Młyn miłosny

Młyn miłosny

Jakub Socha

Gdyby w „Annie Kareninie” Wright połowę czasu poświęconego na wymyślanie ruchów kamery poświęcił aktorom, pewnie byśmy mieli do czynienia z lepszym filmem

Jeszcze 1 minuta czytania

Młyn, obrotówka, wszyscy kręcą się, chodzą jak po kole, zarówno kamera, jak i postaci. Zupełnie jakby ktoś tu wszystkich poganiał. Wszystko jest w ruchu, ludzie gadają ze sobą, wykonując równocześnie piruety wokół własnej osi, gadając – najczęściej o uczuciach – zmieniają ubrania: surdut na smoking, sukmanę na koszulę z kołnierzem, koszulę nocną na suknię balową. W tym samym momencie zmieniają się rekwizyty – zakład pracy w jednej chwili staje się restauracją, gabinet sypialnią, sypialnia salą koncertową, sala koncertowa – kolejowym dworcem. Tylko tło jest nieruchome – namalowane na płachcie materiału albo na desce. Jesteśmy w teatrze – carska Rosja w „Annie Kareninie” Joe Wrighta jest teatrem. Wystawnym, kolorowym, sztucznym, ale intensywnym. Tym, którzy zdają sobie z tego sprawę, jak Stiepan Arkadiewicz Obłoński (brat Anny) i Aleksiej Kriłłowicz Wroński (kochanek Anny), łatwiej się w nim poruszać; reszta w różny sposób się dusi.

Dekorację jednak w końcu się rozsuwają, gdy Konstanty Dmitricz Lewin, po odrzuceniu przez Kitty, z podkulonym ogonem wraca do siebie na wieś. Tylko że poza teatralnymi dekoracjami są inne dekoracje – Wright nie może się opamiętać, u niego rosyjskie mrozy, chałupy, bieda i żniwa wyglądają równie malowniczo, jak życie na salonach. Trudno uwierzyć, że są bardziej autentyczne. Autor „Pokuty” chce nas do tego przekonać – to właśnie konfrontacja przygód miłosnych Lewina i Kareniny jest osią filmu. On jest zadomowiony, żyje blisko natury, ma zawsze gdzie się schować; ją ciągle nosi, każdy jej wybór jest okupiony przegraną na jakimś froncie. Ona kieruje się sercem czy czymś w tym guście, on ostatecznie tym samym. Obydwoje w końcu dojrzewają do zmian, tylko dlaczego to jemu wszystko wychodzi? Może po prostu dlatego, że nie ożenił się za wcześnie; tę myśl można spokojnie wyczytać z filmu – jest ona jednak mocno powierzchowna, poza tym przypomina powierzchnię zrobioną z lastryko.

Wielkie nadzieje i wielkie złudzenia z jednej strony; z drugiej – równie wielkie rozczarowanie. Poczciwi zostają porzuceni, ryzykanci – z czasem – ukarani. Albo, jakby powiedział Barnes: „Miękki ser zapada się; twardy twardnieje. Oba pleśnieją”.  Tylko jednemu, bratu Anny, tak naprawdę wszystko uchodzi na sucho – tylko że to właśnie on w jednej z ostatnich scen filmu wygląda na naprawdę smutnego. Ta twarz mogła być tu kluczowa, a nie jest. Wrightowi udaje się ta scena zupełnie przypadkiem; w bezruchu nie widzi nic ciekawego, rozpacz to dla niego ciało zmasakrowane przez pociąg, miłość – taniec nagich ciał, które nawet się nie dotykają.

Wright potrafi odnaleźć się w gąszczu postaci, postaw i emocji – ogromna cegła Tołstoja zamienia się w jego rękach w niewiele ponaddwugodzinną opowieść, i wcale nie ma się poczucia, że czegoś w niej brakuje, że coś w niej wypadło i przez to stała się krzywda. Ma przy tym niebywałą wyobraźnię plastyczną i równie wielką naiwność, która pozwala mu konstruować na przykład sceny, w których podarty na strzępy, podrzucony w ciemne rosyjskie niebo list miłosny zamienia się w płatki śniegu. Ktoś inny dziesięć razy by się zastanowił, zanim wywołałby tę kliszę. Wright tego nie robi, bo wierzy w efekt, spontaniczność, wierzy w cyrk – u niego nawet słynny wyścig konny rozgrywa się na scenie, jeźdźcy tylko przez chwilę pojawiają się na niej, a potem znowu giną w mroku, by za chwilę, mimo że przecież biegną po prostej, znowu się z niego wyłonić.

„Anna Karenina”, reż. Joe Wright.
Wielka Brytania 2012,
w kinach od 23 listopada 2012 
Gdyby tych cudów było mniej, gdyby Wright połowę czasu poświęconego na wymyślanie ruchów kamery poświęcił aktorom, gdyby inaczej dobrał ich skład albo gdyby na przykład powiedział Keirze Knightley, że nie musi przez cały czas chodzić z rozdziawioną buzią i płakać tylko lewym okiem, pewnie byśmy mieli do czynienia z lepszym filmem. To jednak chyba nie mogło się zdarzyć u kogoś, kto zdołał nawet apokalipsę na plażach Dunkierki zamienić w „Pokucie” w oszałamiającą etiudę operatorską, w której puszczona w ruch kamera zjada wszystkie tragedie i dramaty, a potem robi z nich wesołe miasteczko. W „Annie Kareninie” jest lepiej z wielu powodów: Wright tym razem nie udaje, że nie bawi się w sztucznych dekoracjach. Sama sztuczność jako kategoria w ogóle go jednak nie interesuje, jemu wystarczy, że może pohasać. Niestety, nawet tak zdolnemu artyście cyrkowemu w pewnym momencie kończą się sztuczki i zaczyna się powtarzać – to powtarzanie jest tylko pomniejszaniem, powtórzony gest traci na sile – postaci z czasem stają się mniejsze, tak samo jak ich losy. Ostatecznie wielka i nieszczęśliwa historia miłosna Anny Kareniny nie pozostawia żadnego śladu – ani na świadkach jej dramatu, ani na widzach. Może tak miało być.