Jeszcze 3 minuty czytania

Alek Tarkowski

KULTURA 2.0:
Od heavy metalu po świadome kserowanie

Alek Tarkowski

Alek Tarkowski

Przyczynek do rysu historycznego edukacji prawnoautorskiej w Polsce

W grudniu 2012 Fundacja Nowoczesna Polska uruchomiła w warszawskim metrze kilkutygodniową kampanię informującą pasażerów, że wolno im kopiować książki, ściągać filmy i dzielić się muzyką. Przedstawiciel ZPAV, komentując kampanię stwierdził, że to tak, jakby podpowiadać ludziom, jak kraść w supermarketach. Na początku lutego Centrum Cyfrowe, które prowadzę, rozprowadziło w bibliotekach plakaty o treści: „Możesz skserować całą książkę”. Natychmiast zareagowali przedstawiciele wydawców, zdaniem których taka akcja to nakłanianie do naruszenia prawa. Obie akcje mają tymczasem prosty cel: informować użytkowników wprost o ich prawach, wynikających z zasad o dozwolonym użytku praw autorskich. Pytanie, czemu przedstawiciele środowisk twórczych i pośredników na rynku kultury tak nerwowo reagują, gdy tak naprawdę hasła prezentowane w kampaniach mieszczą się w ramach przyjętych interpretacji zapisów prawa (które rzeczywiście są różne, ale żadnej nie uznaje się za „nawołującą do przestępstwa”). Jest tak, bo jeszcze nikt dotychczas takich rzeczy publicznie nie mówił.

Jesteśmy dziś w zupełnie innej sytuacji niż w 1994 roku, gdy Polska gruntownie zreformowała system prawa autorskiego. Wówczas społeczeństwo obywatelskie, zajęte transformacją ustrojową, nie przykładało jeszcze wagi do spraw związanych z technologiami cyfrowymi, i powiązanej kwestii własności intelektualnej. A użytkowników internetu była tylko garstka. Podobnie było także w roku 2004, gdy nowelizacja dostosowała prawo autorskie do wymogów unijnych dyrektyw. Sytuacja była inna niż dziesięć lat wcześniej. Mieliśmy już ponad 7 milionów internautów, rozkwitała wymiana w sieciach peer-to-peer, a Piotr „VaGla” Waglowski pisał już serwis o prawie i internecie. Ale ustawodawca nadal konsultował założenia ze stowarzyszeniami twórców, przedstawicielami komercyjnych pośredników, organizacjami zbiorowego zarządu. A więc w gronie typowym dla XX-wiecznych masowych obiegów kultury, w których bierni odbiorcy nie byli stroną debaty: byli klientami bez praw. Grono debaty, a także jej język, pozostawały w tyle za rzeczywistością.

Aż dziw, że zajęło to tak długo – ale po niemal kolejnej dekadzie nie da się w Polsce debatować o prawie autorskim, nie uwzględniając głosu użytkowników, wyrażanego bezpośrednio lub przez organizacje pozarządowe działające na rzecz interesu publicznego. To sytuacja w gruncie rzeczy nowa z punktu widzenia wcześniejszego układu sił w dyskusjach o prawie autorskim. Co częściowo tłumaczy reakcje alergiczne, albo nawet agresywne.

Na przełomie roku 2012 i 2013 wydarzyły się dwie rzeczy, ważne jako symbole z punktu widzenia uczenia się, czym jest prawo autorskie. To bowiem nie ekspercka debata, ale kampanie informacyjne kształtują tak naprawdę sposób, w jaki myślimy o prawie. (Kształtują go również, niezależnie od woli aktorów zainteresowanych kształtem tej dyskusji, obiegowe opinie i „sieciowe legendy”. Kształtuje je również codzienne doświadczenie obcowania z internetem.) Po pierwsze, w grudniu Hirek Wrona wycofał się z prowadzenia akcji „Bądź świadomy”. Akcję tę prowadził od kilku lat, organizując dziesiątki spotkań i szkoleń dla młodzieży; przybliżała ona pracę twórców, starając się nakłonić młodzież do kupowania utworów, jako wyraz szacunku dla pracy artystów. To pozytywny wymiar akcji. Ale Hirek Wrona wsławił się też stwierdzeniami takimi jak „Nie będzie łatwo wykorzenić złe nawyki w złodziejskim polskim narodzie. Przez wieki kogoś okradaliśmy” (to w odniesieniu do ściągania plików z Sieci). Kampania uczyła więc również, że ściąganie plików to kradzież, i straszyła, że wiąże się z tym wiele zagrożeń i kar. Wrona jeszcze niedawno był dla mnie kuriozalnym nauczycielem użytkowników internetu, który potrafi powiedzieć w wywiadzie: „Nie mam zamiaru pałować się czy dyskutować ze złodziejem, bo to nie jest żaden partner do rozmowy”. Nie wnikam w powody, dla których zrezygnował – ważny wydaje mi się fakt, że jest to symboliczny koniec pewnego stylu edukowania o prawie autorskim. Po zamknięciu akcji Hirek wydaje się szukać rozwiązań, które pogodzą dostępność kultury ze sposobem korzystania z niej przez współczesne pokolenia. Nie próbuje już zawracać kijem rzeki za pomocą siania paniki moralnej i prawnej. W tym samym czasie ze swoją akcją wystartowała Fundacja Nowoczesna Polska, od lat starająca się wpływać na porządkowanie i naprawianie języka debaty o prawie autorskim.

