TELEGAZETA:  Inwazja zombie
fot. WarmSleepy / Flickr CC

TELEGAZETA:
Inwazja zombie

M. Szcześniak/ Ł. Zaremba

Zombie – pozbawione wspomnień, indywidualnej tożsamości czy rozbudowanych zdolności komunikacyjnych – w żadnym razie nie są pozbawione znaczenia

Jeszcze 3 minuty czytania

Widzowie wyczekujący trzeciego sezonu „Gry o tron” zostali na czas kalendarzowej zimy pozostawieni z obrazem niedającym zbyt wiele nadziei. Co prawda już od pierwszego odcinka wiedzieliśmy, że zima kiedyś wreszcie nadejdzie (w Westeros pory roku zmieniają się według logiki innej niż ta z kalendarza rocznego: lato trwa już wiele lat), jednak dopiero niedawno zobaczyliśmy, że za meteorologiczną metaforą kryją się tym razem nie tyle polityczne zawirowania na szczytach władzy (opisane już na łamach dwutygodnik.com), ile prawdziwie mrożące krew w żyłach zagrożenie dla porządku, a nawet istnienia całego królestwa. Z oddzielonej wysokim murem północy, gdzie zima nigdy się nie kończy, razem ze śniegami i lodami nadciąga bowiem armia Białych Wędrowców (White Walkers), niewidzianych od tysięcy lat humanoidalnych stworzeń, o których pamiętają już tylko niańki straszące nimi dzieci. O ich sile stanowią nie warunki fizyczne, zdolności adaptacyjne, wyjątkowa brutalność, ale umiejętność wskrzeszania umarłych. Teraz prowadzą więc hordy żywych trupów, złożone również z dawnych mieszkańców Westeros, jego poległych obrońców, wygnańców, żołnierzy.   

„Gra o tron”

Nadzieje mieszkańców Westeros, że zombie już nie wrócą, nie mogły się spełnić. Zombie mają przecież to do siebie, że wracają, przynajmniej odkąd pojawiły się w kulturze zachodniej. Według niektórych motyw ten powraca zwłaszcza w czasach kryzysów – gospodarczych, nuklearnych, ekologicznych. Ostatni ich powrót wiązany jest więc oczywiście z tak zwanym kryzysem ekonomicznym – w 2009 roku „Time” ogłosił nawet zombie oficjalnym potworem tego kryzysu. Czytając więc hitowy książkowy remake „Dumy i uprzedzenia” („Duma i uprzedzenie i zombie”, autorzy: Jane Austen, Seth Grahame-Smith), oczekujemy na hollywoodzką superprodukcję z Bradem Pittem, wcielającym się w rolę pracownika ONZ walczącego z pandemią zombie w „World War Z” (premiera: lato 2013).

Zombie – pozbawione wspomnień, indywidualnej tożsamości czy rozbudowanych zdolności komunikacyjnych – w żadnym razie nie są pozbawione znaczenia. W serialowym świecie „Gry o tron” pojawiają się jako coś na pozór zewnętrznego, a w każdym razie niemieszczącego się w ramach opowieści o polityce rozumianej jako pojedynek jednostek, wysoko postawionych strategów i oszustów, w której brakuje najczęściej miejsca zarówno na poglądy i ideologie, jak i na „zbiorowych, ludowych politycznych aktorów”. Zombie i ich dowódcy nie politykują, nie negocjują, nie wchodzą w alianse, nie wysyłają kruków z wiadomościami, nie żenią się z córkami innych władców. Wodzowie Westeros nie mają im nic do zaoferowania poza ciałami – swoich poddanych i własnymi – oraz ziemią. Można by powiedzieć, że White Walkers inaczej rozumieją politykę. Dodatkowo, ich żołnierze nie są na terenach Westeros nikim obcym. Armia zombie częściowo składa się z ciał tych, którzy przez lata mieli imperium nie atakować, lecz bronić, a więc żołnierzy Straży Nocnej, poległych podczas strzeżenia muru wyznaczającego północne granice królestwa; częściowo zaś z ludności uważanej za głównego wroga Westeros – samej siebie nazywającej wolną (wybierającej swojego przywódcę), a będącej potomkami mieszkańców północy królestwa sprzed pojawienia się muru, który wypchnął ich na mapie świata jeszcze wyżej. Zjednoczeni w armii Białych Wędrowców, powracają teraz spoza granic imperium.

