Niepiękne dwudziestolecie
Okno wystawowe w sklepie Wiadomości Literackich w Warszawie z karykaturami Juliana Tuwima, Kazimierza Wierzyńskiego i Władysława Broniewskiego, 1933 / arch. NAC

Niepiękne dwudziestolecie

Rozmowa z Małgorzatą Szpakowską

„Wiadomości Literackie” starały się łączyć model pisma ambitnego z popularnym. Dziś tak już się nie da. Inteligencja jakoś w końcu odnajdzie się w tych nowych warunkach, ale na razie nikt nie ma na to recepty

Jeszcze 4 minuty czytania

ZOFIA ZALESKA: Co skłoniło panią do pisania o „Wiadomościach Literackich”?
MAŁGORZATA SZPAKOWSKA: Pierwszy powód był sentymentalny. Wychowywałam się na takich książkach, do jakich miałam dostęp. W latach 40., we wczesnych latach 50. brakowało literatury dla dzieci, więc czytałam książki dla dorosłych. U moich wujostwa były przedwojenne wydania „Flirtu z Melpomeną”, były „Obrachunki fredrowskie”, „Brązownicy” i inne książki Boya-Żeleńskiego, więc jako dwunasto- czy trzynastolatka czytałam recenzje teatralne Boya trochę jak zbiory anegdot z życia. Z kolei z „Kronik tygodniowych” Słonimskiego wydanych w 1956 roku uczyłam się o dwudziestoleciu. Boy i Słonimski – czołowi autorzy „Wiadomości Literackich” – to były moje niemal najwcześniejsze lektury.

A drugi powód, dla którego zajęłam się „Wiadomościami”, był właściwie banalny: o najważniejszym piśmie inteligencji Drugiej Rzeczypospolitej nie powstała wcześniej żadna obszerniejsza publikacja. Są opracowania cząstkowe, mnóstwo wspomnień, anegdot – ale nie było dotąd opisu całości.

Jak dzisiaj czyta się najpopularniejszy tygodnik dwudziestolecia?
Różnie. Czasem z zafascynowaniem, czasem ze znużeniem, zwłaszcza że format &‐ drobno zadrukowane wielkie płachty kruszącego się papieru – nie sprzyja lekturze. A poza tym spotkało mnie sporo zaskoczeń.

Małgorzata Szpakowska, „«Wiadomości Literackie»
prawie dla wszystkich”
. WAB, Warszawa, 480 stron,
w księgarniach od września 2012
Pierwsze z nich dotyczy skali wstrząsu, jakim dla ówczesnej liberalnej inteligencji była sprawa Brześcia. Sposób, w jaki Piłsudski w 1930 roku rozprawił się ze swoimi przeciwnikami politycznymi, zaskoczył krąg współpracowników „Wiadomości”, którzy, choć czasem krytyczni wobec poczynań władz, sympatyzowali jednak wyraźnie z obozem rządowym. Przewrót majowy przełknęli gładko, ba, nawet z aprobatą, a na łamach pisma ani się o nim nie zająknęli. Ale aresztowanie posłów opozycji to już było za wiele. Rozczarowanie było ogromne, toutes proportions gardées jak rozczarowanie inteligencji lewicowej w marcu 1968. Oczywiście, jak wszystkie analogie, ta także jest kulawa, ale oddaje bezmiar niesmaku, jaki ogarnął ludzi związanych z „Wiadomościami Literackimi” po sprawie brzeskiej. W dwóch kolejnych artykułach pisała o tym Maria Dąbrowska: o rozterce, jaką powoduje protest, z którym trzeba wystąpić z racji moralnych, a który może być wykorzystany przez przeciwników politycznych – przeciwników i sanacji, i „Wiadomości” – czyli przez endecję. Od sprawy brzeskiej pismo, wcześniej polonistyczno-literackie, przekształca się w tygodnik kulturalno-społeczny.
Inne zdziwienie: jak wiele osób, których nie kojarzymy na ogół z „Wiadomościami Literackimi”, tam pisało.