Jeszcze kilka lat temu w kinach przed seansami reklama społeczna, zrealizowana w stylistyce filmu policyjnego, ostrzegała widzów, że „ściąganie pirackich filmów to kradzież”. Co budziło powszechną konsternację wśród osób, które właśnie zapłaciły za „legalne oglądanie”. Perełką tej stylistyki jest istniejący do dzisiaj serwis „Kalkulator kar” przygotowany przez Koalicję Antypiracką, który przemnaża liczbę posiadanych empetrójek przez 4,50 PLN i wylicza możliwą karę za ściąganie. A na deser pojawia się film o kradzieży w Sieci, okraszony groźną, heavy-metalową muzyką. Trzeci przykład to kampania Oni-nielegalni z 2010, nakłaniająca pracowników, by donosili na szefów firm, które korzystają z nielegalnego oprogramowania. Stronę kampanii na szczęście zastąpiła strona z reklamami, ale na Youtubie reklamówki kampanii nadal straszą. Nie wnikam przy tym w to, na ile te kampanie uczciwie prezentowały stan prawa. Chodzi mi raczej o język i tworzoną przez nie atmosferę, operującą takimi uczuciami jak strach, wina, zagrożenie.

Pierwszą oznaką zmiany była uruchomiona w 2011 roku kampania Fundacji Legalna Kultura – która uznała, że zamiast straszyć lepiej komunikować w sposób pozytywny. Stąd hasła takie jak „Wdzięczna kultura” i „Bądź legalny”. Ale nawet akcja Legalnej Kultury opiera się na błędnym moim zdaniem założeniu: że jedynym problemem dzisiejszych obiegów kultury są krnąbrni internauci, którzy nie korzystają z legalnych źródeł. Trzeba przyznać, że strona kampanii informuje także na przykład o dozwolonym użytku. Jednak hasło „Bądź legalnym odbiorcą kultury” sugeruje, że odbiorca przekazu w danej chwili może być odbiorcą nielegalnym. W rozmowie o tej kampanii kilka osób spontanicznie mówiło mi, że „żadna kultura nie jest nielegalna”. W ostatnim wywiadzie dla Legalnej Kultury Manuela Gretkowska za złodziejskie uznaje biblioteki. I nie pozostawia złudzeń, że nielegalna i złodziejska może być nie tylko kultura, ale i prawo, które należy zmienić, by lepiej zabezpieczało prawa twórcy do wynagrodzenia. Świetnie, o tym właśnie należy rozmawiać – tak samo jak o prawach użytkowników, których prawo dotąd także wystarczająco nie gwarantowało. Twórcy boją się jednak, że każda choćby próba rozmowy o prawach ich fanów, odbiorców i uczestników kultury to przyzwolenie na potencjalną stratę.

Wspomnieć wreszcie należy o przygotowanym przez Polską Izbę Książki projekcie nowej noty informacyjnej, którą mają stosować członkowie izby – i która ma rzetelnie tłumaczyć nie tylko czego nie wolno, lecz także co wolno. To duża zmiana, bo dotychczas wydawnictwa umieszczały w książkach – dobrze wszystkim znane – noty, że niczego bez ich zgody z książką robić nie wolno. Zapisy te w odniesieniu do płyt DVD zostały kilka lat temu uznane za niedozwolone „klauzule abuzywne”. Aż dziw, że uznane wydawnictwa naukowe i prawnicze nadal publikują takie noty.

Jestem jednak przekonany, że potrzeba również akcji skupionych wyłącznie na kwestii dozwolonego użytku. A to po to, by zapewnić równowagę zachwianą przez formułowane od kilku lat jednostronne komunikaty. Nie znam żadnej ewaluacji akcji anty-pirackich, ale wszystko wskazuje na to, że były to akcje nieskuteczne – w tym sensie, że nie zmniejszyły skali nielegalnych działań. Zaowocowały czymś zupełnie innym – jak pokazują przeprowadzone przez nas badania rozumienia i postaw wobec prawa autorskiego – zwiększyły poziom niepewności i lęku co do korzystania z technologii cyfrowych. I nie jest to „słuszny lęk przestępcy” – użytkownicy za nielegalne uznają działania mieszczące się w granicach prawa, na wszelki wypadek. W naszym badaniu nauczycielka opowiada, jak poczuła się przestępcą, bo uczennica upomniała ją, że nie wolno w klasie pokazywać filmu. Na co oczywiście prawo zezwala.

Fascynujący jest przy tym fakt, że stosunkowo małe i krótkie akcje – jak nasza o kserowaniu – tak szybko powodują krytyczną reakcję. Te przypadki dowodzą bowiem, że dozwolony użytek jest dla wielu rodzajem wstydliwego sekretu, rzeczy o której lepiej nie mówić, nawet jeśli jest zapisana w ustawie. Dlaczego? Mogę tylko spekulować, ale mam wrażenie, że teoria – iż „każda nielegalnie utworzona kopia to jeden utwór mniej sprzedany” – rozciąga się dla niektórych także na kopie tworzone w ramach dozwolonego użytku. Można odnieść wrażenie, że marzeniem części aktorów rynkowych jest świat, w którym nie ma innego obiegu treści poza rynkowym, a legalne zachowania nie wynikają z ustawowych wyjątków, lecz z udzielonych licencji.

Nie jest oczywiście tak, że język i sposób edukowania o prawie autorskim zmienił się diametralnie. W obecnej dyskusji o otwartości zasobów finansowanych ze środków publicznych słychać na przykład liczne głosy o okradaniu twórców. Ale zmiana na pewno zaszła, i niektóre luki w publicznej edukacji prawnoautorskiej zostały wypełnione. Do niedawna główne hasło na stronie „Bądź świadomy” brzmiało: „Ściągając muzykę z nielegalnych źródeł, okradasz swoich ulubionych artystów”. Dziś to hasło brzmi: „Szanuj swoich ulubionych artystów. Świadomie korzystaj z Internetu!”. To dla mnie najlepszy dowód na to, że zmiana jest możliwa.