Tak więc, o ile w ramach polityki wewnętrznej Westeros działania władców nie spotykają się ze znaczącą reakcją społeczną, a feudalna hierarchia pozostaje nienaruszona, niezależnie od tego, jak wielkie ofiary ponosi ludność na skutek decyzji królów i pretendentów, o tyle ostatecznie konsekwencje działań pochłaniających życie tysięcy poddanych są nieuniknione. Zombie stanowią reakcję społeczną w planie horyzontalnym – pojawiają się jako pozornie zewnętrzny rezultat polityki wewnętrznej, a każdy, kto ginie w wewnętrznych wojnach toczonych pomiędzy rodami pretendującymi do żelaznego tronu imperium, nieuchronnie staje się potencjalnym żywym trupem, kolejnym żołnierzem w nadchodzącej z północy hordzie zombie.

Zombie-serial


Forma zombie i forma serialu wydają się dla siebie stworzone. Nic tak jak powtarzalność odcinków – powracanie serialu w regularnych odstępach czasu – nie odda lepiej przerażającej regularności i potencjalnej niewyczerpalności żywych trupów. Co tydzień czeka nas również ten sam punkt kulminacyjny: nadchodzą zombie, trzeba uciekać! Struktura odcinka gotowa. Żadnej tajemnicy, jedynie stały schemat. Ta powtarzalność, jak świadczą wyniki oglądalności, nie musi być jednak nużąca. Rozpoczęty w samym szczycie tak zwanego kryzysu ekonomicznego serial „The Walking Dead” (na podstawie komiksu Roberta Kirkmana „The Walking Dead”, AMC, 2010-), dramaturgicznie i aktorsko najsłabsza produkcja stacji, która wypuściła takie hity jak „Mad Men” czy „Breaking Bad”, bije rekordy popularności już trzeci sezon.

„The Walking Dead”

Inaczej niż w „Nocy żywych trupów” George’a Romero (1968), zombie zostają tu powołane do życia nie przez eksplozję atomową, lecz przez tajemniczy wirus, który jak się z czasem okazuje (uwaga, spoiler!) nosimy w sobie wszyscy i który uaktywnia się po naszej śmierci. Główny bohater, zastępca szeryfa Rick Grimes (Andrew Lincoln), budzi się pewnego dnia w opuszczonym szpitalu, by szybko zorientować się, że miasteczko zostało opanowane przez żywe trupy. Później też nie ma wielu zaskoczeń – Grimes po jakimś czasie odnajduję grupę, w której jakimś cudem apokalipsę przetrwała jego żona, syn i najlepszy przyjaciel, nota bene kochanek żony. Jako idealny zalążek postapokaliptycznego społeczeństwa, banda Grimesa gromadzi stereotypową reprezentację multietnicznego amerykańskiego społeczeństwa. Codziennością ocalonych staje się zaś wspólna, zorganizowana walka z nieustannie powracającymi zombie.

Obserwujemy więc proces adaptacji do nowych warunków – relacje wewnątrz grupy, a także wewnątrz rodziny zostają przedefiniowane przez kryzys. Z każdym kolejnym dniem słabną osobiste więzi, wzmacnia się jednak świadomość, że przeżyć można tylko jako grupa. Dopuszczenie do siebie uczuć i zwyczajów sprzed kryzysu osłabia czujność i zwiększa niebezpieczeństwo. Do wbijania ostrych przedmiotów w mózgi potworów przywyknąć musi każdy, tak jak i każdy stanowi dla grupy potencjalne zagrożenie, gdy tylko powróci z martwych. Początkowo zabijanie sprawia bohaterom fizyczną i psychiczną trudność, lecz w miarę rozwoju akcji, upływu odcinków i sezonów, obserwujemy coraz silniejszą automatyzację tej czynności, a w końcu może nawet przyjemność i satysfakcję czerpaną z seryjnego mordowania. Wobec melodramatycznej historii rozpadającego się małżeństwa Ricka Grimesa i przeciętnego aktorstwa, kolejne krwawe starcia z napędzanymi tajemniczą siłą trupami wydają się największą (choć przebiegającą za każdym razem niemal identycznie) atrakcją serialu.

Niezależnie jednak od tego, ile żywych trupów uda się ostatecznie uśmiercić, z pewnością przyjdą kolejne, a każdy krok do przodu, każda próba wydostania się z pułapki na ogół oznacza cofnięcie się o dwa kroki, popadnięcie w jeszcze większe tarapaty, konieczność zmierzenia się z jeszcze liczniejszą hordą zombie. W dobie kryzysu nawet najprostsze czynności stają się problemami, a próby ich rozwiązania powodują lawinę kolejnych trudności. A jednak „The Walking Dead” ostatecznie dąży do uproszczenia, zarówno kondycji zombie, jak i sytuacji pozostawionej w ich obliczu grupy żywych. W przeciwieństwie do równie rozrywkowych klasycznych już filmów Romero, interpretowanych często jako krytyczne wobec społeczno-ekonomicznego porządku Ameryki drugiej połowy XX wieku (jako wypowiedzi antywojenne i antykonsumpcjonistyczne), serial AMC nie stawia pytań o przyczyny kryzysu, stanowczo nie pozwala również na przesunięcie identyfikacji widzów z ludzkich bohaterów ku wygłodniałej masie ciał.