Wiadomo przede wszystkim o poetach z kręgu „Skamandra”. A kto jeszcze?
Wymieniam pierwszych z brzegu. Bruno Schulz i Teodor Parnicki jako autorzy recenzji literackich. Roman Ingarden, oboje Ossowscy, rodzeństwo Czapskich. Jan Kott, Jerzy Borejsza. Gombrowicz – „Wiadomości” publikowały między innymi fragmenty „Ferdydurke”. A Jan Brzechwa, z zawodu adwokat, na łamach pisma prowadził porady prawne. Można powiedzieć, że poza znanym wyjątkiem Gałczyńskiego i awangardystów przez „Wiadomości” przeszła cała literatura polska tamtych lat. Etatowym, jak byśmy dziś powiedzieli, pracownikiem redakcji był Władysław Broniewski, który jednak niewiele pisał, a tylko prowadził sekretariat. Wiktor Weintraub, który też przez kilka lat był pracownikiem redakcji, żartował, że „Wiadomości” nie bez racji uważano za żydokomunę, skoro Grydzewski był Żydem, a komunę reprezentował Broniewski. 

Siedziba „Wiadomości Literackich”, lata 30. XX w./ arch. NAC

„Wiadomości” wbrew nazwie nie były tylko literackie. Dużo miejsca poświęcano tam innym gałęziom sztuki, wydawano też dodatki tematyczne: naukowe, prawnicze, obyczajowe.
W dziedzinie plastyki pismo toczyło długą i żmudną walkę o nowoczesność. Tu stanowisko było jasne: precz z Zachętą, precz z Kossakami, precz ze Styką. Ale „Wiadomości” troszczyły się również o popularyzację najnowszych teorii naukowych, pisały o eksperymentach Pawłowa, o teorii nieoznaczoności Heisenberga; interesowały się francuskim personalizmem katolickim. Miały nawet felietonistów sportowych. Niektóre rozpoczęte wówczas batalie ciągną się właściwie do dziś: zarówno te artystyczne, jak społeczne. Choćby orientacja antyromantyczna – mimo całego uznania pisma dla wielkich poetów polskich. Albo liberalizm reprezentowany zarówno przez dodatek prawny, jak przez „Życie Świadome”: prewencja zamiast represji, oświata seksualna zamiast kodeksu karnego. To akurat do dziś jest aktualne. 

Aktualność debat toczonych na łamach „Wiadomości” istotnie bywa uderzająca. Na przykład tych dotyczących architektury, w których autorzy próbują przekonać czytelników do projektów Le Corbusiera.
Po osiemdziesięciu latach to też się niewiele zmieniło. Trzeba jednak pamiętać – jak pisał w „Wiadomościach” Józef Czapski – że trudno, by kulturą plastyczną odznaczał się polski odbiorca, który w naszych muzeach sceny batalistyczne ogląda głównie na płótnach Matejki, a antyk na obrazach Siemiradzkiego. W dziedzinie architektury warszawocentryczne „Wiadomości” chwaliły projekty Syrkusów, WSM, kino Atlantic czy odnowione wnętrze Adrii, przeciwstawiając je starym kamienicom, bezlitośnie krytykowanym za niefunkcjonalność i brak gustu. Tymczasem upodobanie do secesji, eklektyzmu i ozdobności pozostało żywe do dzisiaj; w Warszawie nadal wzdycha się do przedwojennej zabudowy, a beztrosko pozwala na rozbiórkę udanych budynków modernistycznych jak Supersam czy kino Moskwa.

Małgorzata Szpakowska

ur. 1940, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim w Instytucie Kultury Polskiej. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Kulturoznawczego, Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, PEN Clubu, redakcji „Dialogu" oraz jury Nagrody im. Jana Józefa Lipskiego. Wydała: „Teatr i bruk. Szkice o krytykach teatralnych” (2006), „Chcieć i mieć. Samowiedza obyczajowa w Polsce czasu przemian” (2003; nominacja do nagród NIKE 2004 oraz „Podporiusz" 2004), „Zakorzenieni, wykorzenieni” (1997), „Dyskusje ze Stanisławem Lemem” (1996), „O kulturze i znachorach” (1983) oraz „Światopogląd Stanisława Ignacego Witkiewicza” (1976; Nagroda Kościelskich, 1977). Jest także współautorką i redaktorką zbioru „Obyczaje polskie. Wiek XX w krótkich hasłach” (2008) oraz antologii „Antropologia ciała” (2008).

Czy największe boje w piśmie nie powinny były toczyć się w sprawie literatury?
Niby tak, ale nie do końca. Jest zastanawiające, jak konsekwentnie „Wiadomości” prowadziły walkę o nowoczesność w innych dziedzinach sztuki, nie w literaturze. Tu bardzo unikano deklaracji programowych, pismo było z założenia eklektyczne i właściwie nieco zachowawcze. Oczywiście, krytyczne wobec tradycji – dawne autorytety na łamach tygodnika szargał Boy. Ale przecież Boya trudno uznać za rzecznika literackiej nowoczesności. Podobnie Słonimski, najważniejszy z krytyków teatralnych „Wiadomości”, gust miał dość konwencjonalny. 

