Nie wycinajcie brzóz,  kiedy płoną lasy
Wikimedia Commons

Nie wycinajcie brzóz,
kiedy płoną lasy

Tomasz Cyz

Możemy godzinami, dniami i nocami dyskutować na wrześniowym Kongresie Kultury Polskiej, ale kultura jest tu, blisko, choćby w takiej Łodzi, czasem zaś jej brak

Jeszcze 1 minuta czytania

To było tak. Przyszedłem do Teatru Wielkiego-Opery Narodowej jako dramaturg w maju 2005 roku. Ministrem Kultury był Waldemar Dąbrowski, dyrektorem artystycznym – Mariusz Treliński, dyrektorem naczelnym zostawał właśnie Sławomir Pietras, muzycznym – Kazimierz Kord.

Jesienią, w czasie pierwszych premier (w sumie było ich dziesięć, podobno dobrych), sytuacja trochę się zmieniła. Ministrem Kultury (i Dziedzictwa Narodowego) został Kazimierz Michał Ujazdowski, dyrektorzy – artystyczny i muzyczny – bez zmian, dyrektorem naczelnym był (jeszcze) Sławomir Pietras.

Przed Nowym Rokiem, nie tylko w kontekście premiery „Wozzecka” w reż. Krzysztofa Warlikowskiego, trio Pietras-Treliński-Kord rozpadło się i wiadomo było, że ktoś musi odejść. W lutym, po długim i wyniszczającym milczeniu, minister odwołał Sławomira Pietrasa. Pełniącym obowiązki dyrektora naczelnego został Kazimierz Kord.

Późną wiosną sytuacja stawała się już nie do wytrzymania. Mariusz Treliński co rusz chodził na Krakowskie Przedmieście, podobnież Kazimierz Kord, zapraszany był tam także na rozmowy (w tzw. międzyczasie) Janusz Pietkiewicz. W maju związki zawodowe postanowiły zorganizować referendum poparcia czterech rządzących teatrem dyrektorów (naczelnego, artystycznego, administracyjnego i ekonomicznego). Wyniki szybko zostały wywieszone na tablicy związkowej, aby każdy mógł się dowiedzieć, że każdy z dyrektorów ma od 60% (i dużo, oj dużo więcej) głosów negatywnych. No comments.

Wiadomo było, że ktoś musi odejść. Pod koniec czerwca, po premierze „Czarodziejskiego fletu” w reż. Achima Freyera, Kazimierz Kord złożył dymisję i wyjechał. Przez miesiąc odbijaliśmy się od ściany. Na początku sierpnia pokazano nam miejsce w szeregu.

A to było tak. 4 sierpnia 2006, piątek, w samo południe. Telefon z sekretariatu MKiDN, minister prowadzi właśnie nowego dyrektora naczelnego, proszę otworzyć gabinet. Minister wszedł, wraz z nim Janusz Pietkiewicz. Nie było konferencji prasowej, tylko krótki, suchy komunikat. I minister pojechał na urlop. Treliński zrezygnował. I tak dalej. (Aha, był jeszcze list protestacyjny sporej grupy ludzi świata kultury, wyrażający swoje oburzenie na decyzję i formę działania ministra. Pamiętam, jak pewnego poranka zadzwonił do mnie jeden twórca i powiedział: „ja was popieram, ale nie mogę tego podpisać, pan wie, dlaczego”. Nie, nie wiem, do dzisiaj, jak Boga kocham, nie wiem.)

Z budżetu Ministerstwa Kultury (i Dziedzictwa Narodowego) Teatr Wielki otrzymywał wtedy ok. 65 milionów złotych (dziś już ponad 70 mln). A o takiej formule zmiany dyrekcji w najważniejszej instytucji kultury w tym kraju nie zająknął się prawie nikt. Nawet NIK. Wszystkie telewizje ominęły sprawę szerokim łukiem. Ani kropka nad i, ani rozmowy w t(ł)oku, ani gość jedynki, kość dwójki, ani pytanie na ławę czy kawa na śniadanie. Ten news nie stał się żadnym faktem, informacją, wiadomością czy choćby panoramą. Nic. Tyle milionów i nic.

I po co ja to wszystko piszę? Ano sytuacja się jakby powtórzyła, niby w mniejszej skali… Nie, nie w mniejszej, tylko budżet i dokonania artystyczne obu instytucji są inne, reszta jest taka sama.

Oto prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki od początku do końca nie porozumiał się (i osobowo, i artystycznie) z wybranym rok temu – w otwartym konkursie! – dyrektorem artystycznym podległej mu placówki. Mimo to dyrektor Teatru Nowego Zbigniew Brzoza przez rok, podobno, wyciągnął teatr z zapaści, zaplanował niezły sezon artystyczny, myślał o kolejnym. Ale: przed wakacjami najpierw zwolniono najbliższego współpracownika Brzozy, dramaturga Tomasza Śpiewaka, następnie, bez zgody Brzozy, zatrudniono nowego kierownika literackiego (notabene radną PIS-u), wreszcie prezydent zwołał referendum, by pracownicy wypowiedzieli się na temat swojego dyrektora. Zespół artystyczny nie wziął udziału w głosowaniu, wśród pozostałych na 58 głosów 52 było na nie wobec Brzozy, 4 osoby były na tak, 1 głos był pusty. Prezydent nie miał więc wyjścia, mógł spokojnie posprzątać, a potem umyć ręce.

Po pierwsze: to fałszywie pojęta demokracja. To „demokracja” rodem z czasów, których ja, na szczęście, nie pamiętam.

Po drugie: bardzo szanuję ludzi pracy w teatrze, także tych, którzy pracują na odcinkach mało widocznych, bo bez nich nie ma teatru. Ale to nie oni, na Boga, powinni decydować o tym, kto jest ich dyrektorem (artystycznym). Bo w teatrze (w sztuce) nigdy głos nie należy do większości. W teatrze, w sztuce, zawsze decyduje mniejszość.

Po trzecie: jedna tak gwałtowna zmiana w przestrzeni kultury cofa ją (kulturę) o kilka lat. Tego nie nadrobi się w ciągu kilku miesięcy. To będzie trwało. „Nie zrozumiecie sztuki, póki nie zrozumiecie, że w sztuce 1+1 może dać każdą liczbę z wyjątkiem 2” (Picasso). A jak nie zrozumiecie, to zostawcie ją w spokoju.

Po czwarte: jakie przyjąć rozwiązania prawne, aby takie sytuacje nie miały więcej miejsca? System kontraktów? Zmniejszenie wpływu związków zawodowych? Centralizacja? Jeszcze silniejsza decentralizacja? Strajk? Głodówka? (A może po prostu jedźmy wszyscy ludzie kultury do Łodzi na Festiwal Dialogu Czterech Kultur, program jest naprawdę dobry, bez podobno.)

Po piąte wreszcie: możemy godzinami, dniami i nocami dyskutować na wrześniowym Kongresie Kultury Polskiej o jej wielkości i słabości. Ale kultura jest tu, na co dzień, blisko, a czasem jej brak.

Kropka. Kropka rulez.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.