Jeszcze 1 minuta czytania

Jakub Socha

SAM NIE WIEM:
Jak głęboki jest ocean?

Jakub Socha

Jakub Socha

Kiedy młody reżyser w wywiadach powołuje się na Felliniego, to trochę ziewam, a trochę się boję. Nudzą mnie pewne typy i ołtarzyki dla dawnych klasyków, niepokoi zamknięcie na dzisiejsze filmy – nic się od trzydziestu lat w kinie nie zdarzyło? Możliwe, że jestem uprzedzony; możliwe, że za mocno wryły mi się w pamięć zajęcia z kina współczesnego na poznańskim uniwersytecie, które pewien profesor zaczął od stwierdzenia, że kino skończyło się tak gdzieś w latach 70., a potem opowiedział legendę o postmodernistycznej bestii, która zjadła logos, a przy okazji X Muzę. Przez pół roku oglądaliśmy na zmianę Paradżanowa, Tarkowskiego, różnych Włochów, z Francuzów chyba tylko Bressona. To były miłe pokazy, ale chyba nie na temat. Tak czy inaczej, kiedy młody polski reżyser mówi, że nic go tak nie inspiruje, jak autor „Osiem i pół”, czekam spokojnie na katastrofę, którą będzie jego/jej film.

W poniedziałek się jednak nie doczekałem – film Filipa Syczyńskiego, młodego polskiego reżysera, który można było zobaczyć podczas kolejnej prezentacji krótkich metrażów ze Studia Munka, zaskoczył mnie tak, jak dawno nic mnie nie zaskoczyło w polskim kinie.

„Jak głęboki jest ocean?” zaczyna się od monologu, w którym Marek, mężczyzna już po pięćdziesiątce, dziwi się sztuczności świata – świat wokół niego rzeczywiście jest sztuczny. Morze wygląda jak celofan, ptak, który przysiada na drzewie w jednej chwili zamienia się w drewnianą figurkę – rzeczywistość jest obrotową sceną teatralną, na której ktoś nieustannie podmienia rekwizyty. Marek podróżuje z jednego miejsca w drugie – ze swojego jednorodzinnego domku trafia prosto do brzucha wieloryba. I tak w koło; tam i z powrotem. W brzuchu odbywają się prawdziwe harce: dwa cudaki kręcą pedałami u roweru, zasilając w elektryczność wielorybie wnętrza, ktoś chodzi z koszykiem wiklinowym i zbiera do niego żarówki, ktoś, kto paraduje z gipsową rybą na głowie, co chwila myli słowo „karp” ze słowem „kurwa”.

Markowi sztuczność przysłania horyzont; gdy umarła jego żona stracił jakiekolwiek zainteresowanie światem. Jest zmęczony; co chwila podejmuje próby samobójcze – żadna z nich jednak nie kończy się sukcesem i zamiast w zaświaty mężczyzna trafia do dziwnej przestrzeni, gdzie spotyka swoich bliskich zmarłych, ale nie potrafi nawiązać z nimi kontaktu. Zatapia się w fikcji, ale nie może się w niej zakorzenić. Wybawienie przychodzi dopiero, gdy w jego domu zjawia się dawno niewidziany syn. Następnym razem swój ucieczkowy świat Marek odwiedzi właśnie z nim – wpadają do niego akurat wtedy, gdy w wielorybie odbywa się bal. Ojciec z synem poddają się bandzie dziwaków i zaczynają wyginać się w rytmie bałkańskiej muzyki – sztuczność już Marka nie przytłacza, odnajduje w niej energię do życia.

Gdybym nie wiedział, że Syczyński lubi oglądać Felliniego, jego film i tak by mi to powiedział. Ten młody filmowiec (rocznik '84) nie dał się jednak przytłoczyć Mistrzowi, nie jest jego marnym kopistą, wyobraźnia Syczyńskiego generuje własne, a nie czyjeś obrazy, ale właśnie w duchu Włocha: intensywne, wykrzywione, emocjonalne, dalekiego od realizmu, ujawniające większą siłę niż sama fabuła.

W swojej trzydziestominutowej baśni Syczyński odważnie pogrywa sobie z widzem i niczego mu nie ułatwia. Nie prowadzi za rękę, nie stawia kropki nad i, nie kładzie kawy na ławę. Wprowadza do swojego świata, którym rządzi jego wewnętrzna logika, a nie wycięty z gazety temat. Oprowadza nas po nim Tomasz Borkowy, ten sam, który kilkadziesiąt lat temu grał Andrzeja Talara w serialu „Dom”. Borkowy mimo swych sześćdziesięciu lat ma ciągle twarz dziecka, oczy ciągle świecą mu się tak, jakby na wszystko patrzył i wszystko przeżywał po raz pierwszy. Rzadko się widzi takie twarze w polskim kinie, rzadko spotyka się u nas reżyserów o tak niepodległej wyobraźni, którzy biorą się za bary z tak nieoczywistą kategorią, jaką jest sztuczność, zamiast deklarować na przykład, że impulsem do zrobienia filmu była zasłyszana w mediach historia o młodym chłopaku, który zabił kogoś nożem w warszawskim tramwaju. Nie mam nic przeciwko historiom o nożach, ale najbardziej lubię te, w których widzę, że reżyser intensywnie nad czymś myśli i jeszcze nie wie, gdzie te myśli mogą go zaprowadzić. Krótko mówiąc: nie robi filmu po to, by wypowiedzieć puentę – konkluzję na temat tego, czym jest życie.