Napisała pani, że krytyczna dewiza przyświecająca recenzentom z „Wiadomości Literackich” brzmiała: „nie zanudza się znajomych wiedzą wyczytaną z podręcznika”. Dziś ta dewiza raczej by się nie sprawdziła.
W „Wiadomościach” pisało wielu sławnych ludzi, ale to o Słonimskim pamiętają wszyscy. Przede wszystkim ze względu na „Kroniki tygodniowe”, które w felietonowej formie przynosiły wykładnię stanowiska pisma, ale może jeszcze bardziej ze względu na miażdżący dowcip w recenzjach teatralnych. Dziś jednak Słonimski nie mógłby już recenzować „Dziadów” bez znajomości najnowszych czterystu prac naukowych o Mickiewiczu. Nie wspominając o nowoczesnych przedstawieniach, z których pewno by demonstracyjnie wychodził. Dziś recenzent – nie tylko teatralny – musi wylegitymować się kompetencjami, pokazać, że ma prawo zabierać głos na jakiś temat. Słonimski nie miał takich oporów i zdarzało się, że pisał głupstwa. Była w tym nonszalancja, ale przede wszystkim odwaga formułowania własnych sądów.

wydawnictwo WAB

Boy, Słonimski, Tuwim byli – jak ironicznie pani zauważa – celebrytami przedwojennej Warszawy. Nawet biorąc pod uwagę różnicę epok, trudno uwierzyć, że popularność zapewniły im wiersze czy współpraca z pismem literackim.
Byli gwiazdami, ale swoje gwiazdorstwo zawdzięczali oczywiście czemu innemu. Boy był wcześniej znany jako tłumacz i autor wspomnień o Młodej Polsce, ale przede wszystkim dzięki „Słówkom” i Zielonemu Balonikowi. Skamandryci zaczynali w teatrzyku poetów Pod Pikadorem, a potem uprawiali gatunki najbardziej popularne. Pisali skecze dla kabaretów, teksty piosenek. Tuwim zarabiał na tym podobno krocie, dla Ordonki napisał „Miłość ci wszystko wybaczy”, dla Zofii Terné „Pokoik na Hożej”, dla Chóru Dana „Co nam zostało z tych lat”. Słonimski razem z Tuwimem i Lechoniem zapełniali dowcipami satyrycznego „Cyrulika Warszawskiego”. Oczywiście, tamta popularność była skrojona na ówczesną, przedtelewizyjną miarę. Ale sławę zdobytą w rozrywce mogli wykorzystywać z pożytkiem dla „Wiadomości”. Osoby bardziej serio, choćby Maria Dąbrowska czy Zofia Nałkowska, wnosiły z kolei swoją renomę pisarską.

Małgorzata Szpakowska w KyotoNie wspomniała pani o Irenie Krzywickiej, która przecież należała do stałych współpracowników pisma. Krzywicka bywa dziś wskazywana jako ikona feminizmu, tymczasem w książce pani trochę kpi z jej poglądów. Nie przepada pani za słynną gorszycielką Drugiej Rzeczypospolitej?
Nie przepadam. Wydaje mi się, że Krzywicka we wspomnieniach bywa mitomanką i w różnych sprawach przypisuje sobie rolę większą, niż odgrywała w rzeczywistości. Za gorszycielkę uznała się sama pod koniec życia, a jako świadek epoki jest niestety mało wiarygodna. Ale doceniam jej reportaże sądowe i muszę przyznać, że bywała zupełnie niezłą pisarką. Jej „Pierwsza krew” o dojrzewaniu kilkorga młodych ludzi jest zaskakująco wnikliwa i wcale nie tak jednoznaczna. Mimo opisu pierwszej menstruacji. Ten opis zresztą mniej chyba oburzał niż zamieszczony w „Życiu Świadomym” artykuł „Sekret kobiety”, w którym Krzywicka domagała się dla kobiet comiesięcznych zwolnień z pracy. To był bodaj najbardziej bulwersujący tekst w tym dodatku do „Wiadomości Literackich”. Bo warto pamiętać, że słynne kampanie obyczajowe Boya dotyczące rozwodów i świadomego macierzyństwa publikował „Kurier Poranny”, nie „Wiadomości”. 