Zombie, czyli kryzys na co dzień


Najtrudniej zabić oczywiście bliskiego, który został przemieniony w zombie. Tymczasem najczęściej od tego ruchu zaczyna się walka o przetrwanie. Zombie nie przychodzi bowiem tak naprawdę z zewnątrz – zza żadnego muru: „zombie z zasady jest zawsze kimś, kogo wcześniej znaliśmy, gdy wciąż żył normalnym życiem” (i dlatego cytowany tu Žižek regularnie wykorzystuje tę figurę do opisu mechanizmów powracania, takich jak zwyczaj czy niesamowite). Domowym środowiskiem zombie nie jest jednak psychoanaliza, lecz ekonomia. U swoich afrykańskich początków zombie to przecież bezwolne ciało za pomocą czarów zaprzęgnięte nocą do niewolniczej pracy (nieszczęśnik budzi się następnego dnia rano zmęczony, lecz nieświadomy niczego). W książce „Monsters of the Market. Zombies, Vampires and Global Capitalism” David McNally pokazuje sprzężenie zombie z wyobrażeniem uprzedmiotowiającej pracy, bezwolnego robotnika (początkowo niewolnika lub pracownika plantacji), zmuszonego niewidzialną siłą do wykonywania bezmyślnych, automatycznych czynności, które jemu samemu w żaden sposób się nie przysłużą. McNally tropi bezustanne powroty zombie, zwłaszcza w kulturze zachodniej, pokazując, że związane z kryzysem żywe trupy są w niej obecne zawsze, ponieważ sam kryzys nie jest sytuacją wyjątkową, lecz trwa permanentnie. Na Zachodzie jest to rzecz jasna kryzys związany z różnymi formami kapitalizmu. „Kapitalizm działa na robotników dokładnie w ten sam sposób, w jaki działać miały czary powołujące do życia zombie: «redukując osobę do ciała, zachowanie do podstawowych czynności motorycznych, społeczną użyteczność do nagiej pracy»”.

„Plants vs. Zombies”

Tymczasem konstytutywna dla zachodniej figury zombie seria obrazów Romero przedstawiała żywe trupy raczej jako reprezentantów niepohamowanej i bezmyślnej konsumpcji, przysłaniając tym samym rzeczywisty napęd kapitalistycznej gospodarki, jakim jest usunięta z pola widzenia praca. Formy tej pracy są oczywiście różne i nie ograniczają się jedynie do pracy fizycznej czy pracy przy taśmie produkcyjnej, zaś samą jej strukturę odnaleźć można w wielu niezwiązanych z pracą czynnościach. Choć hitem ostatniego sezonu gier jest realistyczna i rozbudowana fabularnie gra „The Walking Dead” (bliższa oryginalnemu komiksowi niż schematycznemu serialowi AMC), to jej popularność nie jest nawet zbliżona do tej, jaką cieszy się prosta, „odmóżdżająca” gierka „Plants vs. Zombies”, w której zadaniem użytkownika jest obrona domu i jego mieszkańców przed falą pożeraczy mózgów za pomocą strzelających śmiercionośnymi nasionami roślin, wielkich ziemniaków, min z czereśni i innych środków z arsenału ogrodnika.

Kim jest więc zombie, przed którym bronimy swojego domku, wykonując jednocześnie zombie-czynności – godzinami hipnotycznie i kompulsywnie uderzając palcem w ekran? Uczestnicy ruchu Occupy Wall Street posłużyli się tą figurą, by podczas marszu na nowojorską giełdę oddać jeszcze inną właściwość zombie-kapitalizmu – związaną z nim chciwość i jednocześnie zaraźliwość tego głodu. W ich narracji zombiakami są okrutni bankierzy z Wall Street, którzy bezmyślnie gromadzą kapitał, przemierzają i zarażają kolejne rynki. Może więc oblegany przez żywe trupy typowy amerykański domek z „Plants vs. Zombies” przypomina nieco zagrożony windykacją dom na kredyt (ikonę początków amerykańskiego kryzysu)?

CC BY 2.0, by david_shankbone

O wiele bardziej przewrotny – czy też wywrotowy – byłby chyba scenariusz, zakładający świadomą identyfikację uczestników ruchu Occupy z kolektywnym ciałem zombie. Wszak już u swoich początków zombie to nie tylko figura niewolniczej pracy, ale także immanentnie z nią związana zapowiedź buntu. Może więc czas na realizację innego hasła widocznego podczas protestów w Zuccotti Park – „Occupy Brains”.