Django rozkuty

Django rozkuty

Jakub Socha

Nic nie poradzę: w Tarantino widzę przymilającą się do słuchacza Szeherezadę, która wierzy, że opowieścią zyskuje sobie życie

Jeszcze 2 minuty czytania

Imię Django wziął Tarantino z nakręconego w 1966 roku filmu Sergia Corbucciego, ale jego „Django” przypomina raczej słynnych „Poszukiwaczy” Johna Forda. U Forda niejaki Etan Edwards (grany przez Johna Wayne’a), weteran wojny domowej, złamany przez życie miłośnik starego porządku, rasista i choleryk przemierza Amerykę w poszukiwaniu bratanic, które zostały porwane przez bandę Komanczów. W wyprawie towarzyszy mu Pawleye, chłopiec jednej z dziewcząt – Pawleye jest Metysem i Edwards nie lubi go prawie tak samo jak Indian. Poszukiwania trwają latami, w międzyczasie padał śnieg, poszukiwacze zdążyli się w ich trakcie zestarzeć i z milion razy pokłócić. Gdy w końcu docierają do celu, wszystko jest nie tak: nic nie chce się zgodzić z bajkową narracją, choćby taką jak ta o Zygfryd, który ratuje zaspaną Brunhildę. W „Django” na germańską legendę powołuje się dr King Schultz: kiedyś dentysta, dzisiaj łowca głów, ekscentryk, obcy, a dokładniej – Niemiec. Jej słuchaczem jest tytułowy Django, Afroamerykanin z piętnem wypalonym na jednym z policzków, do niedawna skuty łańcuchami niewolnik; Schultz oswobadza go, żeby pomógł mu znaleźć trzech braci, na których poluje. Przed wykonaniem zadania daje mu wolność, po – bierze go na wspólnika, uczy posługiwania się bronią i obiecuje, że wspólnie odzyskają jego żonę Broomhildę, która imię zawdzięcza niemieckiej właścicielce.

Schultz opowiada Django legendę Brunhildy, ale nie wdaje się w szczegóły, nie wspomina o jej wojowniczej przeszłości, milczy o łabędziach, rumakach i cierniach Odyna, ogranicza się do prostego przekazu: nieznający lęku rycerz uwalnia zamkniętą w zamku Brunhildę. Tarantino opowiada historię z filmu Forda również po swojemu. Jego Edwards jest wyrafinowanym Europejczykiem, Ameryka ani go nie skrzywdziła, ani go nie wychowała, patrzy na nią trochę jak na Marsa. Choć zarabia na życie zabijaniem, nawet jego niektóre przejawy amerykańskiej przemocy napawają odrazą i prawdziwym zdumieniem. Choć uwalnia Django dla swoich celów, niewolnictwem pogardza, nie patrzy na ludzi przez pryzmat koloru ich skóry. Pawleye jest natomiast dumnym Afromarykaninem, inteligentnym i bezczelnym – wyraźną satysfakcję sprawia mu chodzenie w kowbojskim uniformie i granie na nerwach białych ksenofobów. Ci poszukiwacze nie biorą się za łby, ich relacja jest raczej relacją nauczyciela i ucznia – ten paternalizm trochę u Tarantino przeszkadza. Czy czarnoskóry musi dorastać do wolności pod patronatem człowieka Zachodu? Dlaczego to biały uczy czarnoskórego, a nie na odwrót? Całe szczęście Schultz jest mądrym nauczycielem – Django z jego strony nie dzieje się krzywda. Edukacja u autora „Bękartów wojny” nie irytuje tak bardzo i ostatecznie nie męczy, bo trwa krótko, tak samo zresztą jak poszukiwania. W „Django” nie są one nawet w połowie tak mozolne, jak w „Poszukiwaczach” i na pewno są bardziej satysfakcjonujące. Ich areną jest jednak ciągle Ameryka. Może tylko trochę mniej epicka, a bardziej pastiszowa. Ale równie ograniczona, rasistowska, dzika.