„Tamta Polska nie odpowiadała wcale idealnemu obrazowi, jaki nowe pokolenie może sobie tworzyć” – pisał Miłosz w „Wyprawie w dwudziestolecie”. Czy praca nad książką o „Wiadomościach” przyniosła pani podobne odczucia?
Wcześniej nie zdawałam sobie w pełni sprawy, jak drastyczną postać przyjmowały ówczesne konflikty. Zwłaszcza z tego, jakie było nasilenie nienawiści, którą budziło to skądinąd dość umiarkowane pismo. I z rozmiarów demagogii, do której sięgano z tej okazji.

 Chodzi o antysemickie ataki na „Wiadomości”?
Tak. Antyendeckość „Wiadomości” była w dużym stopniu reakcją na antysemityzm. Wiadomo było, że pismo tworzą w dużej mierze Polacy pochodzenia żydowskiego, całkowicie zasymilowani, Polacy z wyboru. Antysemityzm, z którym się spotykali, zwracał się przeciw arcypolskim poetom, których usiłował zepchnąć do żydowskiego getta. Mniej dotyczył biedoty, mniejszości żydowskiej stanowiącej realny problem społeczny; atakował ludzi niezwykle dla kultury polskiej zasłużonych. W dodatku zaś radykalni narodowcy sami niekiedy wywodzili się z mieszanych rodzin, co w polemikach skwapliwie im wypominano. Łatwo sobie wyobrazić, że poziom sporów, w których obie strony wymyślały sobie od Żydów, nie mógł być szczególnie wysoki.

„Wiadomości” tworzyli autorzy traktujący czytelników – przynajmniej teoretycznie – jak równych sobie. Jak potencjalnych znajomych, których mija się na premierach i w kawiarniach. Czuli się elitą i wydawali pismo dla elity. Ich dobre samopoczucie musiało ludzi spoza tego kręgu potwornie drażnić.
Tadeusz Żeleński podczas podpisywania swoich książek
w lokalu Wiadomości Literackich w Warszawie, 1932
/ arch. NAC
Salon, klika, towarzystwo wzajemnej adoracji – te wszystkie zarzuty kierowane do dzisiejszych elit dobrze znamy, a padały one również wobec pisma Grydzewskiego. Taki już jest los samozwańczych elit w społeczeństwie demokratycznym. W niedemokratycznym mniej więcej wiadomo, że jedni elitą są, a drudzy nie są. W społeczeństwie równych fakt, że jakaś grupa uważa się za upoważnioną do pouczania pozostałych, zaczyna budzić opór. Taką grupą była inteligencja dziewiętnastowieczna – z konieczności, bo wtedy o żadnej rzeczywistej reprezentacji mowy być nie mogło. Podobnie samozwańczą reprezentację społeczeństwa stanowiła opozycja inteligencka w PRL. Ale w społeczeństwie demokratycznym sytuacja się komplikuje i uprawnienia tych, którzy uważają, że wiedzą lepiej, łatwo podważyć. A „Wiadomości” niewątpliwie uważały, że wiedzą lepiej, choć trudno je przyłapać na takiej deklaracji, bo Grydzewski dbał o decorum. Jednak rozmaite tony ironiczne, które skądinąd czynią lekturę pisma ciekawszą, dla nienależących do elity mogły być naprawdę dotkliwe. Ironiczna wyższość bardziej boli niż jawne zarzuty i poważna krytyka.

Po roku 1989 inteligencja stanęła wobec podobnego problemu. Jak pisać o kulturze w obecnej rzeczywistości?
To trudne pytanie. Demokracja zakłada, że ludzie mają olej w głowie. A z tym bywa różnie. Umasowienie wiedzy przyniosło ze sobą zrównanie i zarazem sprofilowanie wszystkiego, świat myśli rozpadł się na kawałki. Za czasów moich studiów dostęp do dóbr kultury był ograniczony, zresztą i podaż była nieporównanie mniejsza; czytaliśmy i oglądali mniej więcej to samo – i mogliśmy o tym dyskutować. W tej chwili każdy z nas czyta i ogląda co innego, ginie wspólna płaszczyzna, rosną trudności w komunikacji. Współczesne pisma – także internetowe – starają się przyciągać czytelników, którzy mają podobne poglądy i upodobania, tworzą się enklawy, nisze, w których wszyscy utwierdzają się w jestestwie swoim. I stają się coraz bardziej nieprzemakalni na inne myśli i idee. Świat nam się rozpada na części i paradoksalnie zmniejsza.

„Wiadomości Literackie” starały się łączyć model pisma ambitnego z popularnym. Dziś chyba tak już się nie da. Inteligencja pewno jakoś w końcu odnajdzie się w tych nowych warunkach, ale na razie nikt nie ma na to recepty.