„Holy Motors”, reż. Leos Carax

„Holy Motors”, reż. Leos Carax

Michał Oleszczyk

„Holy motors” jest tyleż nieprzewidywalne, co zdyscyplinowane – mistrzowsko zawieszone między opowiadaniem jednej historii a rozszczepieniem jej na dwanaście wiązek

Jeszcze 1 minuta czytania

Ostatnimi czasy Carax był obecny tylko w krótkometrażówkach, z których jedna – „Gówno” z nowelowego „Tokio!” (2008) – stała się przyczynkiem do fabuły najnowszej. Tamten pomysł był co najwyżej szkicem: „Holy Motors” jest absolutnym tryumfem. Jednocześnie konkretny w inscenizacji i surrealistyczny w treści, obłąkany wodewil Caraxa jest czymś w rodzaju teatru jednego aktora przepisanego w wielkie filmowe uniwersum z pogranicza „eXistenZ” i „Borata”. Sens fabuły wyłania się powoli i jest podatny na spoilerowanie, muszę więc zachować ostrożność. Dość powiedzieć, że głównym bohaterem jest tu niejaki Oscar (Denis Lavant) – aktor przemieszczający się po Paryżu wielką limuzyną-garderobą, z której wyskakuje od czasu do czasu, by odegrać starannie przygotowaną rolę (która doskonale wkomponowuje się w otaczającą go „rzeczywistości”).

Lavant jest chodzącą beczką aktorskiego prochu: nie boi się niczego. W „Holy Motors” jego zmiennokształtność jest kluczem do całego konceptu, a przy tym ani razu nie ulega fetyszyzacji. Czy to jako Gówno unicestwiający sesję fotograficzną Evy Mendes na cmentarzu z płytami nagrobnymi odsyłającymi do adresów internetowych, czy to jako surowy ojciec z dziobatą twarzą i nieugiętą naturą, czy to jako odziany w podświetlany trykot do motion-capture akrobata – Lavant pozostaje przede wszystkim tricksterem, zaburzającym przebieg zdarzeń, tudzież (tego nigdy nie możemy być pewni) sprawiającym, że zdarzenia biegną właśnie tym torem, jaki został dla nich przewidziany i wyznaczony. Przez kogo…? Pytanie jest tendencyjne!

„Holy motors”, reż. Leos Carax.
Francja, Niemcy 2012,
w kinach od 11 stycznia 2013
Oscar krąży po Paryżu niczym Fantomas, materializując się to tu, to tam, i zazwyczaj siejąc zamęt; jest jednocześnie duchem miasta i jego nieczystym sekretem. Carax nie wstydzi się powinowactw z serialem Louisa Feuillada, który sto lat temu jako pierwszy wykorzystał w filmie konspiracyjny potencjał stolicy Francji (eksploatowany m.in. przez Eugeniusza Sue w ukochanych przez surrealistów „Tajemnicach Paryża”). Nie ukrywa także inspiracji mistrzem francuskiej ekranowej grozy, Georgesem Franju, kręcącym opowieści z pogranicza kliniki i seansu spirytystycznego („Oczy bez twarzy” zostają przywołane w finale bezpośrednio).

Hołd dla aktorstwa, a zarazem pełna lęku przepowiednia tryumfu cyfry nad celuloidem (z Michelem Piccolim jako wcieleniem minionej epoki tego ostatniego), „Holy Motors” jest tyleż nieprzewidywalne, co zdyscyplinowane – mistrzowsko zawieszone między opowiadaniem jednej historii a rozszczepieniem jej na dwanaście wiązek. Do licha: film, który potrafi nawiązać jednocześnie do Pixarowych „Aut” i do niemego dziadka serialu w postaci Feuillada, zasługiwałby na uwagę nawet, gdyby nie był – jak ten – majstersztykiem reżyserii, aktorstwa i inscenizacji.