Tomasz Mróz w Gdańskiej Galerii Miejskiej

Tomasz Mróz w Gdańskiej Galerii Miejskiej

Alek Hudzik

Mróz zanany jest ze sztubackich dowcipów i dezynwoltury. Tymczasem w Gdańsku możemy zobaczyć artystę, który mówi w liryczny sposób o problemie wiary

Jeszcze 1 minuta czytania

„To co jest, już było, a to, co ma być kiedyś, już jest”. Tak poetycko ilustruje teorię wielkiego powrotu werset księgi Koheleta W spiralnej nieskończoności ze świata ucieka i powraca do niego bohater wystawy Tomasza Mroza. Troglodyta, małpolud – może być, w zależności od perspektywy, pierwszym człowiekiem osiadłym na nowym lądzie lub ostatnim z uciekinierów starego porządku. Wystawa w Gdańskiej Galerii Miejskiej, może poza poetycko-penerskim tytułem „Bóg się mamo nie pomylił”, nie ma jednak wcale żartobliwego wydźwięku.

foto. KobaruBohater swoim małpim cielskiem zasiada w procy, z której możemy go wystrzelić, jeśli tylko przypalimy sznur napinający katapultę. Neandertalczyk sam się o to prosi – w końcu trzyma w dłoni zapałkę, a może wraz pionierskimi nadziejami chce na nowy ląd zabrać ogień.  Bo oto przed nim kolejny element instalacji, wideo, po którym płynie kosmiczna otchłań, fioletowo-złota gwiezdna mgławica, zapowiadająca to, co nieznane. Przypomina to grę Angry Birds, która na strzelaniu z procy wściekłymi ptakami oparła swój sukces. Tym razem wściekłość ustępuje napiętym do granic, jak proca, w której zasiada bohater, bałamutnym nadziejom w inne światy. Mrzonkom nierealnym już w założeniach, bo przecież proca nigdy nikogo na nowe lądy nie wyrzuciła.

Druga salka galerii, druga scena. Tym razem patrzymy na mural, a człekokształtny, który na niedźwiedowatym stworze przemierza arktyczną pustkę, dzierży pod pachą czarną flagę. Odjeżdża w kierunku zachodzącego słońca i rażącej oczy asteroidy wyświetlonej przez rzutnik na muralu, niezidentyfikowanej gwiazdy – tej, z której bohater przybył, a może tej, na którą nie doleciał. Nie wiemy, czy nasz bohater zmierza ku lepszym krainom, czy wraca skąd przybył, pozbawiony nadziei na lepszy świat.

foto. KobaruWystawa miała być zupełnie czym innym, znacznie większym projektem powstałym ze współpracy kilku galerii – póki co jednak na planach się skończyło. Nie udało się skonstruować arki ocalającej przed potopem, w zamian powstał wehikuł „na miarę możliwości”, proca, która nikogo nigdzie jeszcze nie zaniosła. Zderzając ją z arktycznym muralem, Mróz zaprojektował machinę, która pracuje między nadzieją i rozczarowaniem. Jednak, nawet w tej szczątkowej realizacji ambitnego projektu, Mróz konstruuje swój świat. Tym razem nie jest to świat zamknięty tak szczelnie jak w domku, wybudowanym na potrzeby wystawy w Galerii Czarna, jednak paradoksalnie jest to przestrzeń jeszcze bardziej spójna, zwarta. Między wystrzałem a miękkim lądowaniem na grzbiecie miśka wytwarza się synergia samonapędzającego się mechanizmu. Może to już „nowy wspaniały świat”, a może odwrót w przeszłość.

 

Tomasz Mróz, „Bóg się mamo nie pomylił”, Gdańska Galeria Miejska, od 19 stycznia do 21 lutego

Mróz znany jest ze sztubackich dowcipów, z karła, który wulgarnie gwałci kopie pracy Uklańskiego „Dirty Sanchez”. Z dezynwoltury, która tylko jemu pozwalała ulepić rzeźbę z łajna na poznańskiej wystawie o dyscyplinie pracy „Arbeitdisciplin”. Tymczasem w Gdańsku możemy zobaczyć artystę, który mówi w liryczny sposób o problemie wiary, nadziei na nowy świat i beznadziejnych rozczarowaniach. Artystę opowiadającego bardzo dojrzałą historię. Być może zaprocentowały nocne godziny pracy spędzone przy odbiorniku nastawionym na jedną (jedyną) stację katolicką, a właśnie to jej słuchając, Mróz ma zwyczaj pracować. Być może wreszcie Mróz zilustrował jeden z hitów tego radia, o jakże wymownym tytule „Bóg się mamo nie pomylił”.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.