący po niemiecku czarodziej, wspomagany przez wilkołaka. Po takiej prezentacji korzeni zachodniej cywilizacji, nad współczesnością można się tylko zasępić

Jeszcze 2 minuty czytania

Dlaczego w ogóle Włoch zdecydował się nakręcić film o bitwie pod Wiedniem? Martinelli podkreśla, że najważniejszym powodem była jego wdzięczność wobec Polaków, a ściślej wobec Jana III Sobieskiego, który zatrzymał Turków, wobec polskich żołnierzy, którzy podczas II wojny światowej walczyli na froncie włoskim z faszyzmem, oraz Jana Pawła II, najlepszego papieża pod słońcem. Martinelli odwdzięczył się po pańsku – w produkcję włożył czterdzieści milionów złotych, które sumiennie wydał na: „120 dni zdjęciowych, 250 członków ekipy, 116 aktorów z 11 krajów świata, 10000 statystów, 3000 koni i 3450 profesjonalnych jeźdźców, 2770 uszytych kostiumów, 1780 wykonanych par butów, 320 peruk, 220 włóczni, 45 ogromnych armat”. Polacy wsparli tę wdzięczność, dorzucając do budżetu dwa miliony. I słusznie – pozytywne gesty wobec ojczyzny trzeba wspierać.

Wdzięczność przyjęła ciekawą postać. Głównym bohaterem filmu jest bowiem włoski mnich, szczególnie uzdolniony uzdrowiciel i profeta. Mnich dwoi się i troi: odczytuje znaki na niebie, przekonuje cesarza Leopolda, żeby stanął do walki przeciwko hordom imperium osmańskiego, którego wojskami dowodzi Kara Mustafa, daleki znajomy mnicha. Wszyscy porozumiewają się tu po angielsku, tylko mnich w chwilach szczególnie podniosłych, kiedy zagrzewa swoich do oporu, przechodzi na niemiecki. Nawet supermnich jednak niekiedy odbija się od ściany – w tych chwilach z pomocą przychodzi mu wilkołak. A gdzie nasi? Nasi pojawiają się tylko na chwilę: trochę jeżdżą na koniach, wdzierają się na jedną górkę, potem z niej zjeżdżają.

W dobrym filmie nie wstyd występować nawet na drugim planie – niestety, nie w tym. Trudno w ogóle w tym przypadku mówić o filmie, to raczej straszydło, nieudolne na każdej płaszczyźnie. Martinelli żadnej sceny nie potrafi zainscenizować, a w plenerze czuje się bezradny, bez przerwy ucieka się do efektów komputerowych, ale te efekty do niczego nie są podobne: krew tryska zawsze o dwie sekundy za późno, siedziba cesarza przypomina wizualną prezentację cierpiącego na brak zamówień biura architektonicznego, a sceny bitewne gierkę wojenną, w którą grało się dwadzieścia lat temu na komputerach. No i jeszcze greenbox, wykorzystywany bez pomysłu, umiaru i przede wszystkim umiejętności. W „Bitwie pod Wiedniem” nawet zwykła scena na zimowej polanie wygląda tak, jakby ktoś nakręcił ją w drewnianej szopie.

Można się tego było spodziewać, już samo wyliczenie, którym tak chwalą się producenci, budziło nieufność – nie zgadzały się liczby. Jeśli było 3000 koni, to co robiło tych 450 z 3450 profesjonalnych jeźdźców; jeśli statystów było 10 tysięcy, a film miał opowiadać o jednej z największych bitew w historii świata, to dlaczego wykonano tylko 220 włóczni? I dalej, jeśli uszyto prawie trzy tysiące strojów z epoki, to dlaczego wykonano niecałe dwa tysiące par butów – tysiąc chodziło na bosaka, a może w swoich?

