W głąb translatorskiej nory
ilustracja Tove Jansson / Bona, 2012

W głąb translatorskiej nory

Ewa Stusińska

Najświeższy przekład „Alicji w krainie czarów” jest uszyty na miarę dzisiejszej 12-letniej dziewczynki, nie chrzęści anachronizmami – Kapelusznik i Marcowy Zając są po prostu „zwariowani”, a nie „stuknięci na umyśle”

Jeszcze 3 minuty czytania

Historia tłumaczeń

Nakładem wydawnictwa Bona ukazało się właśnie nowe tłumaczenie „Alicji w krainie czarów” autorstwa Elżbiety Tabakowskiej. Istnieje już dziewięć polskich tłumaczeń książki Lewisa Carrolla z 1864 roku, co przy 34 przekładach niemieckich i tak jest wynikiem raczej skromnym.

Wszystko zaczęło się od Adeli S. i 1910 roku, kiedy to ukazały się „Przygody Alinki w Krainie Cudów”. Pierwsze polskie tłumaczenie baśni uważane było przez lata za zaginione, do czasu, kiedy dr Ewa Rajewska z UAM odnalazła je w zbiorach Biblioteki Raczyńskich. Kolejna była „Ala w krainie czarów. Powieść dla młodzieży” Marii Morawskiej, dzięki której „wonderland” na dobre stał się „krainą czarów”. I choć żadnych czarów Alicja w nim nie doświadczała, żadne z późniejszych tłumaczeń nie targnęło się na tę translatorską świętość.

W roku 1955 ukazało się najpopularniejsze i chyba najczęściej wznawiane tłumaczenie Antoniego Marianowicza, w którym wierszyki Carrolla zyskały swoje kulturowe odpowiedniki przystosowane do wrażliwości polskiego dziecka. I tak XIX-wieczny angielski „How doth the little” zmienił się w parafrazę bajki Stanisława Jachowicza „Pan kotek był chory”, a „You are old, father William” w „Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje”. Marianowicz popełnił jednak kilka klasycznych translatorskich błędów, a przede wszystkim nie poradził sobie z ambiwalencją przekładu, o której w  przedmowie do kolejnego tłumaczenia z 1965 roku wspomina Maciej Słomczyński: „jest to zapewne jedyny wypadek w dziejach piśmiennictwa, gdzie jeden tekst zawiera dwie zupełnie różne książki: jedną dla dzieci i drugą dla bardzo dorosłych”. Na marginesie dodajmy, że te ambiwalencje można mnożyć, bo „Alicja” w takiej samej mierze należy do dzieci i rodziców, jak i do logików i filozofów, epoki wiktoriańskiej i czasów ponowoczesnych. Wracając jednak do Słomczyńskiego – jego tłumaczenie próbuje „udoroślić” Alicję, która od tego czasu przestała funkcjonować głównie jako bajka dla dzieci. Podobnie jak inne jego wielkie przekłady – „Ulissesa” Joyce’a czy dzieł wszystkich Szekspira – i to tłumaczenie spotkało się z miażdżącą krytyką specjalistów i niesłabnącą popularnością wśród czytelników.

Pierwsze polskie wydanie. „Przygody Alinki w Krainie Cudów”, 1910

W 1986 roku Robert Stiller, poliglota i erudyta, znawca blisko 30 języków, zniesmaczony poziomem dotychczasowych tłumaczeń, zaproponował bardziej naukowe podejście i tekst wzbogacił o komentarze, wyjaśniające gry słowne i aluzje, które najczęściej giną w przekładzie. Nawiązywał tym samym do słynnego „The Annotated Alice” Martina Gardnera – kultowego wydania „Alicji” z przypisami. Nawiązał również do poprzednich polskich tłumaczeń i hojnie obdzielił je inwektywami. „Przygody Alicji w Krainie Czarów” Stillera stały się ulubionym tłumaczeniem specjalistów, którzy do dziś podziwiają precyzję tej pracy. Jak choćby przy nazwach dwóch postaci „old Crab” i „young Crab”, matki i córki, które pojawiają się wśród fauny zamieszkującej kałużę łez (wypłakanych przez Alicję), a które Stiller określa jako „Krabina” i „Krabianka”, świetnie oddając zarówno przynależność gatunkową stworzeń, relację rodzinną, jak i charakter tych dość gderliwych postaci. Czytelnicy nie byli jednak już tak bezkrytyczni, a niektórzy zarzucali tłumaczowi wręcz „bezduszność”.

