Bąkowski i Budny w Stereo
Widok wystawy / fot. Mateusz Sadowski

Bąkowski i Budny w Stereo

Jakub Bąk

Chyba najprzyjemniejszą chwilą w życiu konsumenta sztuki jest poczucie usuwającej się pewności siebie, moment, kiedy wypracowywana przez całe życie rutyna patrzenia nie radzi sobie z wymykającym się obrazem

Jeszcze 1 minuta czytania

Pierwsza wystawa w nowej siedzibie poznańskiej galerii Stereo wygląda na żart. Organizatorzy sugerują, by oglądać ją w samotności, a kiedy zamykają drzwi swojego whitecube, uwięziony wewnątrz widz czuje się wydrwiony. Nic nie uwodzi jego wzroku, nic nie narzuca swojej obecności, żadnych obrazów ani obiektów, nie wyłania się żaden kształt, który zwykliśmy rozpoznawać jako sztukę – widzimy jedynie jej zwyczajowe opakowanie. Czarna podłoga, cztery białe ściany, okno, drzwi, sufit i to wszystko. Czyżby nazwiska dwóch najciekawszych artystów swojego pokolenia i ambitna galeria firmowały przebrzmiałą krytykę instytucji w najbanalniejszej formie ataku na whitecube?

Stereo powstało jako instytucja promująca „Nową ekspresję poznańską” spod znaku Penerstwa i trochę się od tego czasu zmieniło. Obok ekspresji w programie galerii pojawiła się rygorystyczna dyscyplina środków wyrazu, która tym razem została doprowadzona do ekstremum. Na najnowszej wystawie dopiero po wytężonych poszukiwaniach da się wypatrzyć subtelne interwencje artystów: lamperię z bezbarwnej taśmy naklejoną przez Michała Budnego na ściany i dwa białe, wtopione w ościeżnicę okna głośniki, z których sączy się głos Wojciecha Bąkowskiego. Ot i cała ekspozycja. Zero tytułu, zero słowa wstępu czy kuratorskiego komentarza.

 

Wojciech Bąkowski i Michał Budny, galeria Stereo, Poznań, do 26 stycznia 2013

Pokazywane tu, czy raczej udostępniane „Rozejrzenie wewnętrzne 2” Bąkowskiego to dźwiękowa rejestracja opisu pokoju hotelowego. Werbalna translacja postrzeżenia przebiega dość sprawnie; język, jakim w swoich pracach posługuje się Bąkowski, jest przystępny, pozbawiony ornamentów, prawie bezbarwny, delikatnie nacechowany podsłuchaną, wulgarną mową potoczną.

Stoję w galerii trochę bezradny, bo nic nie widzę, muszę więc całkowicie oddać swoją władzę sądzenia głosowi dobiegającemu z głośników. Opis elementów położonych bliżej ukrytego pod kołdrą obserwatora odtwarzany jest głośniej, tych odległych – ciszej. Opowieść o pokoju płynie od lewej do prawej krawędzi pola widzenia, tak samo jego emisja, od lewego do prawego głośnika. Daję się wciągnąć w grę i próbuję zrekonstruować owo miejsce w wyobraźni. Jednak mimo efektu zanurzenia w przestrzeni audialnej nie ma mowy o mimetycznej sile tej instalacji – jeśli w czymś tkwię, to nie jest to samo pomieszczenie czy jego obraz, ale raczej performatywny akt postrzegania i nazywania rzeczy.

widok wystawy / fot. Mateusz Sadowski

Niepokoi banalność otoczenia, o którym słucham: poręcz łóżka, szafa, tapeta, telewizor. Zastanawia decyzja, by właśnie na tej rzeczywistości skupić całą uwagę; zaskakuje dziwność tego rozstrzygnięcia. Mówiący zdecydowanym głosem Bąkowski chyba tę dziwność rozumie.

„po tocznie/po tworzę” – pisał Miron Białoszewski w „Rachunku Zachciankowym”. Bąkowski kontynuuje zarówno jego metodę poetyckiego leżakowania, jak i strategię tolerancji, a nawet troski wobec wszystkiego, co dookoła. Abstrahując od szerszego programu artystycznego, w tej sytuacji najbardziej cieszy mnie, że jego pracy nie mogłem po prostu obejrzeć. Musiałem patrzeć w inny sposób, postawić sobie fundamentalne pytanie: z jakim obrazem mam do czynienia i czego ten obraz ode mnie chce?

Praca Budnego również nie daje się łatwo zbyć. Pasy zwykłej bezbarwnej taśmy klejącej gęsto pokrywają powierzchnie ścian. Rodzaj lamperii, jaki powstał, zdecydowanie nie narzuca się wzrokowi – trzeba się nieźle wysilić, by dostrzec, że coś tu się wydarzyło. Ale i wtedy wydaje się, że nie ma tu żadnej opowieści: taśma jest bezbarwnym laserunkiem nałożonym na białą, bezbarwną ścianę. A jednak pod taśmą ściana ujawnia wszystkie swoje brudy i wypaczenia. Jest pokrzywiona, dziurawa, miejscami zdeformowana, zdecydowanie niejednolita. Pryska sen o perfekcyjnie transparentnym języku. Ujawnia się paradoks przezroczystości, bezbarwna taśma jednocześnie udostępnia i przysłania, unaocznia i broni dostępu.

Na bazie modernistycznego mitu o transparencji Budny buduje obraz niezwykle subtelny i zaskakująco bogaty. W zasadzie mamy tu do czynienia z malarstwem idealnie spełniającym postulaty Clementa Greenberga: czystą formą, której tematem jest jedynie farba na płaskiej powierzchni. Jednak Budny nic tu nie namalował, a jedynie wydobył na jaw skryte walory bezbarwności. Skierował nasz wzrok gdzieś pomiędzy. 

widok wystawy / fot. Mateusz Sadowski

Chyba najprzyjemniejszą chwilą w życiu konsumenta sztuki jest poczucie usuwającej się pewności siebie, moment, kiedy wypracowywana przez całe życie rutyna patrzenia nie radzi sobie z wymykającym się jej obrazem, co rodzi presję na przeformułowanie struktury tak pieczołowicie zdobywanej wiedzy. By zafundować odbiorcom taką jazdę, najprościej (w zamyśle) i najtrudniej (w realizacji) pokazać jest rzeczy niewidzialne. Na olbrzymich wystawach, gdzie nagromadzenie atrakcji mocno daje się we znaki, niewidzialne dzieła szokują i dają ukojenie. Zwłaszcza gdy są podkręcone jakimś dodatkowym efektem, jak wiatr wiejący w pustych salach Fridericianum (praca Ryana Gandera) na ostatnim Documenta

Na małej wystawie w Stereo dostajemy coś więcej niż odprężającą pustkę. Artyści pielęgnujący subtelną kontemplację, świadomie skazujący się na rodzaj wewnętrznej emigracji, wycofani ze spraw bieżących i medialnie podkręcanych, zmuszają do znacznie czulszego odbierania otaczającej rzeczywistości.