„Miłość”, reż. Michael Haneke

„Miłość”, reż. Michael Haneke

Michał Oleszczyk

Koniec końców, film traktuje o dwóch odmianach współczucia: koniecznym i zbędnym. Konieczne przeradza się w działanie, zbędne objawia się w towarzyszeniu z oddali i wysyłaniu zapewnień o solidarności z cierpiącym

Jeszcze 1 minuta czytania

„Miłość” Michaela Hanekego jest najlepszym filmem w karierze reżysera, którego rzemiosło doceniałem zawsze, ale którego moralizatorstwo często budziło moje wątpliwości (także na tych łamach). Tym razem efekciarskiego czarnowidztwa nie ma prawie wcale – zamiast niego Haneke staje twarzą w twarz z umieraniem jako ostateczną potwarzą natury rzuconą pod adresem ludzkiej godności. Zamiast epatować i dopowiadać, reżyser głównie pomija i sugeruje. Wiele scen kończy się, zanim dojdzie do spodziewanej kulminacji. Swoiste novum w dorobku Austriaka: film nieustraszony, ale nie bezlitosny.

Opowieść toczy się prawie w całości wewnątrz dużego mieszkania małżeńskiej pary profesjonalnych muzyków w podeszłym wieku: Georgesa i Anny. Kiedy Anna dostaje wylewu, prosi męża by ten nie oddawał jej do szpitala. Postępująca choroba stawia coraz to większe wyzwania przed opiekującym się małżonką Georgesem i coraz to bardziej frustruje dorosłą córkę pary, Evę (Isabelle Huppert). Na pytanie, jak czuje się mama, Georges odpowiada tak, jak całym filmem odpowiada swej publiczności Haneke: „Z dnia na dzień będzie tylko gorzej, aż nastąpi koniec”.

Pierwsze pół godziny filmu promieniuje nietypowym dla Hanekego ciepłem, nie ocierającym się wszakże ani razu o pogodne przemilczenie, na jakim zbudowany był chociażby „Kolejny rok” Mike’a Leigh, w którym stare dobre małżeństwo jawi się jak para wygodnych i przyzwyczajonych do siebie ciepłych bamboszy. Haneke jest mistrzem podskórnej sugestii, która czasami (jak w „Białej wstążce”) puchnie w wątpliwą historiozofię, ale w „Miłości” służy trzeźwemu zasugerowaniu, iż oglądamy parę z własną przeszłością, z pewnym zestawem wspomnień, ran i prowizorycznie zażegnanych pretensji, bez których nie ma mowy o żadnym współistnieniu.

Emmanuelle Riva w roli Anne jest absolutnie zdumiewająca – potrafi wiązać własne mięśnie twarzy w nieposłuszne wobec bohaterki supły, utrudniające mówienie i wykrzywiające rysy. Obecność Jeana-Louisa Trintignanta jako Georgesa – przy całym szacunku dla jego znakomitego warsztatu aktorskiego – odsyła nas jednocześnie do całej galerii ról, w których na oczach nas wszystkich zmieniał się z rozpalonego samca („I Bóg stworzył kobietę…”) w dojrzałego kochanka („Kobieta i mężczyzna”), by obecnie bez wstydu ukazać swą starczą fizyczną kruchość. Jest tak, jakbyśmy to my przerzucali kartki albumu fotograficznego, który w jednej ze scen ogląda Anne, powiadając pod nosem: „Takie długie życie…”. Wspólne ekranowe bytowanie tej dwójki jawi się jako esencja codzienności, podana z aptekarską – choć bynajmniej nie odpychającą – precyzją. Ścieżka dźwiękowa została wyczyszczona niemal ze wszystkiego, co nie byłoby muzyką słuchaną przez bohaterów bądź słowem, jakie wzajemnie do siebie kierują.

„Miłość”, reż. Michael Haneke.
Austria, Francja, Niemcy 2012,
w kinach od 2 listopada 2012
Koniec końców, film traktuje o dwóch odmianach współczucia: koniecznym i zbędnym. Konieczne przeradza się w działanie (opieka Georgesa), zbędne objawia się w towarzyszeniu z oddali i wysyłaniu zapewnień o solidarności z cierpiącym. Uosobieniem tego drugiego typu współczucia jest w filmie zagrana przez Huppert córka – domagająca się od ojca „poważnej rozmowy” o zdrowiu matki, a jednocześnie znacząco milknąca na dźwięk jego ironicznego pytania: „To co, zabierzesz mamę do siebie…?”. Jest miarą wielkiej pokory tego wybitnego filmu, że Haneke nie ulega pokusie krytykowania Evy za jej niezdolność udzielenia prawdziwej pomocy. W konfrontacji ze śmiercią cichą i zwykłą chyba trudniej o wytężone bohaterstwo rozpisane na tygodnie i lata, niż ma to miejsce na polu bitwy, gdzie decydują sekundy.

„Miłość” nie oferuje żadnego pocieszenia, żadnej ekspiacji, a finał wzbudzi na pewno protesty chrześcijan, bo obrazuje akt desperackiej niepokory jako rodzaj egzystencjalnego prawa łaski. Mimo to nie jest to film rozpaczliwy. Ukazując udrękę umierania, Haneke zdaje się wierzyć, że nawet ona potrafi być sensowna, jeśli gasnące życie nie jest w swym schyłku osamotnione.