Przekłady starzeją się o wiele szybciej niż dzieła oryginalne i w późniejszych latach pojawiło się kolejne tłumaczenie – Jolanty Kozak (1999), a następnie (2010) dwa przekłady – Krzysztofa Dworaka i Bogumiły Kaniewskiej, która przystosowała język postaci z krainy czarów do realiów współczesnego dziecka. Najświeższy przekład Tabakowskiej to z jednej strony tłumaczenie uwspółcześnione, uszyte na miarę 12-letniej wnuczki autorki, z drugiej – erudycyjne; tłumaczka zetknęła się z książką Carrolla dopiero na studiach, a tłumaczenia dokonała wiele lat później, już jako kierownik Katedry UNESCO do Badań nad Przekładem i Komunikacją Międzykulturową. To tłumaczenie wierne oryginałowi, jednak nie chrzęści w zębach anachronizmami – Kapelusznik i Marcowy Zając są po prostu „zwariowani”, a nie „stuknięci na umyśle”, a Alicja planuje dostarczanie prezentów gwiazdkowych swoim stopom przez „kuriera”, a nie „posłańca”.

Wskaż 5 różnic


Z przekładami „Alicji” jest jak z ciastkami, które tytułowa bohaterka znajduje na swojej drodze. Nie na każdym napisane jest „zjedz mnie”, ale każdego warto spróbować, by dowiedzieć się, jak zadziała. Zakosztujmy małych próbek różnych tłumaczeń wierszyka „You are old, Father William”, który Alicja recytuje na życzenie Gąsienicy. Złapmy się za głowę (by sprawdzić, czy będziemy rosnąć, czy maleć) i przyjrzyjmy się dwóm pierwszym strofom w wersji oryginalnej Carrolla, w wersji źródłowej, do której autor nawiązywał („The Old Man’s Comforts and How He Gained Them” z 1799 roku), a wreszcie trzem polskim tłumaczeniom:

Lewis Carroll:

Lewis Carroll, „Alicja w Krainie
Czarów”.
Przeł. Elżbieta Tabakowska,
Wydawnictwo Bona, Kraków, 112 stron,
w księgarniach od listopada 2012
„You are old, Father William”, the young man said,
„And your hair has become very white;  
And yet you incessantly stand on your head—
Do you think, at your age, it is right?”

„In my youth”, Father William replied to his son,
„I feared it might injure the brain;
But now that I'm perfectly sure I have none,
Why, I do it again and again”.

Robert Southey:

„You are old, father William”, the young man cried,
„The few locks which are left you are grey;
You are hale, father William, a hearty old man;
Now tell me the reason, I pray”.

„In the days of my youth”, father William replied,
„I remember'd that youth would fly fast,
And abus'd not my health and my vigour at first,
That I never might need them at last”.

Antoni Marianowicz:

Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje
Na głowie przy tym stojąc wiele lat
Rzekł jeden z synów: – Tak bardzo się boję
O ciebie ojcze, boś już stary dziad.

– W latach młodości – ojciec mu odpowie –
Bywałem nieraz w strachu o swój mózg,
Lecz dziś, gdy widzę, że mam pusto w głowie,
Ćwicząc, najwyżej słyszę wody plusk.

Robert Stiller:

„Jesteś stary, mój ojcze – do Williama syn rzecze –
I już całkiem ci włosy zbielały:
Czy wypada w tym wieku, sędziwy człowiecze,
Abyś stawał na głowie dzień cały?”.

„Bo za młodu – synowi ojciec William odpowie –
Bałem się, że mózg nadwyrężę:
Teraz, odkąd mam pewność, że go nie ma w mej głowie,
Staję na niej i nie dbam o tęże”.

Elżbieta Tabakowska:

Dziadku, drogi dziadku,
Chcemy na głowie stać!
Chodź tu nauczyć nas, przecież wiesz,
Na dobranoc stójka musi być,
Więc jak robisz to, powiedz jak?

Wnuczku, drogi wnuczku,
Lubię na głowie stać!
Dawniej się bałem, że wstrząsnę mózg,
Dziś się o głowę nie muszę bać,
Bo pusto w niej mam, pusto mam.

Która strategia translatorska jest poprawna? Tłumaczenie Stillera, które w swojej precyzji nawiązuje nie tylko do oryginału, ale też parafrazowanego przez Carrolla źródła? Przekład Marianowicza, który wziął pod uwagę nieznajomość źródła w polskiej kulturze i przyjął za podstawę polski wierszyk „Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje”, a następnie poddał go podobnym grom językowym jak autor „Alicji”? Czy może wersja Tabakowskiej, która miała podstawy sądzić, że XVIII-wieczny oryginał funkcjonował jako kontekst interpretacyjny nie tyle dla Alice Liddell i jej rówieśników z 1865 roku, ale pokolenia od niej starszego (Lewisa Carrolla i jemu współczesnych), i dlatego podstawą swojego tłumaczenia uczyniła piosenkę ze wschodnioniemieckiej dobranocki „Piaskowy Dziadek”, którą moi rodzice i dziadkowie świetnie znają, ale ja już niekoniecznie.

