Czcionki
ssoosay.blogspot.com CC

Czcionki

Zofia Król

Napięcie, które sprawia, że „Patrz na mnie, Klaro!” jest najlepszą książką Malanowskiej, rozgrywa się nie w opowieści o kobiecie, która wciąż żyje nieswoim życiem, ale w splocie trzech niezależnych narracji

Jeszcze 1 minuta czytania

„Agata Jaroszuk przyciągała jak magnes. Kiedy Klara miała siedem lat, nie mogła przestać wlec się za nią po korytarzu, obserwować na lekcji, żebrać o towarzystwo... Wiele lat później Klara spotyka «tego jedynego», a on – inną kobietę. (...) Czy brak miłości może być lepszy niż jej nadmiar?” – blurb potrafi zepsuć najsubtelniejszą książkę, w przypadku nowej powieści Kai Malanowskiej jednak fałsz jest tym dotkliwszy, że mogłaby się ona doskonale obyć zupełnie bez opowieści o Agacie Jaroszuk – choć na poziomie fabularnym, i mniej ciekawym psychologicznym, stanowi ona podstawę i źródło wszystkich innych wydarzeń. Napięcie, które sprawia, że „Patrz na mnie, Klaro!” jest najlepszą książką autorki „Drobnych szaleństw dnia codziennego”, rozgrywa się nie w opowieści o kobiecie, która wciąż żyje nieswoim życiem – zdominowana przez matkę, zlekceważona przez chłopaka, wychodzi wreszcie za statecznego Franciszka, choć i z nim jej się nie uda – ale w splocie trzech niezależnych narracji, zderzeniach językowych odcieni, celowych niedopasowaniach stylu.

Kaja Malanowska, „Patrz na mnie, Klaro!”.
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa,
304 strony, w księgarniach od października 2012
Poza – snutym równą, stateczną czcionką – opowiadaniem o Klarze w trzeciej osobie, które samo w sobie byłoby nieprzeciętne, ale dość płaskie, pojawiają się wstawki pisane w osobie pierwszej, znaczone kursywą lub boldem. Początkowo wydają się zupełnie oderwane od głównego nurtu opowieści, choć bywają od niego ciekawsze. Z biegiem stron czytelnik zaczyna widzieć powiązania – niekonsekwentne, rozproszone, kapryśne. Kursywa okazuje się pisaniem samej Klary, ale przesuniętej w przyszłość, ku końcowi książki, inaczej odmienionej przez czasy i osoby. Odnajdujemy tu znane z nurtu głównego postaci i motywy, ale autorka nie stara się, żebyśmy świadomie przesuwali się wraz z Klarą w tej narracyjnej maszynie czasu, mamy raczej przypadkowo – mimowolnie – popadać w możliwość przyszłości. Językowo fragmenty pisane kursywą szczególnie się nie wyróżniają. Do tradycyjnej trzecioosobowej narracji dodają porcję motywacji psychologicznych, subtelności i dygresje, fragmentaryzację wydarzeń i idący za tym rozpad spójności świata. Wszystkie te zabiegi dość dobrze znamy i wciągnięty w lekturę czytelnik nawet ich nie zauważy.

Inaczej sprawa się ma z boldem, który – co ważne – dodatkowo znaczony jest datami, od 20 sierpnia 2009, do 15 czerwca 2010. Z czasem okaże się, że to czytany przez Klarę – co też nie od początku jest oczywiste – blog pewnej kobiety, kluczowej postaci w książce, o której wiele więcej napisać tu nie można, bo spoiler zepsułby przyjemność nie tyle z zaskakującego rozwoju fabuły, ile z obcowania z tekstem bloga na świeżo, bez ustawionych oczekiwań i ocen. O ile bowiem tekst trzecioosobowy oraz fragmenty kursywą tkwią głęboko w strukturze opowieści, w odległym i tradycyjnie powieściowym tak zwanym świecie przedstawionym, o tyle wyboldowany – pisany czcionką, która przypomina trochę komputerowe pismo – tekst bloga dzieje się gdzieś obok, za ścianą, pisany mógłby być przez kogoś ze znajomych, znaleziony podczas codziennych spacerów po internecie. Co nie znaczy, że jest literacko zły. Przeciwnie – to tu słowa uzyskują wreszcie wolność, nazywają to, co chcą, albo próbują nazywać jak najmniej, jak w pierwszym, od razu dobrym fragmencie: „Czas przepływa za oknem. Jest powolny i tłusty. Gęsty, mulisty potok. Nic się nie zmieni, myślę. Nic się nigdy nie zdarzy. (...) JA. I tylko JA. Wyglądam na dwór. Kontempluję słońce. I deszcz. Narodziny kałuż. I ich wysychanie. Smaruję chleb masłem”. Zakupy, supermarkety, praca, depresja, komputer, kawiarnia i znajomi – kobieta z bloga wychodzi prawie poza obręb książki, a im bliższa się stanie czytelnikowi przez pierwsze 150 stron, tym bardziej zaskakujące okaże się uczynienie z niej jednej z postaci i jej zanurzenie w najgłębszej warstwie fabuły u końca książki.

To właśnie odwrócenie, zderzenie dwóch warstw strukturalnych opowieści, które pochodzą z całkiem innych porządków, staje się najważniejszym elementem książki Kai Malanowskiej. Poza oczywistymi pytaniami o relację powieściowości i blogowości, świata przedstawionego i – przynajmniej na pozór – rzeczywistego dokumentu codziennego życia, poza pytaniami na czasie o sam sens i wiarygodność narracji powieściowej, budzi pewien podstawowy dla dobrej lektury niepokój.