INNE PRZYJEMNOŚCI:  Sztuczny świat
fot. barockschloss / Flickr CC

INNE PRZYJEMNOŚCI:
Sztuczny świat

Paweł Dunin-Wąsowicz

„Chciałbym być burmistrzem nieistniejącego miasta, tęsknię za brzydszym, nieosiągalnym światem. Ten świat znajduję, budując makiety” – zwierza się redaktor naczelny „Lampy”

Jeszcze 2 minuty czytania

Myślę, myślę i myślę, a każde możliwe rozpoczęcie opowiastki i tak wydaje mi się pretensjonalne. Mitomania i megalomania. Czy chodzi o to, że dziadek i pradziadek ze strony Mamy pracowali na kolei? Czy chodzi o to, że kuzyn Rysiek (obecnie mieszka w Australii) trzydzieści parę lat temu wkładał papierosa w komin modelowego parowozu – a może mi się tylko to zdawało? Czy chodzi o to, że zamiast świata realnego pociągała mnie fikcja? Że w podstawówce kreowałem moje Pavelcovo, wdawałem się w wojny na mapach fikcyjnych światów z kolegami, co po obrazie nauczycielki na tym tle (szkoda wchodzić w szczegóły) doprowadziło mnie do karnego przeniesienia w VI klasie do równoległego oddziału na dwa tygodnie? Że nie byłem w tym wyjątkowy, bo po latach okazało się, że o wymyślaniu fikcyjnych państw we własnych dzieciństwach pisali Czesław Miłosz, Stanisław Lem i Krzysztof Kąkolewski? Że widziałem Miłosza kiedyś na targach książki, że z Lemem zdążyłem zrobić wywiad, a i u pana Kąkolewskiego bawiłem parę lat temu z wizytą, choć raczej rozmawialiśmy o Wańkowiczu, a nie o zmyślanych światach? Że jeszcze na studiach z kolegą Andrzejem zaczęliśmy pisać przewodnik po fikcyjnym mieście, który w końcu kiedyś nawet ukazał się drukiem (Odczapów)? Że zbierałem nieistniejące książki i takiej biblioteki też kiedyś napisałem katalog? Że zacząłem bawić się w wydawcę i wydawałem książki o tym, czego nie ma? I w końcu ten nadmiar fikcji, który od jakichś dziesięciu lat jest moim przekleństwem jako małego wydawcy, dla którego wydawanie książek stało się głównym zajęciem, po prostu mnie zmęczył. Ale też nie umiałem od tego serio uciec do życia prawdziwego, więc zmęczony fikcją w nadsyłanych do mnie maszynopisach, postanowiłem wykreować coś prawdziwego, a jednocześnie wiernego fikcji? Bo tak się złożyło, że po sukcesie pisarki Doroty M. stałem się celem bombardowań tekstowych innych autorów i autorek, przekonanych, że skoro stał się jeden cud, to i oni na kolejne cuda mogą liczyć. I choć Grabaż śpiewał kiedyś, że cuda chodzą parami w siedmiomilowych butach, wiedziałem, że tak się nie da.

fot. PDWZatem jakoś musiałem uratować moją wiarę w fikcję, którą zbyt wiele osób narzucało mi w swoich papierowych wizjach. Ta fikcja postanowiła być realna, więc w połowie 2007 roku zrobiłem swój coming out. Zapragnąłem być burmistrzem nieistniejącego miasta, które jednakowoż zaczęło powstawać realnie – w modelowych budynkach. Kleiłem kiedyś takie w drugiej połowie lat 70., te enerdowskie do kolejki Piko. Teraz, przetrząsając serwis Allegro i rozpocząwszy wizyty w sklepach modelarskich, mogłem zmierzyć się z wizją wielkomiejskiej makiety. (Oj tam, to jest zabawa nie najtańsza dla dorosłych panów, dzieciaki już dawno przerzuciły się na gry komputerowe).