Ilustracja Olgi Siemaszko do wydania
polskiego z 1955 roku
Podobnych kontrowersji jest znacznie więcej. Przechodząc od strategii translatorskich do konkretnych rozwiązań, czy „Mock Turtle” to „Żółwiozwierz”, „Fałszywy Żółw”, „Żółwiciel”, „Nibyżółw”, a może „Przeżułwacz”? Wydawałoby się, że mniej wątpliwości budzi słynny „Cheshire Cat”, który jako „Kot z Cheshire” dość dobrze utrwalił się w kulturze polskiej. Jednak autorka ostatniego tłumaczenia zdecydowała się nazwać go „Kotem Znikotem”, gdyż – jak stwierdziła – Cheshire nie jest czytelne dla polskiego czytelnika i dlatego lepiej podkreślić główną cechę postaci, jaką jest znikanie. Tymczasem główną cechą kota z krainy czarów był uśmiech, a nie znikanie. Podkreśla to Księżna. Podkreśla to również autor, odwołując się do popularnego w jego czasie stwierdzenia „szczerzyć się jak kot z Cheshire” (ang. grin like a Cheshire cat).

Czy Alicja miała fartuszek?


„A cóż jest warta książka – pomyślała Alicja – w której nie ma rozmów ani obrazków?”. I dlatego kanoniczną wersję „Alicji” wyznacza nie tylko tekst Carrolla, ale również ilustracje sir Johna Tenniela, które zdeterminowały wyobrażenie „wonderlandu” u milionów dzieci z całego świata. Przygotowywane do pierwszego wydania ze wskazówkami Carrolla i pod jego bacznym okiem, stały się nieodłączną częścią książki. Z pewnością świat wizualny mniej traci w tłumaczeniu. Jednak jaka naprawdę jest Alicja? Czy ma fartuszek, nieproporcjonalnie przerośniętą głowę i małe stopy? Większość z nas tak właśnie wyobraża sobie postać Alicji, co dodatkowo wzmocniła adaptacja Disneya, chociaż tekst Carrolla o tych szczegółach zupełnie nie wspomina.

J.R.R. Tolkien i Bruno Bettelheim twierdzą, że baśnie tracą wiele na indywidualnym znaczeniu, gdy to ilustrator, a nie wyobraźnia dziecka nadaje kształt postaciom i wydarzeniom. Nadawanie niepowtarzalnych szczegółów, wywodzących się z naszego życia, bohaterom bajek czyni ich perypetie doświadczeniem osobistym. I z jednej strony być może powinno się całkowicie odejść od ilustrowania książek, z drugiej – odświeżenie „Alicji”, również graficzne, może wzbogacić tekst o nowe wymiary. Czy przerwanie nierozłącznego tandemu Carroll & Tenniel wyszłoby Alicji na dobre? Dla przykładu warto wspomnieć o innych artystycznych kolaboracjach: surrealistycznych wizjach Salvadora Dali, halucynogennych obrazkach Yayoi Kusamy, pop-upach Roberta Sabudy, a także ilustracjach, które znalazły się w dwóch polskich wydaniach.

I tak wydawnictwo Alfa tłumaczenie Stillera zilustrowało pracami Słowaka Dušana Kallaya, w których świat wonderlandu jest magiczny i kolorowy, ale sama Alicja na wskroś realistyczna. Jako obcięta na pazia brunetka, przypomina znany z fotografii pierwowzór Alicji, czego Carroll chciał uniknąć, podsyłając Tennielowi zdjęcia innej dziewczynki, Mary Hilton Badcock, uroczej długowłosej blondynki. A trzeba przyznać, że Alice Liddell była raczej dzieckiem z charakterkiem, „wiktoriańskim punkiem” i daleko jej było do mimozowatej wersji Tenniela i Disneya.

Najnowsze tłumaczenie proponuje ilustracje Tove Jansson, kultowej autorki Muminków. Jej Alicja prezentuje nieznane swojej wiktoriańskiej poprzedniczce bogactwo mimiki, nosi zwiewną sukienkę, a przede wszystkim spotyka mnóstwo barwnych stworzeń, którym Carroll poświęcił jedynie krótką wzmiankę, a które Tenniel pominął. Jansson czyni je podstawą rysunkowej anegdoty.

Kolejne wydania, przekłady i ilustracje, ba, kolejne indywidualne lektury „Alicji w krainie czarów”, dokonywane przez tego samego czytelnika w różnych okresach życia, to nowe interpretacje. Dobrze by było, gdyby za każdym razem były one postrzegane raczej jako próba wykorzystania jak największej liczby możliwych relacji, w których funkcjonował oryginalny tekst, a także zdynamizowania, zwielokrotnienia i maksymalnego wzbogacenia narzędzi własnej percepcji, niż próba dotarcia do jedynej prawdziwej wersji.

Dziękuję prof. Elizie Pieciul-Karmińskiej za informację o odnalezieniu pierwszego polskiego tłumaczenia Alicji, a także dr Ewie Rajewskiej za udostępnienie mi swojej pracy magisterskiej „Dwie wiktoriańskie chwile w Troi, trzy strategie translatorskie”.