Szczury

Szczury

Jakub Socha

Mendes nie upaja się ani swoim stylem, ani stylem swojego bohatera. Sekwencje wydają się trwać krócej niż w innych Bondach, nie wyłamują się z opowieści, nie oddzielają od niej. On sam też się mniej panoszy

Jeszcze 2 minuty czytania

To wszyscy wiedzą: wraz z pojawieniem się Daniela Craiga zaczęła się nowa era dla Jamesa Bonda. Bond przybrał na wadze i zaczął przypominać człowieka, a nie szpiega bez ciała z królestwa pastiszu, króla powierzchni, który nic tylko odmawia i wzbrania: nie opowiada o sobie, nie pokazuje emocji, nie mówi, co czuje ani w co wierzy. Dzisiejsze wydanie jest głębsze.

Ten kij ma jednak dwa końce: jeśli tak dalej pójdzie, to wkrótce zatęsknimy za przeszłością, sam Bond już wydaje się za nią tęsknić. Ale po kolei.

W „Skyfall” Bond najpierw się ściga, a potem umiera, nie jest to jednak żadnym zaskoczeniem – zdarzało mu się umierać, tak samo zresztą jak zmartwychwstawać. W pewnym momencie, po ponownym powrocie do żywych, przyznaje nawet, że to całe zmartwychwstawanie uważa za swoje ulubione hobby. Ile jest w tym sądzie przytyku skierowanego w stronę chrześcijaństwa? Niewiele, jednak ta fraza idealnie pasuje do całej serii. Pięćdziesiąta rocznica zobowiązuje – twórcy starają się na różne sposoby nawiązać do poprzednich epizodów, przywracając to, co już było, wykorzystując raz jeszcze te same zabiegi fabularne, te same rekwizyty. I choć jedne traktują z większą powagą, a inne z mniejszą, to wyraźnie nie mogą się bez nich obejść.

Bond umiera, a potem wraca, żeby ruszyć za duchem z przeszłości, kimś, kto postanowił zmiażdżyć brytyjski wywiad. Przeciwnik nazywa się Raul Silva, gra go Javier Bardem. Silva jest trochę takim Nolanowskim Jokerem. Trochę. Motywacje zarówno jednego, jak i drugiego stają się jasne po zapoznaniu się z anegdotą. U Nolana opowiadał ją Alfred, kamerdyner Batmana. Jej bohaterem był pewien bandyta, którego nikt nie potrafił schwytać, a to dlatego, że czynił on zło bez żadnego powodu, jego działań nie dało się zracjonalizować – walczyć z nim można było tylko przekraczając wszelkie granice, na przykład podkładając ogień gdzie się da. U Mendesa Silva sam się zajmuje anegdotą – opowiada o walce ze szczurami, które plądrowały wyspę. Ludzie złapali je do beczki i czekali, aż się w niej pozagryzają. Gdy zostały już tylko dwa, wypuścili je na wolność – bo wiedzieli, że od tej pory szczury, które zdążyły już zasmakować we własnym mięsie, będą zainteresowane tylko sobą. Silva i Bond są właśnie takimi szczurami. Silva uważa, że zostali poddani eksperymentowi, który przemienił ich naturę; Bond myśli raczej, że chciałby zmienić pożywienie, dlatego dąży do tego, by zabić Silvę. I dzięki mu za to – jego przeznaczeniem jest w końcu ruch, a nie sofistyka.

W filmie Mendesa inspiracje pochodzą z trzech źródeł: wspomnianego Batmana, poprzednich przygód Bonda, oraz Johna McClane’a ze „Szklanej pułapki”, a ściślej z ostatniej części, w której grany przez Willisa bohater zderza się z nowoczesnością i wygrywa z nią za pomocą pięści. Bond w wykonaniu Craiga jest rzeczywiście trochę do niego podobny: jest analogowy, podczas gdy cały świat przeszedł już na nadawanie cyfrowe. M. mówi w pewnym momencie: „Tęsknię za zimną wojną”. Bond ze „Skyfall” tych czasów pewnie nie pamięta, ale i on zdaje się tęsknić za przeszłością. Czuje, że świat go wyprzedził, że jego ciało nie jest już tak sprawne jak kiedyś. Zmaganie się z nim jest najciekawszym zresztą wątkiem filmu Mendesa.

Z tego zwrotu ku przeszłości nie ma co jednak wyciągać zbyt wielu wniosków. Ostatecznie nie jest to opowieść o różnicach między reakcjonistą – który tęskni za tym, co było kiedyś, i wierzy, że można jeszcze do tego wrócić – a konserwatystą, który woli zadowolić się tym, co jest, niż rzucać się ślepo w to, co niesie ze sobą przyszłość. Dwóch antagonistów – Silvę i Bonda – napędzają bardziej pierwotne emocje: kompleks matki. We „Wrogach publicznych” Houellebecq pisze, że brak matki może wzmacniać człowieka, ale równocześnie zamienia go w „niesforne dziecko: nigdy całkowicie pogodzone, nigdy całkowicie oswojone, zawsze gotowe ugryźć”. Właśnie takie są te dwa szczury – sieroty, kiedyś przygarnięte przez M., ciągle walczące o jej uznanie.

„Skyfall”, reż. Sam Mendes.
 USA, Wielka Brytania 2012,
 w kinach od 26 października 2012
Jak już mówiłem, kij ma dwa końce – psychologiczne pogłębienie uwiarygodnia postacie, budowanie jednak całego portretu psychologicznego na jednej zadrze wydaje się niewystarczające. W dawnym Bondzie pociągała jego lekkość, był niezapisaną kartą. Ten nowy został przedstawiony dużo bardziej dosadnie – jest po prostu biedną, zagubioną, pozbawioną pancerza sierotą. I właśnie dlatego stał się tak skutecznym zabójcą – zdają się mówić twórcy. Nie widzą jednak, że tym samym zamieniają tylko jedną konwencję na drugą.

To, że ta konwencja się sprawdza, jest zasługą reżysera, który zachował rozwagę i nie dał się porwać ani legendzie, ani szybkości. Mendes nie upaja się ani swoim stylem, ani stylem swojego bohatera. Sekwencje wydają się trwać krócej niż w innych Bondach, nie wyłamują się z opowieści, nie oddzielają od niej; on sam też się mniej panoszy. „Skyfall” jest spójny i ostatecznie przekonujący dlatego, że chyba po raz pierwszy nie wszystko kręci się wokół 007 – Mendesowi udało się wreszcie zarysować portrety tych, którzy z różnych stron otaczają agenta: sekretarek, pomocników, szefów, wreszcie wrogów. Czekam z ciekawością na to, jak będą się rozwijać w kolejnych odsłonach. Na to, jak będzie się rozwijał sam Bond – z niepokojem. W dwóch pierwszych filmach z Craigiem agent kochał, a potem leczył złamane z miłości serce. W tym na razie ostatnim – ujawniono jego dziecięce traumy. Co będzie dalej – strach pomyśleć.