Ta wizja też nie wzięła się z niczego. Wzięła się z tęsknoty za brzydszym, nieosiągalnym światem. Takim, w którym tramwaj jedzie środkiem ulicy, a po jej obu stronach stoją równo kamienice. A nie jak na moim i sąsiednich osiedlach – wydzielonym torowiskiem, oddalonym od bloków. To była wizja przedwojennej Warszawy (czegoś znów nieistniejącego), z której w tym tramwajowym znaczeniu pozostała jedna ulica – Stalowa na Pradze, z powojenną już pętlą uliczną na Czynszowej, Wileńskiej i Konopackiej. To była tęsknota za naturalnym rozwojem miasta, które po starówce ma obwód XIX-wiecznych dzielnic, a dopiero potem jakieś bloki. Nie tak jak Warszawa, nie tak jak Berlin i nie tak jak Darmstadt, także zniszczone przez bomby, nasze, alianckie. Ale, powiedzmy, tak jak Kraków i tak jak Bydgoszcz. Choć te XIX-wieczne dzielnice są bardzo różne, stoją w nich także rudery, które nawet za czasów swej nowości nie miały pretensji do estetyki.

fot. PDW

Bydgoszcz! Kiedy kompletowałem kolejne wielkomiejskie kamienice na moją wymarzoną makietę, widziałem, że nie są to domy warszawskie. Spójrzmy prawdzie w oczy – na rynku istnieją właściwie tylko cztery firmy niemieckie – Faller, Auhagen, Kibri i Vollmer. Auhagen cały czas ma w ofercie domki z katalogu NRD-owskiej firmy Vero, niegdyś dostępne w sklepach naszej Składnicy Harcerskiej (ale nie tylko), Faller przejął formy innej RFN-owskiej firmy Pola. Wielkomiejskie kamienice od strony podwórek są do siebie podobne, nieotynkowane ściany z czerwonej cegły przypominają te zachowane podwórka z warszawskiej Pragi. Ale od frontu ich wykusze i szczyty są jakoś obce znanej mi warszawskiej architekturze. Ta marna pruska secesja i marny pruski neoklasycyzm owszem gdzieniegdzie przetrwały. Ale jeśli gdzieś, to może w Bydgoszczy, może Bytomiu – miastach o „pruskiej” architekturze, której wojenne zniszczenia nie dotknęły. Parę lat temu w Berlinie, a może Lipsku (tu pozdrowienia dla niemieckiej przyjaciółki – dr Stefanie Peter), nabyłem dwie narożne kamienice Auhagena, które sklejać należało z takich samych form, choć w innych kolorach plastiku; kiedy przywiozłem je do siebie, jedną z nich świadomie ogołociłem z mansardowego dachu i wymyślnych gzymsów. Potem pomalowałem farbkami po swojemu (to się fachowo nazywa patynowanie) – na ruderę w warszawskim guście. Bo dach powinien był się spalić w Powstaniu. Ale ogólnie rzecz biorąc, żadna niemiecka firma nie wyprodukowała dotychczas typowej warszawskiej czynszówki z trzema oficynami wokół podwórka studni. Czegoś, co było dość okropne, jeśli mieszkało się w tych gorszych mieszkaniach, ale i czegoś, za czym się tęskni, bo jednak teraz raczej tego nie ma. (Maria Kuncewiczowa w „Dyliżansie warszawskim” napisała nawet laudację na cześć wielkich frontowych mieszkań w takich domach.)  Najwyżej jedna boczna oficyna jest w ofercie. A w ogóle tych wielkomiejskich kamienic ze wszystkich czterech firm jest najwyżej dwadzieścia.

