Jeszcze 1 minuta czytania

Katarzyna Tórz

OPÓR CODZIENNY:
Święte śmieci

Katarzyna Tórz

Katarzyna Tórz

Wygląda na to, że anonsowany koniec świata, który mógł zapowiadać ulgę i wyzwolenie, spełnił się jedynie w scenerii banału – w supermarkecie z telewizorami. Nawet tę kuszącą utopijną ideę reklama jak zwykle wyeksploatowała i przejechała walcem. Podobnie jak święta, które prawdopodobnie już wkrótce kojarzyć się będą wyłącznie ze specjalną kategorią zakupów – okazalszych, bardziej stresujących i oprocentowanych.

Jednak pejzaż przedświąteczny może być pełen niuansów. W przerwach pomiędzy nawoływaniami wodzirejów o korzystnych ratach, wizytą w gigantycznej kiosko-księgarni lub tankowaniem na stacji bezynowej, gdzie również paliwo jest formą charytatywnego gestu, można zachować się alternatywnie i wziąć udział w wydarzeniu kulturalnym. A tam dostrzec, że coraz częściej (choć zwyczaj ten nie jest nowy) tak przysłowiowa, że aż obowiązkowa lampka wina gromadzi znacznie więcej zainteresowanych niż przedmiot wystawy. Albo że przerwa lanczowa na międzynarodowej konferencji okazuje się dużo większą atrakcją niż skomplikowane, tłumaczone konsekutywnie wywody. Gwarantuje ciepły dwudaniowy obiad z deserem.

Na obrzeżach okazałych fal konsumentów, przelewających się przez wielkie centra handlowe i meblopleksy, można tymczasem zauważyć osoby pogrążone w trwaniu. W sferze integracji, pomiędzy rodzinami spożywającymi w błogości niedzielny obiad w towarzystwie telewizji informacyjnej, cicho przemykają osoby zainteresowane niedbale porzuconymi na tacach resztkami jedzenia albo nielimitowanym dostępem do kawy i herbaty – kilka złotych wystarczy, żeby przetrwać cały dzień. Do tego bonus: ciepło, toaleta, obserwowanie życia społecznego, twarzy innych, ich relacji. Można tak spędzić cały dzień, stapiając się z otoczeniem, siedząc w półniewidzialnym kombinezonie, czasem przyciągnąć czyjeś spojrzenie. Bycie podmiotem tolerowanym staje się drobnym sukcesem.

W zalewie materii, nowych modeli, wzorów i standardów, umiejętność dostrzegania zdaje się prawdziwym wyczynem. Wbrew nadmiarowi, a może właśnie ze względu na otępienie, które on wywołuje, od kilku lat coraz większą popularność zyskują nowe ideologie życia codziennego – postulujące ograniczenie własnych potrzeb, świadomą konsumpcję i odpowiedzialność za otoczenie. Minimaliści z dumą ogłaszają, że wypożyczają książki z biblioteki zamiast je kupować, redukują zawartość szafy do dziesięciu ubrań, a po mieście poruszają się pieszo lub rowerem. Pokrewną im grupą są najbardziej progresywni przedstawiciele klasy średniej, którzy twierdzą, że nie muszą kupować jedzenia, ponieważ w wielkim mieście nietrudno je znaleźć na śmietniku. To właśnie emocje, jakie się z tym poszukiwaniem wiążą (nigdy nie wiesz, co kryje wypełniony kubeł) są najbardziej ekscytujące.

Ale czy przy śmietniku może dojść do realnego spotkania z inną grupą – tych skazanych na minimalizm i szukających w odpadkach szansy na przetrwanie? Raczej nie. Napięcie pomiędzy pragnieniem posiadania i niespełnieniem, nadmiarem i próbą uwolnienia się z jego uścisku, pozostaje. Ten nierozwiązywalny paradoks umacnia poczucie wzajemnej izolacji.

Ci, którzy mają (za) dużo, z trudem zdobywają się na empatię, próbując zachowować resztki niezależności od materii. Ci, którzy nie mają nic, chcą mieć cokolwiek. Ci, którzy mają trochę, podsycają (i pozwalają innym podsycać) pragnienie – chcą coraz więcej; żeby dorównać innym, zatracają się w kumulowaniu towarów.

W powracającej modzie na minimalizm ciekawe może być ziarno sprzeciwu, intencja podważania porządku rzeczy (a raczej materii). Choć w wolnym jedzeniu (freeganizm), wolnym internecie (free wi-fi) i wolnym dostępie (free access) kryje się obietnica przechytrzenia systemu i łatwej emancypacji, to jednak wciąż zbyt mały krok do poczucia wolności.