Jest tu wszystko, czego w dobrym westernie nie powinno zabraknąć, Tarantino jednak nie daje się uwieść ikonografii westernu (oglądając „Django” czasami ma się wręcz wrażenie, że reżyser stosuje podobny efekt jak w „Dogville” von Triera, w którym to Duńczyk kontury Ameryki obrysował kredą i zamknął ją na teatralnej scenie – stosowane przez Tarantino jazdy kamery podobnie odrealniają przestrzeń), nieustannie też wsypuje piasek w jego maszynę narracyjną. Zwalniają ją oczywiście słowa. Gadanina w różnych formach nie służy jedynie odwlekaniu nieuchronnego, służy także charakteryzowaniu postaci i jest tych postaci chyba najmocniejszą, najbardziej realną bronią. To właśnie w słowach tak naprawdę rozgrywa się pojedynek między poszukiwaczami i przetrzymującym Broomhildę właścicielem plantacji Calvinem Candie, rewelacyjnie zagranym przez DiCaprio, który wraz z Waltzem i Foxxem tworzy zabójcze trio – trzy indywidualności: dwóch wariatów oraz rycerz – każdy z innym słownikiem, spojrzeniem na świat, doświadczeniem i pobudkami.

Rozwalani z broni ludzie rozpryskują się jak grzmotnięty kijem arbuz, siła uderzenia odrzuca ich na wiele metrów – wszystko to wygląda efektownie, ale sztucznie i niespecjalnie dotyka. Słowa natomiast mają swój ciężar – dialog jest areną walki, miejscem, w którym jedni zostają pognębieni, skompromitowani, a inni wywyższeni. Słowa służą do gry, kamuflażu, wykładania racji, poprzysięgania zemsty. Bez nich nie może się nic wydarzyć, jednak na pewnym etapie nawet one nie wystarczają, wtedy w ruch idą pistolety. W tych momentach jednak „Django” traci na sile.

„Django”, reż. Quentin Tarantino.
USA 2012, w kinach od 18 stycznia 2013
Z prawie wszystkimi filmami Tarantino jest podobnie. Gdy trwa snuta przez tego genialnego samouka opowieść, nic innego się nie liczy – nie ma chyba we współczesnym kinie równie sprawnych opowiadaczy. Jego paplanina hipnotyzuje, człowiek włącza się w tę transmisję, ale w momencie gdy ona się kończy i gdy trzeba już wyjść z kina, nie bardzo wiadomo z czym się wychodzi – w głowie zostają co najwyżej szumy, ślad transmisji. „Django” nie otwiera oczu ani na amerykańskie niewolnictwo, ani na to, czym w życiu człowieka jest zemsta. Nie ma tu uciskanych mas, to raczej film o silnych jednostkach, nie ma w nim zemsty, co najwyżej napędzana przez miłość akcja ratunkowa. Nawet tych kilka punktów zapalnych, które rozsadzają narrację – te kilka scen, kiedy przemoc wchodzi w oko jak drzazga, wymyka się konwencji: ciało rozszarpywane przez rozszalałe psy i poddawane chłoście zostaje szybko spacyfikowane przez reżyserskie fajerwerki. Z „Django” zostają w głowie role, piosenki, przebiegłe zabiegi dramaturgiczne – zostaje przyjemność, którą czerpie się ze słuchania opowieści.

Nic nie poradzę: w Tarantino widzę Szeherezadę, która przymila się do słuchacza, która wierzy, że opowieścią zyskuje sobie życie. Tylko co, jeśli opowieść nie ma w sobie tego potencjału, jeśli opowieść nie ocala. Istnieje w końcu alternatywna wersja przygód arabskiej księżniczki, która mówi, że słuchającemu królowi w końcu znudziły się jej anegdoty i jednak zdecydował się oddać ją w ręce kata. A to, że Szeherezada ostatecznie ocaliła życie, zawdzięcza nie opowieści, ale dzieciom, które urodziła królowi. Kim są dzieci Tarantino? Te dzieci to jego filmy?