fot. PDW

Owszem, jeśli chodzi o zabudowę miejską (wioskowa to inna bajka), jest na rynku jeszcze jedna istotna duża firma. Walthers ze Stanów Zjednoczonych, zdaję się jedyna na tamtejszym rynku, zamawiałem przez Amazon, okazywało się, że tłoczą plastik w Danii, więc wyobraźmy to sobie: plastik z Danii jedzie do Stanów, a potem do mnie wraca do Europy. Jako że zamówiłem za dużo, kazali zgłosić się na cło (z Sadów Żoliborskich na Okęcie w każdą stronę podróż trwała półtorej godziny). Ale oprócz elektrowni i wielkiego magazynu z Walthersa, usatysfakcjonował mię szczególnie rząd jednopiętrowych sklepów. Tego Niemcy nie robią na swój rynek! A tu dostałem Radzyń Podlaski, Włodawę i Parczew w jednym. Tylko wydrukować z kompa te żałosne szyldy: Zylbersztajn, Lewin i Radzyński – i przykleić.

INNE PRZYJEMNOŚCI – wydanie otwarte

Z okazji setnego wydania uwolniliśmy autorów od redakcyjnych zamówień i przymusów aktualności. Zaprosiliśmy ich do napisania o tym, o czym być może zawsze napisać chcieli, ale nikomu nie przyszło do głowy, żeby ich o to poprosić. Inne przyjemności kultywowane w domowym trzecim obiegu, pod przykrywką urlopu – czasem milsze niż właściwe sukcesy. W setnym numerze dwutygodnik.com postanowiliśmy je ujawnić, chętnie przyjmowaliśmy odjazdy w nietypowych kierunkach i autorskie zajawki.

Cezary Michalski wspomina lekturę książek Philipa K. Dicka, Maciej Sieńczyk opowiada o „babuni”, Paweł Dunin-Wąsowicz o makietach miastAgnieszka Drotkiewicz przeprowadza wywiad z nieżyjącą śpiewaczką, Andrzej Chyra mówi o grze na skrzypcach, Maria Poprzęcka o tym, jak nie została artystką, Dariusz Czaja pisze o Violetcie VillasTomasz Różycki o rocku garażowym, Stasiuk o paleniu osiem lat po rzuceniu, Iwona Kurz o przecinku, Charles Lamb i Magda Heydel o pieczonym prosięciu, Karol Sienkiewicz o Woodym AllenieBartosz Żurawiecki o Houellebecqu a Rafał Marszałek o swojej pierwszej miłości – szachach. Publikujemy także fragmenty dziennika Krystiana Lupy.

W angielskich sklepach internetowych z kolei dostępna jest właściwie tylko kartonowa zabudowa tamtejszych domków robotniczych. Rewelacją okazała się natomiast holenderska firma Artitec, specjalizująca się w krótkoseryjnych modelach z żywicy, głównie fasad budynków. Długo by tłumaczyć, że kleją się one innym klejem – trujące cyjanoakryle – niż masowe produkty Niemców. Rok temu ogłosiłem na fejsie, że jeśli ktoś ma mi ochotę zrobić przyjemność na urodziny, to niech sprezentuje mi ich produkty (trochę droższe od fabrycznych). I naprawdę kilkanaście osób zrobiło zrzutkę, a ja dostałem prezent do klejenia i malowania. Dowcip polega na tym, że holenderska architektura okazała się bliższa polskiej niż niemiecka. A kiedy wrzuciłem na rzeczonego fejsa zdjęcia, to zaraz pojawiły się komenty: to Lublin! Tak, bo Artitec robi rzetelny renesans, barok i klasycyzm. To, czego nie ma w niemieckiej masówce.

fot. PDW

Ale koniec tej historii znów będzie na skrzyżowaniu światów realnego i wirtualnego. Drukarki 3D staniały ponoć do 2K USD. Za chwilę każdy wielbiciel sztucznego świata będzie mógł odwzorować sobie w kompie ukochany budynek i w narożnej wtryskarni odebrać jego model (ściana, dwie ściany, dach?). Firmom Kibri, Auhagen, Vollmer i Faller w ciągu pięciu lat wróżę zagładę, o ile nie przestawią się na zindywidualizowane pliki modeli w większym wyborze. Bo przecież nikt nie chce być taki sam jak wszyscy inni.

Ja też nie chcę.