Nowak milionousty

Nowak milionousty

Paweł Soszyński

Tadeusz Słobodzianek zeszłoroczne Warszawskie Spotkania Teatralne nazwał Agitpropem. A że właśnie oficjalnie przejął dowodzenie festiwalem, należałoby uczciwie spytać: a więc daliśmy się oszukać?

Jeszcze 1 minuta czytania

W ostatnim wywiadzie Tadeusz Słobodzianek – nowy, jak się właśnie oficjalnie dowiadujemy, dyrektor Warszawskich Spotkań Teatralnych – postanowił zwięźle rozliczyć się z ostatnimi edycjami festiwalu pod dyrekcją Macieja Nowaka. Edycje WST, „które ostatnio nieco ucierpiały na skutek fascynacji Agitpropem towarzysza Macieja Nowaka”, mają – nie wiadomo jeszcze jak – się zmienić, być może powrócić do tradycyjnego, wysokoartystycznego (?), demokratycznego (?) modelu. I wszystko byłoby w porządku, bo trzeba się wadzić i spierać, i nie zgadzać, i odświeżać, gdyby nie ten złowieszczy „Agitprop” i ten złośliwy „towarzysz”.

Agitprop to skrót od Wydziału Agitacji i Propagandy założonego w 1920 roku przez Komitet Centralny KPZR. Agitprop – czytamy w definicji – to „jedno z centralnych pojęć komunistycznego werbunku politycznego od czasów Lenina. Powstało z połączenia słów agitacja i propaganda”. Więc pojęcie, cokolwiek by mówić, z grubej rury, z konkretnego kontekstu. Z czarnych snów Sołżenicyna. Tak się zdarzyło, że wraz z Joanną Wichowską pisaliśmy dla dwutygodnik.com relację z Warszawskich Spotkań, i to był świetny festiwal, i bardzo nam się podobał – i śmialiśmy się, i ze zgrozą patrzyliśmy, a nawet wraz z resztą klaskaliśmy.

Przeglądam więc program zeszłorocznych WST towarzysza Nowaka i widzę, że swoje sztuki prezentowali na nich towarzysz Klata, towarzysz Liber, towarzysz Klemm, towarzyszka Szczawińska, towarzyszka Strzępka z towarzyszem Demirskim, a nawet towarzysz Bzdyl, który zaprezentował przecież przewrotnie reakcyjną, bo w istocie demaskującą odszczepieńcze, arystokratyczne sentymenty antyklerykalną satyrę „Sacrum”. Podobnej zresztą prowokacji dopuścił się inny tak zwany tancerz, Mikołajczyk. Towarzysze krytycy skręcali się ze śmiechu, widząc inteligentnie objaśnioną przez tego towarzysza krytykę indywidualizmu, jakże depresyjną i mazgajską w konfrontacji z unoszącym się nad pierwszymi rzędami duchem kołchoźniczym. Mniejsza jednak z tym. 

Przecież, jak rozumiem, chodzi tu nie o linię estetyczną, nie o tematy samych przedstawień, a o właściwą propagandę. Oto towarzysz Nowak w akcie milionoustym, gardłami aktorów i reżyserów grzmiał ze sceny na zdurniałą, otumanioną publikę – która w innym razie szturmem przeniosłaby się do innych teatrów, no, może dwóch innych – grzmiał więc generalissimus Nowak, ustawiając pod teatralną czwartą ścianą demokratycznie wybrane władze ojczyzny, czyniąc niejasne aluzje, otwierając społeczne rany, strasząc demonem kapitału. W tym omiecionym czerwoną kurtyną liście, co tam liście – w tej ulotce rozrzuconej w eterze widowni, towarzysz Nowak chciałby z kogoś „zrezygnować”, a przecież – ha ha – wszyscy wiemy, co ma towarzysz Nowak na myśli, gdy siedząc nad smażonym w krwi kurczęciem, w gabinecie na minus trzecim etażu na ulicy Jazdów, do zebranych w nocy krytyków i artystów mówi: „z niego rezygnujemy!”. I Tadeusz Słobodzianek też to wie, więc przed zakusami tego ludożercy i kapitałogromcy chce nas ocalić. No więc ja, choć tak naprawdę nie chcę, to zwyczajnie muszę ten słobodziankowy „Agitprop” polskiego teatru tak rozumieć.

Rzeczywiście, i ja podpisałem list „towarzysza Nowaka”. Czy więc zrobiłem to na fali zdradliwych emocji, agitowany, ideologicznie wyprany, ogłupiony? Czy patrząc na scenę, patrzyłem w istocie przez palce towarzysza Nowaka, uwalane tłuszczem roślinnym, zwierzęcym (ludzkim???). Czy kiedy się śmiałem, śmiał się przeze mnie kto inny? I czy w trakcie braw w dłoń moją uderzała dłoń czyjaś, w dłoń moją prawą dłoń lewa nie moja? To mi się nie mieści w głowie, nie mogę uwierzyć. Czyżby? Czyżbym? Czyżbyśmy?