„Bitwa pod Wiedniem”, reż. Renzo Martinelli.
Włochy, Polska 2012,
 w kinach od 13 października 2012
Nieudolność to jedno – można zapomnieć. Gorsza jest jednak bezczelność i mądrości, którymi włoski twórca nas raczy, oczywiście w imię wdzięczności. Film otwiera znana fraza Marca Blocha, mówiąca o tym, że bez zbadania przeszłości nijak nie da się zrozumieć teraźniejszości. Martinelli myśli cepem, w zdarzeniach wiedeńskich odbija mu się 11 września 2001. W żołnierzach Mustafy widzi przodków islamskich fundamentalistów, którzy uderzyli w WTC. Aż nie chce się wierzyć. Całość ma wydźwięk potwornie antyislamski – ci, którzy sieją dzisiaj zamęt, są dziećmi tamtej dzikiej, bezwzględnej, przesądnej hordy, ludzi zdradliwych, niewdzięcznych, źle obchodzących się z kobietami – trzymających je w zagrodach, podobnych do tych dla bydła.

Niektórym polskim patriotom ten film się jednak podoba – fora aż huczą, zwolennicy wychwalają linię ideologiczną, recytują hasło, które przewija się w „Bitwie…” i brzmi: „Trzeba bronić swojej wiary”. Jakoś nie potrafią dostrzec, że na czele frontu ocalenia chrześcijaństwa stoi mówiący po niemiecku czarodziej, wspomagany przez wilkołaka i grupkę polskich małomównych wąsaczy. Pomijają fakt, że tłum wiernych, który otacza w kościele włoskiego mnicha, przypomina ciemną masę, przedkładającą nad miłość do Jezusa miłość do tego, który może przynieść im realne ziemskie korzyści. Po takiej prezentacji korzeni zachodniej cywilizacji nad współczesnością można się tylko zasępić.

Za to, że „Bitwa pod Wiedniem” w ogóle weszła do kin, wdzięczny może być co najwyżej Jerzy Hoffman. Po obejrzeniu włoskiego filmu, zapowiadanego hucznie jako superprodukcja, „Bitwa warszawska” już nie wydaje się taka straszna.

*

W chwili pisania tego tekstu w mojej skrzynce redakcyjnej wylądował list producenta „Bitwy pod Wiedniem”, pana Alessandro Leone. Leone poczuł się urażony negatywnymi recenzjami, które zdążyły się już pojawić w polskiej prasie – i postanowił zabrać głos. Najbardziej ubawiły mnie te fragmenty:

„Nie przeczę, że film ma swoje wady. Zgadzam się z niektórymi technicznymi krytykami filmu, ale nie ze wszystkimi i przede wszystkim nie z tymi wyrażonymi w sposób chamski, arogancki i niezbyt merytoryczny. Staję w obronie polskich i zagranicznych aktorów, którzy w tym filmie pokazali wielki kunszt swojego warsztatu artystycznego i cieszę się że polscy aktorzy będą oglądani za granicą ponieważ ich praca warta jest zaprezentowania.

Wydaje mi się, że taki stosunek mediów stanowi sygnał trudnej chwili dla Polski, która dzisiaj przeżywa nadal sprzeczności przejścia z komunizmu do kapitalizmu, i ta chwila zachęca dziennikarza pozbawionego pokory do poszukiwania własnego sukcesu, próbując stać się bohaterem spektaklu lub autorem najbardziej skandalicznego artykułu.

[…] Moim celem była promocja Polski jako kraju silnego, nowoczesnego, pozytywnego i nie ciągle zatrzymanego na wizerunku ofiary drugiej wojny światowej. Moje pytanie brzmi: czy Polacy muszą być reprezentowani tylko przez filmy, gdzie pokazuje się Polskę biedy, problemów alkoholowych, dramatów rodzinnych? Ja się z tym nie zgadzam… Winny jestem to Polsce, która tak wiele mi dała”.

Polskim reżyserom i producentom zdarza się oczywiście odmawiać kompetencji polskim krytykom filmowym, z tego typu elektryzującą narracją jednak do tej pory się nie spotkałem – i za to twórcom „Bitwy pod Wiedniem” jestem wdzięczny. Ja, biedny, targany sprzecznościami więzień transformacji. Doceniam też dobre samopoczucie człowieka z Zachodu, który chciał nas wypromować i wyrwać z patologii. Wierzę też w jego dobre chęci… i myślę o piekle.