Anderson.   Bardzo ekscentryczny gość

Anderson.
Bardzo ekscentryczny gość

Darek Arest

Chociaż w niemal każdej scenie Anderson mieści dowcip – słowny albo wizualny – to w jego filmach nie ma postaci czysto komicznych

Jeszcze 1 minuta czytania

Wes Anderson nie jest typem artysty, który z filmu na film zmienia się nie do poznania, goniąc za zmiennokształtną ideą. Swój styl znalazł dawno temu (debiutancki „Bottle Rocket” z 1996), doprowadził go do stanu czystego („Genialny klan” z 2001) i pozostaje mu bezwzględnie wierny. Kto uznaje jego kino za wykalkulowane dziwactwo, na seansie najnowszego filmu raczej nie dozna olśnienia. Raz po raz miłych wrażeń doznawać będą za to jego fani, bo w „Moonrise Kingdom” (zróbmy sobie przysługę, ignorując polski tytuł) jest wszystko, za co Amerykanin jest uwielbiany. Możliwe, że w najdoskonalszym jak dotąd kształcie.

To właśnie styl jest w u Andersona najważniejszy – w warstwie fabularnej jego opowieści składają się z banalnych i zużytych elementów. Bohaterami są genialni outsiderzy, często z dysfunkcyjnych rodzin, podążający wbrew przeciwnościom za życiową pasją i miłością. Wszystko to powraca w najnowszym filmie, w którym para dzieciaków – nielubiany przez nikogo pionier-sierota i zbuntowana pannica z dobrego, zamożnego domu (co u Andersona oznacza lekką patologię) zakochują się w sobie jak rażeni gromem. A potem wprowadzają w życie szczegółowy plan: uciekają do lasu, gdzie ukrywają się we własnoręcznie urządzonym obozowisku, by żyć na własnych zasadach. Nie dajcie się jednak oszukać fasadzie – wszystko, co mogłoby stać się płaczliwą historią, zostaje po Andersonowsku przetworzone. Małżeńska patologia ma więc w tym w świecie twarze Billa Murraya i Frances McDormand, śpiących w jednym łóżku, ale rozmawiających ze sobą wyłącznie prawniczym żargonem, za pośrednictwem megafonów.

Styl Andersona to nie tylko dramat pokryty grubą warstwą komizmu czy dysfunkcja objawiająca się sympatycznym ekscentryzmem (ekscentryzm to w jego przypadku słowo klucz, czy raczej słowo łom). To także – a może przede wszystkim – sposób, w jaki inscenizuje swoje filmy. Kolory są czyste, intensywne i każdy kadr jest tu starannie zakomponowany w płaski, wyrazisty obrazek. Nie ma przypadkowych elementów, a często nawet drugiego planu. To rzeczywistość, w której księżyc albo jest hipnotyzująco okrąglutki, albo ma zawadiacki kształt sierpa, ale nigdy nie jest rozmazaną plamą. Także bohaterowie wydają się obrysowani grubym konturem i ustawiają się do kamery, jakby stali na ciasnej scenie dziecięcego teatrzyku, mówiąc wprost do siedzącego w pierwszym rzędzie widza. Uzyskanie tej uderzającej prostoty jest bez wątpienia bardzo trudne i pracochłonne, ale efekt wart jest zachodu. Filmy Andersona ogląda się doskonale. Są niezwykle intensywne – brak w nich przestojów, wypełniaczy, pustych miejsc. W „Moonrise Kingdom” dodatkowe pole do popisu stwarza czas akcji – lata 60.

I właśnie ta niesłychana efektowność może być obiektem podejrzeń. Czy „Genialny klan” i „Darjeeling Limited” nie za bardzo chcą się podobać? Czy to nie czysta stylówka, efekciarstwo, chłodna kalkulacja, która ma przyciągnąć przed ekran kinowych hipsterów, klejących się do wszystkiego, co „ekscentryczne”, by wcisnąć przycisk „lubię to”? Gdy w „Moonrise Kingdom” wprowadzane są kolejne postaci, wydaje się, że Anderson napisał scenariusz tylko po to, by założyć Bruce’owi Willisowi śmieszną czapeczkę i naciągnąć Edwardowi Nortonowi białe podkolanówki. A największe tuzy wchodzą w to jak w dym, godząc się grać u niego ogony i mikroepizody (Harveya Keitela w najnowszym filmie można najzwyczajniej przeoczyć). Anderson mnoży kolorowe postaci bez opamiętania i po godzinie staje się jasne, że nie będzie w stanie ich wszystkich rozsądnie zagospodarować.

„Kochankowie z Księżyca”, reż. Wes Anderson,
 USA 2012, w kinach od 30 listopada 2012
Ale konsekwencja kruszy najtrwalsze mury. Powracająca deklaracja, że jedną z najważniejszych artystycznych inspiracji są dla Andersona komiksowe „Fistaszki”, nigdy nie brzmiała równie przekonująco, jak po seansie „Moonrise Kingdom”. Jak Charles Schulz precyzyjnie tłumaczył zawiłe egzystencjalne kwestie na czteroobrazkowe historyjki z udziałem ośmiolatków, tak Anderson tłumaczy życie na język swojego teatrzyku. W płaskim kadrze zawiera pełnowymiarową emocję, w kreskówkowym rysie postaci mieści celną charakterystykę, grubym konturem rysuje sceny subtelne. Do bajkowego świata przedostaje się śmierć, przemoc, cień depresji. Komedia jest tylko konwencją. Bohaterowie, choć wydają się elementami barwnego pochodu freaków, nigdy nie są jednowymiarowi. I chociaż w niemal każdej scenie Anderson mieści dowcip – słowny albo wizualny – to w jego filmach w zasadzie nie ma postaci czysto komicznych, zredukowanych do funkcji rozśmieszania widzów. Wbrew jednemu z klasycznych przepisów na komedię, Amerykanin nie przeplata żartów scenami sentymentalnymi. Najbardziej wzruszające momenty są u niego jednocześnie najzabawniejsze. Tak, bardzo ekscentryczny gość z tego Wesa.