Śródziemie i trybiki

Śródziemie i trybiki

Jakub Socha

Gdyby chociaż pierwsza część „Hobbita” trzymała poziom trylogii „Władca Pierścieni”, pewnie trudniej byłoby zarzucać Jacksonowi, że popełnia te same błędy, co George Lucas. Niestety

Jeszcze 2 minuty czytania

„Nigdy nie cieszą się tym, co posiadają, lecz pilnują zazdrośnie nawet najmniejszego mosiężnego pierścionka. W istocie nie potrafią nawet odróżnić dobrego rzemiosła od partaniny, choć zazwyczaj orientują się całkiem nieźle w rynkowej wartości przedmiotów.” Kim są opisywane istoty? Jaka to grupa społeczna? Właściciele lombardów? Spekulanci? Polska klasa średnia? Nie, to tylko smoki. Tak charakteryzuje je w „Hobbicie” J.R.R. Tolkien. Książka, jak wiadomo, jest klasyką gatunku, dla tych, którzy nie wiedzą: opowiada o wyprawie po skarb strzeżony przez smoka, niejakiego Smauga. Tyle że Smauga w filmie Petera Jacksona tak naprawdę nie ma – ledwie powiekę podnosi, zaraz znowu znika. „Tam i z powrotem” brzmi podtytuł pierwszej powieści Tolkiena o Śródziemiu. Oglądając „Hobbita”, jesteśmy rzeczywiście „z powrotem” w Śródziemiu, ale dużo czasu musi upłynąć, zanim ruszymy „tam” – ku przygodzie. Jackson postanowił potraktować krótką książeczkę, jaką jest „Hobbit”, w taki sam sposób, jak trzytomowego „Władcę Pierścieni” – jej ekranizację rozbił na trzy filmy. W pierwszej części dużo czasu musi minąć, zanim banda krasnoludów, jeden hobbit i jeden czarodziej w ogóle wyruszą w drogę – gdy już ruszają, i tak niezbyt daleko dochodzą, choć końcowa partia tego pierwszego etapu (potyczki z goblinami i orkami) jest rzeczywiście wciągająca.

„Hobbit: Niezwykła podróż”, reż. Peter
Jackson
, USA. Premiera polska 28 grudnia 2012
Reżyser zarzeka się w wywiadach, że musiał rozbić opowieść na trzy części, bo miał za dużo dobrego materiału – nie chciał, żeby coś się zmarnowało. Idealiści wierzą mu na słowo, myślę sobie jednak, że na szóstce się nie skończy – możliwe, że już nawet teraz ktoś myśli, jak zamienić Śródziemie w Gwiezdne Wojny i zbić na nim jeszcze większy majątek. Gdyby chociaż pierwsza część „Hobbita” trzymała poziom trylogii „Władca Pierścieni”, wtedy pewnie trudniej byłoby zarzucać Jacksonowi, że popełnia te same błędy, co George Lucas. Niestety.

Już sam pomysł z filmowym narratorem wydaje się nietrafiony. W książce znajduje się on poza światem przedstawionym, ale nie podchodzi do tego tak strasznie serio; wszystko wie, wie nawet, jak opowiadać, żeby podtrzymać zainteresowanie czytelnika, ale zdarza mu się mówić: „Nie chciałbym być na miejscu pana Bagginsa”. Jednym słowem: angażuje czytelnika w grę, droczy się z nim, niekiedy kusi go, żeby przerzucił stronę, bo na następnej czeka na niego niespodzianka. Jackson wybrał inną strategię, rolę narratora powierzył głównemu bohaterowi „Hobbita” – Bilbo Bagginsowi, który wrócił już z przygody i teraz robi z niej książkę, więc cała fabuła jest niejako retrospekcją. Zabieg ten jest klejem, który ma połączyć filmowe wersje „Hobbita” i „Władcy Pierścieni” w wielką opowieść, w której jedno wynika z drugiego. Determinacja, by zachować ciągłość, której ostatecznie i tak nie udaje się zachować – sześćdziesięcioletnia wyrwa między przygodami Bilba i Froda jest nie do zasypania – pozbawia jednak film lekkości i luzu; znika przyjemność wsłuchiwania się w tę opowieść – słuchać się jej powinno z przekonaniem, że możliwe, iż ona tak naprawdę niczemu nie służy.

We „Władcy Pierścieni” Drzewiec charakteryzuje Sarumana, czarodzieja, który przeszedł na stronę Saurona. Mówi, że kiedyś był przyjacielem drzew i lubił spacerować po lesie, teraz jednak w jego głowie są tylko trybiki; niewinność wyparła technika. To samo można powiedzieć o Jacksonie. „Władca Pierścieni” był oczywiście filmem, który nie powstałby bez komputerów, jednak technologia była w nim tylko narzędziem do kreowania magicznego świata – kompletnego, przepastnego i w jakiś sposób urzekającego. W „Hobbicie” – mimo że zrealizowała go w większości ta sama ekipa, która pracowała przy poprzedniej trylogii, mimo że wykorzystano te same elementy scenograficzne, te same kostiumy, mimo że pojawiają się znane z poprzednich części postaci (Gollum, Gandalf, Galadriela, Lord Elrod) – to wrażenia znika. Największym winowajcą wydaje się właśnie technika. Jackson zdecydował się bowiem nakręcić film przy użyciu nowoczesnych kamer cyfrowych RED EPIC, które rejestrowały obraz w szybkości 48 klatek na sekundę zamiast standardowych 24. Efekt jest zdumiewający. Epicki świat z „Władcy Pierścieni” zniknął, na jego miejscu pojawiła się dziwna hybryda, która jest połączeniem filmu telewizyjnego, kina niemego i gry komputerowej. Postacie poruszają się nienaturalnie szybko, przez cały czas ma się wrażenie, jakby ktoś delikatnie przewijał taśmę na podglądzie, Śródziemie wygląda natomiast zbyt doskonale i płasko, mimo że film ogląda się w okularach 3D. Wszystko jest ostre, przyroda zbyt wygłaskana, budynki nienaturalnie odcinają się od tła, jesteśmy niby w czasach preindustrialnych, a świat przypomina operę kosmiczna: zniknął brud, odkształcenia, znikły chropowatości, wszystko jest okropnie wypolerowane. Jest tak, jakby oprócz ekranu jeszcze szyba oddzielała nas od tego świata – podwójny dystans tego typu opowieściom nie służy.

Najlepsze momenty „Hobbita” to te, w których wracają bohaterowie z „Władcy Pierścieni”: Gollum, Gandalf, Saruman i Elfy. Najlepsze sceny z „Hobbitta” to te, które przypominają sceny bitewne z „Władcy Pierścieni”. Gdyby cały film był zrobiony w tym kluczu, pewnie byłoby lepiej. Wtedy byłoby lepiej, żeby go w ogóle nie było. Może po prostu ktoś inny powinien wejść do tej rzeki, Jackson wszedł do niej po raz drugi i za drugim razem nie udało mu się nawet tak, jak za pierwszym (z nowych rzeczy udał mu się tylko czarodziej, admirator grzybków halucynogennych, który po Śródziemiu porusza się zaprzęgiem złożonym z zajęcy). Mimo tych zajęcy, szkoda.