Joanna Bator, „Ciemno, prawie noc”

Joanna Bator, „Ciemno, prawie noc”

Zofia Król

Uogólniająca konwencja baśni miesza się z narzędziami literatury zupełnie nieźle, ale kiedy za pomocą tych samych środków autorka opowiadać próbuje także prawdziwą historię – zaczyna zgrzytać

1 minuta czytania

Alicja, reporterka, wraca do rodzinnego Wałbrzycha. Już w pociągu – na stronie 13, czego po lekturze tej książki nie sposób nie odnotować – przydarza jej się moment „dusznej ciemności”. Przybywa potem do starego, skrzypiącego domu pełnego duchów rodzinnej przeszłości, do miasta, w którym giną niekochane dzieci, a ogarnięci szałem mieszkańcy rzucają religijno-nienawistne bluzgi – na rynku i w internecie. Przez karty nowej powieści Joanny Bator przewijają się kolejne potwory i potworności: Barbie upieczona w piekarniku, powieszony kot i pluszowy miś, żołnierze gwałcący dziewczynki i chłopców, pięć tysięcy niespokojnych dusz więźniów obozów, kazirodcze i patologiczne rodziny alkoholików, wreszcie molestująca seksualnie swoje córki matka-wariatka. Jest listopad, pęknięcie między jesienią a zimą; czas, kiedy „otwierają się przejścia”.

Joanna Bator, „Ciemno, prawie noc”.
W.A.B., Warszawa, 528 stron,
w księgarniach od października 2012
Powieść czyta się świetnie, bo autorka, jak wiadomo, pisać umie – zwłaszcza, kiedy zgodnie z mottem, które mówi, że „Bóg tkwi w szczegółach, a diabeł jest wszędzie”, literacko skupia się na szczególe: mokrym śniegu, idiotycznym w wałbrzyskiej scenerii kotku Hello Kitty na różowej czapce, „zirytowanych cumulusach” papierosowego dymu, smutnej i paskudnej fastfoodowej pizzy, która bez przyjemności wypełnia żołądek, a jednak przynosi ciepło i ulgę. Kiedy do niekończących się internetowych bluzgów dodaje charakterystyczne wstawki o pogodzie z kretyńskimi buźkami, pozdrowienia „z deszczowego dziś Dublina :(”. I kiedy miłosnej historii Alicji z Marcinem nie kończy wyznaniem, ale uściskiem ręki. Z mniejszym zaufaniem czyta się utarte sformułowania o „przechowywanym w lodówce utraconym czasie”, tęsknocie za dobrocią i rzeczami „bezpowrotnie utraconymi”, „oczyszczającej słonej fali” łez nad zabitą przez zboczeńców dziewczynką.

Konwencja baśni, w której napisana jest powieść „Ciemno, prawie noc”, pewną dozę uogólnienia, prostoty, a nawet banału może przyjąć. Dostajemy świat, w którym występują osobno dobro i zło, ukryte pod postaciami odpowiednio „kociar” i „kotojadów”. To świat ścisłych zależności: ktoś, kogo „zepsuto” – zgwałcono, pobito, poniżono – będzie odtąd psuć innych. Odrębność i autonomia bytów nie są konieczne nawet po stronie dobra – kociary pojawiają się znikąd, nieznana jest ich ilość, a pojedynczość niepewna. 

Alicja – jako główna bohaterka baśni – znajduje się w magicznym momencie przejścia pomiędzy złem a dobrem. I ładuje się w sam środek wydarzeń, bo czuje, że powinna. Choć wbrew pozorom, zupełnie jak – również baśniowy – James Bond, raczej obserwuje z bliska niż rozwiązuje sploty kryminalnych wątków. Jej „zepsuta” przez matkę siostra musiała umrzeć, ale ona ma żyć „za nią”, przeciągnąć los na stronę dobra. I odwdzięczyć się „naprawianiem” innych – jak w ostatniej scenie nad morzem.

Uogólniająca konwencja baśni miesza się tu w niektórych fragmentach z przykładanymi do współczesnego życia Alicji i niektórych jej towarzyszy uszczegóławiającymi narzędziami literatury zupełnie nieźle, ale kiedy za pomocą środków dostępnych baśni autorka opowiadać próbuje także prawdziwą historię Wałbrzycha, prowincjonalnej biedy, tragedie mieszkańców ziem odzyskanych, i szalonej dzisiejszej Polski – kiedy baśnią pisać próbuje rodzaj reportażu – zaczyna zgrzytać. Tym bardziej, że Bator wcale nie wykorzystuje baśniowych możliwości, nie pozwala fantastyce opowiadać swobodnie historii – co udało się świetnie ostatnio Igorowi Ostachowiczowi w „Nocy żywych Żydów” – i próbuje mimo wszystko nie odstępować za bardzo od twardych realiów. Szkoda. Bo najlepsze, najwdzięczniejsze fragmenty „Ciemno, prawie noc” to te, w których narracja porzuca na chwilę realność i pozwala sobie na małe szaleństwa: burleska ukryta na tyłach sklepu mięsnego, który stał się zoologicznym; poszukiwacze i sprzedawcy kości, chwalący się kto, z którego grobu i z jakiej epoki się nakradł; wreszcie żądny krwistych rekwizytów tłum, rozdzierający trupa na rynku miasta.

„Trupa zeżarli. Czasem tak bywa w kraju nad Wisłą” – mówi jedna z kociar w czerwonych relaksach. Takiej bajki chciałoby się posłuchać.